Katarzyna Dowbor: Zamiast sukienki wolę kupić wkrętarkę

O tym, jak zamiast pedagogiem została dziennikarką, o emocjach związanych z programem „Nasz nowy dom” i sympatycznych bohaterach „Stajni pod tęczą” oraz o problemach zdrowotnych, z którymi się zmaga, z Katarzyną Dowbor rozmawia Anna Komorowska

Jej szczery uśmiech działa terapeutycznie. Bohaterom programu, który prowadzi, daje nadzieję, że będzie lepiej. Jest człowiekiem czynu, dlatego przestała płakać nad ludzkim losem. Woli działać, by potrzebującym pomocy żyło się lepiej. Kocha wszystkie zwierzęta, czasem bardziej niż ludzi. Szczególne miejsce w jej sercu zajmują konie. Mówi o nich z takim przejęciem, że nie ma wątpliwości, że to prawdziwa miłość.



Moja choroba to nadczynność tarczycy przechodząca w niedoczynność. Mam postać immunologiczną, czyli autoagresję. Pod wpływem stresu organizm atakuje sam siebie. To trudna choroba, która destabilizuje i zaburza pracę całego organizmu. Przy nadczynności występuje nerwowość i nadpobudliwość, z kolei przy niedoczynności nadmierna senność, niemożność wstania z łóżka. Bardzo wiele osób z tymi objawami popada w depresję.




Emanuje pani ciepłem i serdecznością. Myślę, że byłaby pani świetnym terapeutą… i w sumie, sądząc po wykształceniu, mogłaby nim pani zostać.

Katarzyna Dowbor: Pewnie tak, chociaż musiałabym jeszcze ukończyć jakieś dodatkowe kursy, bo z wykształcenia jestem pedagogiem. Uczono mnie zajmowania się innymi, zwłaszcza słabszymi. Przydaje mi się to zresztą w zawodzie, który teraz wykonuję.


Skąd decyzja o zostaniu dziennikarką?

To był przypadek. Całe życie marzyłam, żeby być opiekunką trudnej młodzieży w izbie dziecka. Taki miałam pomysł na siebie jako młoda dziewczyna. Na pierwszym roku pedagogiki za namową kolegi zaczęłam się udzielać w studenckim radio. Okazało się, że daje mi to dużą przyjemność i że to jest coś, co chciałabym robić w życiu. Potem, też przez przypadek, komuś spodobał się mój głos. Na studiach mieliśmy zespół, w którym śpiewałam. Nazywaliśmy się I z Poznania, i z Torunia.


Co śpiewaliście?

Typowo studenckie piosenki. To była taka „kraina łagodności”, dwie gitary i kilka śpiewających osób. (śmiech) Jedną z piosenek, które nagraliśmy, zaniosłam do radiowej Trójki. Okazało się, że mam niezły głos, i zaproszono mnie na rozmowę. Tak zaczęła się moja przygoda z dziennikarstwem, która trwa już 35 lat!


Empatia w zawodzie dziennikarza pomaga, bo pozwala wczuć się w sytuację drugiej osoby. Z drugiej strony potrzebne jest chłodne, profesjonalne podejście. W programie „Nasz nowy dom” zderza się pani z ludzkimi dramatami, cierpieniem, chorobą… Jak radzi sobie pani z tymi trudnymi emocjami?

Powiem szczerze, że po tych czterech latach prowadzenia programu jest mi już dużo łatwiej. W pewnym momencie powiedziałam sobie: „Basta! Nie możesz płakać nad każdym przypadkiem, tylko zastanowić się, co możesz zrobić, żeby pomóc”. Płakać jest najłatwiej, a tym ludziom potrzebne jest działanie, nasza realna pomoc, nie łzy. Tego się z czasem nauczyłam.


Ale początki nie były łatwe?

Przyznaję, że przez pierwsze dwa lata było mi bardzo trudno. Cały czas przeżywałam historie tych ludzi, często płakałam na planie. Po tych dwóch latach chciałam nawet rzucić tę robotę i podziękować za współpracę. Byłam psychicznie wycieńczona, zdołowana. W końcu jednak dałam radę, przetłumaczyłam sobie, że trzeba do tego inaczej podchodzić. Mniej emocjonalnie, a bardziej racjonalnie.


Przeprowadziła pani taką autoterapię.

Tak jest! Wiedza zdobyta na studiach znowu się przydała. (śmiech)


Gdy słyszę historie bohaterów, to trudno mi powstrzymać łzy. Któraś historia szczególnie panią poruszyła?

Trudno wybrać jedną. Na pewno najbardziej poruszają historie, które dotyczą dzieci. Dzieci, które ciężko chorują, które mają mało życia przed sobą. Przywiązujemy sie do tych dzieci, a potem się okazuje, że są skazane na krótkie życie. To najbardziej boli, te momenty są najtrudniejsze.


Podejrzewam, że zgłoszeń do udziału w programie jest mnóstwo. Nie wszystkim można pomóc. Co decyduje o wyborze rodziny?

Z tego tłumu staramy się wybierać tych najsłabszych, którzy sami sobie nie poradzą. Pomagamy osobom w trudnej sytuacji życiowej. Takim, które mają chore dzieci, niski dochód, albo samotnym matkom lub ojcom czy osobom, które spotkało jakieś nagłe nieszczęście. Niestety, musimy się też trzymać prawa. Osoby, które się do nas zgłaszają albo które ktoś zgłasza, muszą mieć uregulowaną sytuację prawną. Często zapominamy o tym, że ustne przekazanie komuś domu nie oznacza, że jest on jego własnością. Kiedy pytamy o akt własności, słyszymy: „No jak to? Przecież cała wieś wie, że to jest mój dom, bo dostałem go po babci”.


No tak, ale babcia miała pewnie jeszcze innych krewnych.

Właśnie. A ci może i nie interesowali się domem, kiedy był ruderą i nie dało się w nim mieszkać. W momencie, gdy okazuje się, że to już nie rudera, lecz piękny, wyremontowany dom, zaczynają się zgłaszać inni członkowie rodziny. Twierdzą, że im też się spadek należy i chcieliby otrzymać jego część.


Jasna sytuacja prawna to jedyny wymóg?

Trzeba też pokazać widzom sytuację danej rodziny. Pamiętajmy o tym, że dajemy tym ludziom nie tylko nowy dom, ale też nadzieję na przyszłość, pomysł na życie oraz bardzo często także poczucie godności. Człowiek mieszkający w warunkach urągających ludzkiej godności, nieposiadający tego, co w XXI wieku powinien mieć każdy, czuje się po prostu upokorzony. W zamian za to chcemy usłyszeć ich historie. Muszą wystąpić przed kamerami i opowiedzieć nam o swoim życiu. Widz chce się o nich czegoś dowiedzieć, żeby móc im kibicować. Zdarza się tak, że przyjeżdżamy, a rodzina mówi, że chce, żebyśmy wyremontowali ich dom, ale przed kamerami nie wystąpi. W takiej sytuacji musimy odmówić, bo realizacja programu telewizyjnego rządzi się swoimi prawami.


Ile domów udało się już wyremontować (rozmowa odbyła się w maju – przyp. red.)?

Mamy już na koncie 117 domów i rodzin, których życie zmieniło się na lepsze. Remontujemy dalej, bo potrzebujących nadal jest wielu.


A czy lubi pani remonty u siebie, często coś zmienia?

Gdybym tego nie lubiła i nie umiała, to nie robiłabym tego programu. To byłoby nieprawdziwe i nieuczciwe, widz natychmiast by to wyczuł. Uważam, że kamera jest jak rentgen, od razu wyłapuje, czy ktoś coś lubi, czy nie. Przyznaję, że zamiast kupić sobie nową sukienkę, wolę kupić nową wkrętarkę. (śmiech) Wszystkie domy, w których mieszkałam, sama sobie wymyśliłam i urządziłam. Wiele rzeczy potrafię zrobić samodzielnie.


Z jakimi pracami byłaby pani w stanie sobie poradzić bez pomocy fachowców?

Pomaluję, przykręcę, przytnę, położę tapetę, a nawet kafelki. (śmiech) Część prac potrafiłam wykonać wcześniej, ale przez te cztery lata programu sporo się też nauczyłam.


Dziennikarstwo i „budowlanka” to niejedyne pani talenty. Ostatnio na rynku pojawiła się seria książek dla dzieci, której jest pani współautorką. Proszę o niej opowiedzieć.

To projekt, który zrodził się z przyjaźni z moim byłym sąsiadem (Marcin Kozioł, autor książek dla dzieci i młodzieży – przyp. red.). Połączyła nas miłość do zwierząt. I mój kot. To on pierwszy postanowił zaprzyjaźnić się z Marcinem i jego żoną. Wybrał sobie drugi dom na czas, kiedy ja jestem w pracy. (śmiech) Yeager został zresztą bohaterem jednej z wcześniejszych książek Marcina. Tak się poznaliśmy i polubiliśmy. Potem zabrałam Marcina do swojej stajni, gdzie poznał moją klacz Rodezję. I tak zaraziłam Marcina miłością do koni. (śmiech) Zaczął jeździć konno, co jest przykładem na to, że można się tego nauczyć w każdym wieku. Podczas jednej z naszych konnych wycieczek po lesie zaproponował mi, żeby wspólnie napisać opowieść o stajni i jej mieszkańcach. Tak powstała seria „Stajnia pod tęczą”, która składa się z trzech części. Są to „Czary na komary”, „Maść na maść” i „Wojna na miny”.


Nie wszyscy bohaterowie serii są fikcyjni, kogo poznamy w „Stajni pod tęczą”?

Rzeczywiście, wielu bohaterów istnieje naprawdę. Czerpaliśmy z tego, co pokazały nam moje zwierzaki. Przedstawiliśmy sytuacje z nimi związane, sposób ich zachowania, zwyczaje. Głównym bohaterem jest Niunio – to koń, na którym jeździ Marcin. W bajce występuje także mój pies Pepe, klacz Rodezja, no i ja, czyli gospodyni Kasia. (śmiech)


Dlaczego warto zaprosić dziecko do świata Niunia i jego przyjaciół?

To nie jest tylko bajka, ale też książka, która uczy. To bardzo ważne, bo dziecko ma czerpać z książek wiedzę. Każda z części tej serii uczy czegoś innego. Pierwsza jest o miłości, o tym, że powinniśmy mówić o naszych uczuciach i je okazywać. Bywa tak, że ktoś może zupełnie inaczej odbierać nasze zachowanie, niż nam się wydaje. „Czary na komary” zachęcają do tego, by rozmawiać o swoich uczuciach. W drugiej części – „Maść na maść” – pokazujemy, że istnieją konie różnych ras, o innym umaszczeniu.


Jest więc o tolerancji?

Tak. W stajni pojawią się goście – kuc i wyjątkowe zwierzę, które jest w połowie koniem, a w połowie zebrą. Takie hybrydy istnieją naprawdę. Chcemy pokazać, że to, że ktoś inaczej wygląda, nie znaczy, że jest gorszy. Myślę, że jest to bardzo ważne przesłanie dla dzieciaków, żeby utrzymywały kontakty także z tymi, którzy wyglądają inaczej. W książkach ukryliśmy kody, które pozwolą dzieciom obejrzeć filmy dostępne na specjalnej stronie internetowej. W ten sposób poznają prawdziwych bohaterów „Stajni pod tęczą” oraz dowiedzą się ode mnie różnych ciekawostek związanych m.in. z opieką nad końmi.


Dzieci lubią wyzwania. Czy książka zaspokoi i tę potrzebę?

Naturalnie. Przypomniałam sobie, że jak byłam w harcerstwie, to zdobywaliśmy tam różne sprawności. I dlatego zaproponowałam, byśmy wprowadzili w książce odznaki za osiągnięcia. We wszystkich książkach z serii na dzieci czekają ciekawe i kreatywne zadania. Wykonując je, czytelnicy będą mogli zdobyć tęczowe odznaki, odkrywając przy okazji kolejne końskie sekrety.


Co mają w sobie te zwierzęta, że tak je pani kocha?

Może zabrzmi to banalnie, ale ja po prostu kocham zwierzęta, bo uważam, że są lepsze od ludzi. Bywają zazdrosne i mają swoje humory, ale nie są mściwe. A konie są szczególne niezwykle wrażliwe, płochliwe i delikatne. Tak delikatne, że nawet chorowite.


Określenie „zdrowy jak koń” traci tutaj sens?

Ten, kto je wymyślił, chyba w życiu konia nie miał. (śmiech) Konie są bardzo delikatne i wrażliwe, ale jak kochają, to na zabój. Mam dwa konie. Kobyłkę Rodezję, która ma 28 lat – staruszka, ale cały czas w dobrej formie, ciągle chodzi pod siodłem. Druga to siedmioletnia hucułka Surma, która moim zdaniem nie miała wcześniej najlepszych warunków, bo kiedy do mnie trafiła, była bardzo wystraszona i nieufna. W tej chwili jest cudownym koniem, który kocha i jest niezwykle towarzyski.


Jak się ta miłość objawia?

Surma rży, przytula się i daje buzi, jak mnie widzi. Jest bardzo ciekawska. Gdy wchodzę na padok, to ona wszędzie za mną chodzi, krok w krok. Śmieję się, że to mój największy pies. Z kolei Rodezja jest rasy gorącokrwistej, szlachetnej półkrwi. Uwielbiam patrzeć, jak z gracją przechyla głowę albo jak trzepie nogą, gdy się złości. Najpiękniejszym widokiem jest zdecydowanie ten, gdy obie zaczynają galopować. To zjawiskowe.


Nie na darmo się mówi, że trzy najpiękniejsze obrazy to jacht pod żaglami, kobieta w tańcu i konie w galopie…

To prawda. Na konie galopujące po polanie mogę patrzeć godzinami. Nigdy mi się ten widok nie znudzi.


Moja pani doktor twierdzi, że mam najgorsze dziadostwo. No, ale trudno, trzeba z tym żyć


Obcowanie ze zwierzętami to nie tylko przyjemność, ale także sposób leczenia wielu chorób. Taki kontakt pozytywnie wpływa także na zdrowie psychiczne, niweluje stres, relaksuje…

Kiedy jestem zestresowana, mam jakiś problem lub po prostu źle się czuję, idę do stajni, siadam sobie w kącie i patrzę na moje konie albo przytulam się do nich. Dają mi taką energię i siłę, że jak wychodzę ze stajni, to wiem, że dam sobie ze wszystkim radę.


Unikanie stresu jest ważne w przypadku choroby, z którą się pani zmaga. Co to za schorzenie i czym się objawia?

Moja choroba to nadczynność tarczycy przechodząca w niedoczynność. Mam postać immunologiczną, czyli autoagresję. Pod wpływem stresu organizm atakuje sam siebie. To trudna choroba, która destabilizuje i zaburza pracę całego organizmu. Przy nadczynności występuje nerwowość i nadpobudliwość, z kolei przy niedoczynności nadmierna senność, niemożność wstania z łóżka. Bardzo wiele osób z tymi objawami popada w depresję. Biorę leki o przeciwstawnym działaniu.

Przy okazji mam też chorobę Gravesa-Basedowa, czyli orbitopatię, przy której występuje wytrzeszcz oczu. U mnie jednego. Na szczęście wykryto to dosyć szybko i oko mam w miarę ustawione, niestety sterydami. Musiałam wziąć bardzo dużą dawkę. To się oczywiście odbiło na figurze, ale coś za coś. Albo zdrowie, albo figura. Muszę się jednak bardzo pilnować, bo jak się denerwuję, to wszystko zaczyna wracać. Muszę być więc spokojniejsza i brać leki. Są to dosyć nieprzyjemne choroby. Moja pani doktor twierdzi, że mam najgorsze dziadostwo. No, ale trudno, trzeba z tym żyć.


Rozumiem, że leki pomagają?

Leki to regulują, ale nie do końca. Leczę się od siedmiu lat, w ciągu których zjadłam chyba ze trzy wagony różnych leków. Obecnie mimo że mam prawidłowy poziom hormonów TSH, FT3 i FT4, to jednak cały czas mam stan zapalny tarczycy. Przeciwciała się nie uspokajają. Prawdopodobnie we wrześniu będę musiała przejść operację usunięcia tarczycy i zastąpienie jej lekiem. Bierze się go raz dziennie już do końca życia. Bez tarczycy nie da się żyć, a bez prawidłowo funkcjonującej tarczycy organizm jest całkowicie rozstrojony. Z tarczycą jest jak z fortepianem – jak się go nie nastroi, to słabo gra.


Katarzyna Dowbor – z wykształcenia pedagog, z zawodu dziennikarka, prezenterka radiowa i telewizyjna. Od 2013 r. związana z Telewizją Polsat. Od lat jest aktywną amazonką i przyczynia się do popularyzacji sportów konnych. Jest pomysłodawczynią Jeździeckich Mistrzostw Gwiazd, które od 1998 r. odbywają się w Zakrzowie koło Kędzierzyna-Koźla. Ma liczną gromadkę zwierząt – koty Fionę i Yeagera, psy Pepe (odgrywający jedną z głównych ról w książkach z serii „Stajnia pod tęczą”) i Benia. W zbudowanej obok jej domu stajni mieszkają klacz Rodezja i hucułka Surma.

Fot. Łukasz Kowalski

Autor: Anna Komorowska