Prezenter pogody z wizytą u puchaczy

Z pogodą jest na bieżąco i choć nie jest synoptykiem, dobrze zna mechanizmy pogodowe. Swoją wiedzą postanowił podzielić się z dziećmi w książce „Pogoda dla puchaczy”. O książce, marzeniach z dzieciństwa i pogodowych podróżach po Polsce z prezenterem i dziennikarzem Bartkiem Jędrzejakiem rozmawia Anna Komorowska

Z pogodą jest na bieżąco i choć nie jest synoptykiem, dobrze zna mechanizmy pogodowe. Swoją wiedzą postanowił podzielić się z dziećmi w książce „Pogoda dla puchaczy”. O książce, marzeniach z dzieciństwa i pogodowych podróżach po Polsce z prezenterem i dziennikarzem Bartkiem Jędrzejakiem rozmawia Anna Komorowska

Ma pan na koncie książkę „Męska sprawa”, która zaznajamiała z tematem męskich zarostów, fryzur i ich pielęgnacji. Teraz wychodzi pan z propozycją dla dzieci. Proszę opowiedzieć, skąd pomysł na „Pogodę dla puchaczy”?

Pomysł wziął się z życia, podobnie jak „Męska sprawa” – książka dla dżentelmenów brodaczy. Od dawna chciałem napisać książkę dla dzieci. Czekałem tylko na dobry moment. Tak naprawdę to wydawnictwo Prószyński i S-ka dało mi motywację, gdy zdecydowało się wydać książkę „Pogoda dla puchaczy”. Pogoda, czyli to, co nas otacza, ma wpływ na każdy element naszego życia, i to od najmłodszych lat. To od niej zależy, czy wyjedziemy w wózku z rodzicami na spacer, czy pójdziemy na plac zabaw. To od niej zależy, czy będziemy szaleć na plaży i jak długo rodzice pozwolą nam się kąpać w morzu czy jeziorze. Jako prezenter pogody czasami spotykam się w przedszkolach czy szkołach z dziećmi na „lekcjach pogodowych”, tłumacząc jej mechanizmy. Dzieci mnie zaskakują, nawet te najmłodsze. Interesują się tym, co dzieje się za oknem, zadają konkretne pytania o pogodę. Ciekawi je kosmos i latające nad ich głowami satelity, które obserwują chmury. I właśnie stąd pomysł na napisanie książki o rodzinie puchaczy, która przeżywa pogodowe przygody. To sposób na zaspokojenie ciekawości dziecka i nauka przez zabawę.


Jaki był pana udział w tworzeniu książki? Znajdziemy w niej fragmenty, które wyszły spod pana pióra?

Choć pomysł na napisanie książki o pogodzie dla dzieci chodził mi po głowie od dawna, to niestety nie jestem najlepszy w opowiadaniu bajek (śmiech). I tu z pomocą przyszedł jeden z najlepszych współczesnych autorów książek dla dzieci, Marcin Kozioł. Jego książki są w kanonie lektur szkolnych. Miał niedaleko, bo jesteśmy sąsiadami. Kilkakrotnie rozmawialiśmy o książkach dla dzieci. Opowiedziałem Marcinowi o swoim pomyśle, a on przyklasnął i powiedział, że to rewelacja i możemy zrobić to razem. I zrobiliśmy. Książka „Pogoda dla puchaczy” to nasze wspólne dzieło, wspólna praca. Marcin skupił się na historii rodziny puchaczy, a ja na pogodzie. Ale obaj mieliśmy wpływ na swoje części. Marcin podrzucał mi pomysły do tematów związanych z pogodą, a ja podpowiadałem mu, jakie historie mogą przeżywać małe puchacze: Bubuś, Bubisia, Bubbo i Bubel. A dlaczego tak? Bo łacińska nazwa puchaczy to Bubo bubo.




To wyjątkowa książka – nie tylko do czytania, ale i oglądania…

To książka interaktywna. Nie tylko dla dzieci, ale i dla całej rodziny. Chcieliśmy, żeby stała się papierowym przyjacielem. Wpisując specjalne kody ze stron książki do komputera lub telefonu, można obejrzeć filmiki z doświadczeniami, które da się zrobić z pomocą rodziców. To książka, która rozwija wyobraźnię i zmusza do myślenia. Trzeba coś podkreślić, połączyć, wykleić. Można wyjść z rodzicami na spacer, obserwować ptasie gniazda, zebrać w lesie liście, patyczki i wykleić później gniazdo puchacza. To książka, która pozwoli umilić czas podczas samochodowych podróży. Bo można rozmawiać o tym, co się dzieje za oknami ‒ o pogodzie, o chmurach, o słońcu, o deszczu, o wietrze, o mgle… Ta książka nigdy się nie znudzi.




A jakim był pan dzieckiem?

Ciekawym świata. Ruchliwym (śmiech). Wszędzie mnie było pełno, wszystko chciałem wiedzieć i we wszystkim chciałem brać udział. Zawsze miałem coś do powiedzenia. A jedyne uwagi, jakie dostawałem w dzienniczku, to było: „Bartek rozmawia na lekcji”. Bo buzia mi się nie zamykała.


Przez wiele lat należał pan do ludowego zespołu pieśni i tańca. Poleca pan rodzicom zapisanie dziecka na takie zajęcia?

Rodzice zapisali mnie do Lubuskiego Zespołu Pieśni i Tańca w Zielonej Górze. Nie mieli żadnych wątpliwości i na początku, muszę powiedzieć szczerze, trochę mnie do tańca zmusili. Ale w czasach mojej młodości to była jedyna możliwość zwiedzania świata. Współczesna młodzież nie wie, co to znaczy zbierać puszki po napojach, opakowania po niemieckich czekoladach. Nie rozumie, co to znaczy stać godzinami w kolejkach na granicy, żeby odwiedzić rodzinę, choćby we Francji. A słodycze z Zachodu, które przesyłała mi rodzina, jadłem tygodniami po kawałeczku. Właśnie Lubuski Zespół Pieśni i Tańca dał mi możliwość podróżowania po świecie, który zjeździłem od Meksyku po Kanadę, od Szwecji po Panamę. Zaspokojenie ciekawości ludzi i kultur, smaków, szacunek do osób o innym kolorze skóry, innego wyznania czy o innych zasadach życia ‒ uważam, że takie grupowe zajęcia to najlepsze, co rodzice mogą zrobić dla swoich dzieci. Patrząc na maluchy teraz, boję się, że za wiele lat będą po prostu aspołeczne. Siedzą w domu, patrzą w komputer albo telefon… Dookoła tylko technika i internet.


Podobno chciał pan zostać aktorem?

Pochodzę z Zielonej Góry, dlatego po skończeniu liceum ogólnokształcącego postanowiłem zdawać do szkoły aktorskiej we Wrocławiu. Nie udało się. To była moja pierwsza bardzo poważna porażka w życiu. Mocno przeżyłem to i fizycznie, i psychicznie. Wtedy wydawało mi się, że niezdane egzaminy to koniec świata. Ale teraz mogę śmiało powiedzieć, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Tak miało być i dzięki Bogu, że nie zdałem i nie jestem aktorem, bo na scenie czułbym się źle – teraz już o tym wiem. To, co robię dzisiaj, to pośrednia forma aktorstwa. Również kamery, światła, studio, ekipa filmowa, charakteryzacja, czyli kostium. Jeśli ten wywiad czyta ktoś, kto myśli, że zawalił mu się świat, bo czegoś nie zrobił, czegoś nie zdał, coś mu nie wyszło, to zapewniam, że za jakiś czas spojrzy na to zupełnie inaczej, z dystansem. Wierzę, że tak jak ja, z uśmiechem powie, że tak po prostu miało być.


Pracuje pan w telewizji, ciągle spotyka nowych ludzi, a dodatkowo sporo podróżuje. Taki z pana Tony Halik prognozy pogody. To był pana pomysł, żeby w ten sposób przedstawiać ludziom pogodę?

Lata temu w „Dzień Dobry TVN” podjęliśmy decyzję, że prezenter pogody wyjdzie ze studia. Ryzykowaliśmy. Widz był bowiem przyzwyczajony do elegancko ubranej pani Chmurki czy pana Wicherka w studiu telewizyjnym. Nie byliśmy pewni, czy zaakceptuje prezentera pogody stojącego w deszczu, rozczochranego, bo wieje wiatr, obsypanego śniegiem. Ale się udało. Na każdym kroku otrzymuję dowody sympatii, co mobilizuje mnie do dalszej pracy.


Bywa, że jednego dnia jest pan przy pogodowej mapce w Zakopanem, a następnego na plaży w Sopocie. Nie męczy pana takie życie na walizkach?

Bardzo lubię to, co robię. Przepadam za podróżami, ale faktycznie życie na walizkach potrafi być męczące. Na szczęście Polska to piękny, ale nieduży kraj. Mamy góry, morze, jeziora, rzeki, lasy i wszystko oddalone jest od siebie o kilka godzin drogi. Czasami, ze względu na korki, o kilkanaście. Jednak mogę śmiało powiedzieć, że najlepsze jest własne łóżko, jajecznica i domowy chleb. Czasem rzeczywiście męczy mnie niezbyt wygodne łóżko czy śniadanie w hotelu albo jedzenie w biegu. Ale staram się wstawać z uśmiechem i mieć dobrą, pozytywną energię.


Jakiś czas temu zmienił pan dietę. Z czego pan zrezygnował, co nowego wprowadził?

Swoją dietę nazywam dietą z głową. Staram się jeść wszystko, ale się nie objadać. Kiedyś faktycznie nie jadłem mięsa, teraz jem, ale bardzo mało. Uwielbiam wszystko co, zielone – sałaty, natkę pietruszki, szpinak, ogórki, pomidory, rzodkiewki, ogólnie warzywa i owoce. Warzywa mogę jeść w każdym momencie. Mam takie dni, kiedy do śniadania zjadam główkę sałaty albo pęczek natki pietruszki. Ograniczyłem słodycze. Czasami złapię czekoladę, ale staram się słodycze zastąpić orzechami czy pestkami słonecznika. W moim przypadku to bardzo trudne, ale kiedy tylko mogę, jadam regularnie i niewielkie porcje.


Odżywia się pan świadomie. Co jeszcze robi pan dla zdrowia?

Od jakiegoś czasu ćwiczę na siłowni i biegam. To takie trochę kardio, ale bez fajerwerków, spokojne. Robię tyle, ile jestem w stanie, nic na siłę i do niczego się nie zmuszam, bo jak mi powiedzieli trenerzy, zmuszony do biegania, siłowni czy pływania nie będę szczęśliwy. A nieszczęśliwie zmęczony organizm to nic dobrego. Zmęczenie na siłowni, basenie czy podczas biegania nic nie daje. Dlatego robię to, co lubię i kiedy mogę. Na swoje szczęście trafiłem na wspaniałą trenerkę, która w idealny sposób mobilizuje mnie do ćwiczeń, prowadzenia zdrowego trybu życia i dobrego odżywiania. Jedyny problem, jaki mam i będę musiał nad tym popracować, dotyczy spania. Wstaję bardzo wcześnie, czasami późno kładę się spać, dosypiam w ciągu dnia i zdarza się, że budzę się o drugiej czy trzeciej w nocy i nie mogę zasnąć. Wiem, że są na to sposoby, i to moje wyzwanie na najbliższy czas.


Jest pan laureatem IX Plebiscytu „Gwiazdy Dobroczynności”. Doceniono pana współpracę z Drużyną Szpiku. Jak pan wspiera jej działalność?

Ktoś mi kiedyś powiedział, że o pomaganiu nie powinno się mówić, że pomaganie to nie historia na wywiady, czerwone dywany, bale czy nagrody. Ci, którzy pomagają naprawdę, robią to po cichu i się tym nie chwalą. Ja może nie mówię o tym głośno, ale zapytany, nie zaprzeczam. Mam też nadzieję, że być może ktoś dzięki mnie zacznie pomagać, bo pomyśli, że skoro Jędrzejak może, to ja też. Z Drużyną Szpiku współpracuję długo, wspieram akcje, promuję biegi, odwiedzam dzieci na oddziałach onkologicznych. Pomagam również ludziom, którzy nie są zrzeszeni w Drużynach. Jeżeli mam zaufanie do ich przedsięwzięć, to staram się pomagać. Dlaczego? Podobno dobro wraca ze zdwojoną siłą. To, co dasz, na pewno do ciebie wróci. Wierzę w to.


Bartek Jędrzejak ‒ dziennikarz, prezenter pogody w programie „Dzień Dobry TVN”. Autor licznych reportaży, felietonów i cykli telewizyjnych. Wykładowca Studium Dziennikarstwa Radiowego, Telewizyjnego i Realizacji Dźwięku. Jest jednym z laureatów IX Plebiscytu „Gwiazdy Dobroczynności”, zwyciężył w kategorii „zdrowie” ‒ doceniono jego wieloletnią współpracę z Fundacją Anny Wierskiej „Dar Szpiku”. Jako autor zadebiutował książką „Męska sprawa”.

Fot.: https://www.facebook.com/bartlomiej.jedrzejak/



Autor: Anna Komorowska