Dorota Wellman: Życie towarzyskie mam w genach

Dziennikarka i prezenterka telewizyjna z wielkim poczuciem humoru i równie wielkim sercem. W swojej książce „Życie towarzyskie” zachęca do tego, żeby usiąść razem przy stole, i podpowiada, co może się na nim znaleźć. Chociaż ‒ jak podkreśla ‒ nieważne, co się je, ważne z kim. Z Dorotą Wellman rozmawia Anna Komorowska

Dziennikarka i prezenterka telewizyjna z wielkim poczuciem humoru i równie wielkim sercem. W swojej książce „Życie towarzyskie” zachęca do tego, żeby usiąść razem przy stole, i podpowiada, co może się na nim znaleźć. Chociaż ‒ jak podkreśla ‒ nieważne, co się je, ważne z kim. Z Dorotą Wellman rozmawia Anna Komorowska

Ma pani rzesze fanów, ale też duże grono przyjaciół, z którymi chętnie się pani spotyka, o czym możemy się dowiedzieć z pani książki „Życie towarzyskie”. Dlaczego warto po nią sięgnąć?

Dzięki niej możemy sobie przypomnieć, że istnieje coś takiego jak życie towarzyskie i że nie odbywa się ono w internecie, ale u nas w domu. Myślę, że życie towarzyskie, w takim prawdziwym tego słowa znaczeniu, w Polsce zamiera na rzecz pozornych, błahych i jednak sztucznych kontaktów w internecie. Chciałam też pokazać, że zorganizowanie przyjęcia dla naszych bliskich nie jest wcale takie trudne.




Dlaczego warto się spotykać face-to-face?

Żadna informacja na portalu społecznościowym nie może się równać z bezpośrednią rozmową z drugim człowiekiem. Żadne zdjęcie jakiegoś wydarzenia czy jedzenia nie jest tak istotne jak spotkanie się przy jednym stole. Nawet jeśli na tym stole jest tego jedzenia niewiele. Bo nie o jedzenie tu chodzi, ale o spotkanie, rozmowę o tym, co u nas słychać, i patrzenie sobie w oczy. Myślę, że trzeba wrócić do prawdziwych spotkań z drugim człowiekiem. Wystarczy tylko włożyć w to odrobinę wysiłku i ‒ przede wszystkim ‒ chcieć. W książce namawiam, żeby prowadzić bogate życie towarzyskie, i podaję przykłady, które mogą do tego zainspirować. Sposoby są przetestowane przez Wellman na jej znajomych i przyjaciołach.


Podobno drzemie w pani dekoratorka. Niby niegroźne hobby, a jednak, gdy przygotowuje pani przyjęcie, to mąż porównuje to do armagedonu. Dlaczego?

No bo przecież ktoś te dekoracje musi powiesić, a ja nie będę wchodzić na drabinę (śmiech). Mój mąż jest do tego przyzwyczajony i ma do mnie świętą, anielską cierpliwość. Uważam, że spotkanie może być okraszone dekoracjami. Warto z okazji takiego przyjęcia odmienić dom.


No dobrze, ale żeby zrobić TAAAKIE przyjęcie, to trzeba chyba wydać fortunę?

Wcale nie, bo dekoracje mogą być proste, niedrogie i łatwo dostępne. Po pierwsze, bardzo często korzystam z giełdy kwiatowej, na którą jeżdżę na okrągło. Uważam, że kwiaty są najlepszą dekoracją każdego domu. Kwiatów nie musimy przecież kupować wiadrami, wystarczy kilka bukietów konwalii, aby stworzyć przepiękną wiosenną dekorację. Na giełdzie kwiatowej w Warszawie jest dosłownie wszystko. Jestem znana z tego, że kupuję karton płatków róż, które odpadły z kwiatów w transporcie i są sprzedawane do różnych celów. Taki sporej wielkości karton kosztuje około 10 zł, a można dzięki temu przygotować wspaniałą dekorację. Zapewniam, że stół udekorowany płatkami róż to coś wyjątkowego, np. na romantyczną kolację, ale też na spotkanie z przyjaciółmi.


Pomocny może się też okazać internet…

Tak, w tej sytuacji jest bardzo przydatny! Bardzo często korzystam z portali weselnych. Tam kupuję np. sztuczne kwiaty, które zawieszam na ścianach. To bardzo opłacalny sposób dekorowania, bo 10 sztuk kosztuje 4 zł. Przez internet kupuję też inne, czasem dziwne rzeczy, które wykorzystuję do ozdabiania domu na przyjęcie, a które tworzą nastrój. Od pani, która specjalizuje się w origami, kupiłam papierowe ptaki, które rozwiesiłam pod sufitem z okazji przyjęcia na rozpoczęcie wiosny. Na portalu ślubnym kupiłam też 100 kwiatów z bibuły, które ożywały przy każdym podmuchu powietrza. Wiatr huśtał nimi w ogrodzie, a znajomi, widząc to, mówili „wow, ale to pięknie wygląda”. Na Boże Narodzenie ozdobiliśmy dom szklanymi soplami, które kupiłam w hurtowni. Pochodziły z huty szkła w Polsce, bo szukam przede wszystkim polskich rzeczy i produktów polskich projektantów. Mnóstwo tych szklanych sopli powiesiłam na zwykłych, parcianych sznurkach i to stworzyło niesamowitą atmosferę. To naprawdę niewiele kosztuje. Tylko mój mąż musi się trochę nagimnastykować na drabinie i pokombinować, jak to przyczepić.


Co serwuje pani gościom podczas takiego spotkania?

O, to bardzo różnie! Czasami zasiadamy przy jednym garnku. Lubię dania jednogarnkowe. Wystarczy podać chleb i duży garnek czegoś dobrego. Jak ma być bardziej ekskluzywnie i luksusowo, to siadamy przy jednym garnku z mulami, które popijamy białym winem. Czasami siadamy przy sałatach, które kochają nasi znajomi. Jest ich kilka rodzajów, do wyboru, do koloru. Czasami jest to tylko duży talerz z różnymi serami, orzechami i owocami. Myślę, że zawsze można znaleźć sposób, żeby nie było to drogie przyjęcie, ale powód, żeby razem zasiąść i pogadać. Rzeczy, które stawiamy na stole, nie muszą być wykwintne, drogie i nie musi to być „stół polski”.


To znaczy?

Stół polski, czyli zastawiony bo brzegi. Dostajemy jakiejś wariacji. Przed świętami kupujemy ogromne ilości wędlin, mięs, wszystkiego, co potem wyrzucamy do śmieci, bo nie jesteśmy w stanie tego przejeść. Mnie serce się kroi, bo są ludzie, którzy nie mają co jeść. Dlatego robiąc przyjęcie, nie wariujmy, tylko myślmy.


Lubi pani imprezy z pomysłem, tematyczne. Zorganizowała pani przyjęcie „Yes ser”, na które goście przynieśli potrawy z serem. Która impreza najbardziej utkwiła pani w pamięci?

Pamiętam przyjęcie „czerwone”. Wszystkie potrawy były czerwone! Ile ja się nagłowiłam, żeby to przygotować. Wszyscy się zakładali, że nie uda mi się tego zrobić, więc miałam satysfakcję, gdy później zobaczyli na stole same czerwone dania. Była też impreza, która pokonała nas wszystkich rozmachem. Przyjęcie ogrodowe, na które zaprosiliśmy bardzo wielu gości. Tematem przewodnim były sałaty. Przygotowaliśmy, bo wszystkie robiliśmy razem z gośćmi, około 30 sałat, z których żadna się nie powtórzyła! Cała zabawa polegała na tym, żeby w tych sałatach były inne sosy, inne dodatki i smaki. Okazuje się, że jest tyle zielonego wokół nas, że możemy pokombinować z dodatkami i te sałaty mogą być inne. Wiele z nich weszło na stałe do menu moich znajomych.


W przepisach, które znalazły się w książce, sporo jest warzyw, orzechów, ziół i oliwy. Przygotowując jedzenie, myśli pani o tym, żeby było zdrowe?

Tak, zwracam na to szczególną uwagę. Szukam produktów zdrowych, polskich. Warzywa i owoce staram się kupować z hodowli ekologicznych, żeby jeść rzeczy dobre i wartościowe. Mam też swoich zaprzyjaźnionych rolników, u których kupuję jajka i warzywa. Staram się nie jeść rzeczy wysokoprzetworzonych, gotowych, które tylko się podgrzewa. Wolę sama coś zrobić. Dzięki pomocy sąsiadów nauczyłam się wędzić, sama robię wędliny. Wiem, co jem, bo sama to zrobiłam. Zwracam uwagę na to, żeby jedzenie nie było zbyt kaloryczne, bo wszystkie moje koleżanki się odchudzają, więc muszę uważać na ilość sosu i tłuszczu (uśmiech). Chociaż czasami potrzebna jest łyżka masła, żeby potrawa miała lepszy smak, więc sobie tego nie odmawiamy.


Angażuje się pani w różne akcje społeczne. Nawet część swojej reklamowej gaży oddaje pani na cele charytatywne. Skąd taka potrzeba dzielenia się?

Odnoszę wrażenie, że mam więcej niż inni. W związku z tym moim obowiązkiem jest podzielić się z tymi, którzy mają nieco gorzej. Znana twarz z telewizji wtedy się na coś przydaje. Dzięki temu mogę się podzielić swoim czasem albo swoimi pieniędzmi. I tak tych pieniędzy ze sobą nie zabiorę, nie przykryję się nimi w trumnie, nie podłożę sobie pod główkę. Sądzę, że lepiej zostać w pamięci innych jako ktoś, kto umiał się dzielić i był otwarty na drugiego człowieka niż jako egoista, który tylko gromadził pieniądze dla siebie. Wychowałam się w domu, gdzie dzielono się z potrzebującymi, więc jest dla mnie naturalne, by robić tak samo. Wiele prywatnych pieniędzy przekazuję na cele charytatywne i sprawia mi to ogromną radość. Nie mam z tego powodu żadnego poczucia straty.


Nazywa się pani „wykwalifikowanym żebrakiem”. Co to znaczy?

Potrafię zadzwonić do prezesa firmy i tak „żebrać”, aż dostanę to, czego potrzebuję (uśmiech). Nie dla siebie oczywiście, tylko dla domów dziecka, osób bezdomnych, domów opieki społecznej i wszystkich innych, których wspomagam. Myślę, że nauczyłam się tak prosić, że ludzie mi nie odmawiają. Pewnie to dlatego, że wiedzą, że nie robię tego ani dla poklasku, ani z jakichś innych powodów, tylko żeby naprawdę pomóc. Wierzą, że ta pomoc, przeze mnie wyproszona, jest naprawdę istotna i ważna. Potrafię załatwić naprawdę dużo, np. meble, ubrania, buty dla dzieci. Niskie ukłony dla tych firm, które mi ufają i chcą pomóc.


Wkrótce Wielkanoc, co pani zaserwuje swoim bliskim?

Oooo, na Wielkanoc zrobię jajka w różnych odsłonach. Przygotowuję różne nadzienia do jajek wielkanocnych, od klasycznych po nieoczywiste. Polecam zajrzeć do książki, bo tam podaję kilka przepisów na jajka. Tym, którzy nie lubią jajek faszerowanych, polecam pastę z gotowanych jajek i awokado. Ugotowane jajko trzeba ostudzić i dosyć drobno pokroić, zmieszać z awokado, które wcześniej zostało skropione cytryną, dodać pieprz, sól, ulubione przyprawy, np. chili, i gotowe. Pastę można włożyć do skorupki lub podać osobno. Jest piękna, zielona, wiosenna i pyszna.


Co poza jajkami?

Sama zrobię białą kiełbasę. Nauczyłam się tego od mojej babci. Na białej kiełbasie oprę świąteczne menu. Będzie żur na białej kiełbasie i biała zapiekana z dużą ilością słodkiej cebuli, podlana piwem. Z cebuli i piwa oraz dużej ilości klasycznych przypraw robi się znakomity sos, który można zmiksować i podać osobno. Jest to danie, które zawsze jemy na Wielkanoc i wszystkim smakuje. Sami robimy też pieczone mięsa, które są alternatywą dla gotowych wędlin, i to zdecydowanie lepszą. Będę też wędzić, m.in. długo marynowane polędwiczki wieprzowe, które jeszcze długo po świętach są smaczne i świeże.


A z wielkanocnych słodkości?

Na pewno będzie sernik wiedeński. To ciasto, które jest ukochane przez wszystkich naszych bliskich i musi być zawsze. Wiedeński, bo nie lubimy przemoczonego spodu w sernikach. Jest bogaty w bakalie i polany gorzką czekoladą. Będzie też ciasto drożdżowe. Lekkie, puszyste, przez wiele godzin wyrabiane… przez mikser. Hura, hura, cieszę się, że mam taki mikser i nie muszę już tego robić ręcznie (śmiech). Będzie to klasyczna Wielkanoc z domowym jedzeniem, które lubimy.

Dorota Wellman dziennikarka i prezenterka. Zaczynała w radio, później trafiła do TVP, a stamtąd do TVN. W duecie z Marcinem Prokopem prowadzi program śniadaniowy „Dzień Dobry TVN”. Laureatka wielu nagród, m.in. Wiktora, oraz autorka felietonów i książek ‒ najnowsza nosi tytuł „Życie towarzyskie”. Prywatnie żona fotografa Krzysztofa Wellmana, mają 25-letniego syna Jakuba.



Autor: Anna Komorowska