Agata Komorowska: "Jestem dla siebie ważna"

Jak twierdzi, życie według cudzych potrzeb i oczekiwań jest jedną z głównych przyczyn depresji. Wie, o czym mówi, bo sama się z nią zmagała. Teraz chce pomóc innym wrócić do zdrowia. Z Agatą Komorowską*, autorką książki „Depresjologia”, rozmawia Anna Komorowska

Życie postawiło przed panią wiele wyzwań. Jest pani matką samotnie wychowującą czwórkę dzieci, w tym jedno z zespołem Downa i dwoje adoptowanych. Był też rozwód, depresja i nerwica. Nie za dużo jak na jedną drobną kobietę?

Agata Komorowska: A ile to jest „za dużo”? Ja nazywam to bogactwem doświadczeń. Dzięki temu jestem bogatsza o wiedzę, świadomość, głębię emocjonalną. Umiem z tych doświadczeń czerpać, wyciągać wnioski. Dzięki trudnym doświadczeniom człowiek ewoluuje, ludzka dusza i serce ewoluują, a rozum staje się bardziej świadomy. Jak jest sielsko-anielsko, to człowiek odpoczywa, ale się nie rozwija. Dlatego potrzebne jest i jedno, i drugie. Każde doświadczenie można traktować albo jak gwóźdź do trumny, albo jak drzwi do nowej, lepszej rzeczywistości, stopień do wyższej świadomości. Wybieram to drugie.


>>> Jak rozpoznać i leczyć depresję


Błędem wielu kobiet jest to, że chcą uszczęśliwić wszystkich wokół, zapominając o sobie. Coś to pani przypomina?

No pewnie! Moje babcie, moją mamę, moje koleżanki i przyjaciółki i mnie samą oczywiście! Ale to już przeszłość. Zrobiłam się wredna i dbam o siebie (śmiech). Podczas jednego z wywiadów na temat dzieci dziennikarka stwierdziła ze współczuciem: – Ojej, to pani pewnie wcale nie ma dla siebie czasu… – Odparłam, że mam teraz więcej czasu niż kiedykolwiek, chociaż mam o jedno dziecko więcej i o jedną osobę dorosłą w rodzinie mniej. – Jak to?! zapytała dziennikarka. – Bo jestem dla siebie ważna. – Taka prawda. Jesteśmy dla siebie nieważne. Tak zostałyśmy nauczone. Nie raz słyszałam, że miłość oznacza stawianie potrzeb drugiej osoby ponad własne. Gloryfikuje się męczeństwo, poświęcenie. A czy słyszała pani coś takiego: będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego? Zatem nie da się miłować kogoś, nie kochając siebie na równi. Męczeństwo to nie miłość. Za poświęcanie oczekujemy wdzięczności, a gdy jej brak, czujemy się oszukane i wykorzystane. I taka ta nasza miłość kulawa jest. Miłość jest bezwarunkowa. Niczego w zamian nie oczekuje. Żeby kochać innych, trzeba najpierw pokochać siebie.


>>> Psychoterapia poznawczo-behawioralna - sprawdzona metoda leczenia depresji


Kiedy takie życie zaczęło panią uwierać?

To był wieloletni proces. Na początku ignorowałam to uwieranie. Stosowałam „znieczulacze” w postaci tabletki od bólu głowy czy lampki wina, gdy brakowało mi sił. Byłam bardzo silną kobietą. Brałam się w garść i pędziłam do przodu jak torpeda. Bez zatrzymywania, bo gdybym się zatrzymała, to musiałabym zauważyć, że coś jest nie tak. Może nawet nie byłabym w stanie już tak dalej galopować.


Pamięta pani jakiś szczególny moment, kiedy czara goryczy się przelała i powiedziała pani: „Dość, nie chcę tak dalej żyć”?

Wiosną 2013 roku. Od stycznia traciłam kontrolę nad swoim ciałem. Pigułki przeciwbólowe i kawa przestały działać. To było nie do zniesienia. W końcu wylądowałam w szpitalu na kardiologii. Byłam tam najmłodsza. Wtedy zrozumiałam, że muszę podjąć decyzję, czy chcę dalej żyć, a jeśli tak, to że przyjdzie mi bardzo wiele pozmieniać.


Chorując na depresję, przyjmowała pani leki?

Nie przyjmowałam. Spróbowałam i uznałam, że to nie dla mnie. Że chcę inaczej. Zaczęłam od terapii. Jednej, potem kolejnej. Czytałam książki, stosowałam się do zaleceń, chodziłam na warsztaty i najróżniejsze terapie. Zaczęłam ćwiczyć jogę i medytować. Byłam zdeterminowana, żeby z tego wyjść. Zrobiłam to metodą małych kroczków, o której piszę w „Depresjologii”.


„Depresjologia” to bardziej pamiętnik czy poradnik?

To jedno i drugie. To świadectwo mojej podróży do wnętrza siebie i głębokiej przemiany, która była konieczna, żeby wyjść z ciemności. W tej książce daję narzędzia i pokazuję krok po kroku, jak szukać siebie. Nie mówię, kim masz być, bo to mówili ci wszyscy od urodzenia. Ty masz tylko być sobą.


Piszę sporo o emocjach. To jest bardzo osobista i emocjonalna książka. Dlatego jest taka prawdziwa i dlatego tak bardzo pomaga. Jest dokładnie tym, czego sama potrzebowałam parę lat temu i nie znalazłam. Wtedy chciałam dowiedzieć się, że można wyjść z depresji, ale chciałam usłyszeć to od kogoś, kto sam tego doświadczył. Może właśnie dlatego każdy, kto tę książkę przeczytał, odnajduje w niej siebie. Osoby pogrążone w depresji są do siebie podobne. Wszystkim brakuje miłości i szacunku do siebie samych, bo my nawet nie wiemy, kim jesteśmy.



Bliscy osoby zmagającej się z depresją też nie mają lekko… Czy w książce znajdą wskazówki, jak wspierać chorego?

Pośrednio tak. Nie ma tam szczegółowej instrukcji: „Jak żona zachoruje, to trzeba zrobić to i to”. Nie! To jest książka napisana z wielkim szacunkiem do drugiego człowieka. I tego właśnie potrzebuje chory. Szacunku i bezwarunkowej miłości, której być może nie będzie umiał na początku przyjąć. Dlatego mówię o bezwarunkowej miłości, czyli bez warunku: „Będę cię kochał, jeśli wrócisz tam, gdzie byłaś, tam gdzie twoje miejsce, jeśli będziesz mi wdzięczna za pomoc, którą ci daję, bo ja wiem, co jest dla ciebie najlepsze”. To błędne rozumowanie. Trzeba choremu dać czas i przestrzeń, by sam odkrył, czego potrzebuje do szczęścia. Trzeba mu asystować, a nie wyręczać. Trzeba być, gdy poprosi o pomoc, ale nie narzucać własnych wizji. Życie według cudzych potrzeb i oczekiwań jest jedną z głównych przyczyn depresji.






Ma pani syna z zespołem Downa, ale nie lubi pani określenia „niepełnosprawny”.

Nie lubię, ale sama go używam. Jestem na takim etapie, że nie obrażam się o słowa. Nie obrażam się o „downa” ani o „niepełnosprawnego”. Wolę określenie „innosprawny”, ale nie będę o to walczyć, bo szkoda mojej energii. Zmiana nazewnictwa nic dobrego mojemu synowi nie przyniesie. Jemu to nie robi żadnej różnicy. Różnicę sprawia to, jak jest traktowany i jak będzie traktowany, gdy dorośnie. Chciałabym dożyć dni, kiedy niepełnosprawność będzie traktowana normalnie. Kiedy będziemy uchylać drzwi tym, którzy tego potrzebują. Bez względu na to, czy są zbyt mali, zbyt słabi, czy nie mają wiedzy i umiejętności, by sobie sami je otworzyć. Każdy człowiek ma niezwykłe talenty. Może nie umieć liczyć, ale jak pięknie uczy kochać! Krystian zmienia ludzi na lepsze. Każdy, kto go „dotknął”, kto go doświadczył w swoim życiu, nie pozostaje obojętny. On często rozpoczyna „efekt motyla” w przemianie drugiego człowieka. Taki mały czarodziej z niego.



Na koncie ma pani jeszcze jedną książkę – „Anioły mówią szeptem”. To bardzo osobista pozycja, proszę o niej opowiedzieć.

To jest pięć listów do moich dzieci: Krystiana (niepełnosprawnego), Ady (adoptowanej), Michała (odnalezionego i już też adoptowanego) i Aleksa (najbardziej zbuntowanego) oraz do dziecka, które nigdy się nie narodziło. To jest książka o dostrzeganiu cudu w każdym dziecku, bo każde dziecko jest szeptem Boga i niesie nam jakieś przesłanie. Trzeba się tylko wsłuchać. To moje „rękodzieło wydawnicze”. „Anioły” napisałam, zaprojektowałam, wykonałam do nich zdjęcia, złożyłam i wydrukowałam sama. Dla moich dzieci. Każde z nich dostało swój egzemplarz ze specjalną dedykacją.



Od lat prowadzi pani bloga, na którym dzieli się swoimi doświadczeniami, inspiruje i wspiera innych. Osobiście można się z panią spotkać także na szkoleniach. Kogo pani na nich edukuje, jaką tematykę porusza?

Koncentruję się głównie na tematyce poruszanej w moich książkach. Dwa najbardziej popularne szkolenia to „Depresja, nerwice, lęki – 10 kroków do wolności” i „Jak cieszyć się życiem z dzieckiem niepełnosprawnym. No jak?”. Pierwsze jest skierowane do osób, które chcą poradzić sobie z depresją, nerwicami i lękami – schorzeniami, których sama doświadczyłam i które mają to samo źródło – zanik siebie, brak miłości, szacunku i zaufania do siebie i do otaczającego nas świata. Drugie szkolenie jest dla rodziców dzieci niepełnosprawnych. Widzi pani, znowu używam tego sformułowania. Nie da się inaczej. Ale wracając do tematu, jest to szkolenie, na którym uczymy się akceptować skrajne emocje, akceptować siebie i swoje dziecko. Uczymy się widzieć cud w tym nieperfekcyjnym dziecku, dostrzegać pozytywne aspekty życia i dobro pomimo bólu i cierpienia. Uczymy się akceptować przeszłość, cieszyć się teraźniejszością i z optymizmem patrzeć w przyszłość. O optymizmie będzie kolejna książka, którą właśnie kończę.



Czy Agata sprzed lat odeszła na zawsze, czy czasem o sobie przypomina?

To wciąż ta sama osoba. Czasem się trochę gubi, bo jest człowiekiem. Ale mam „Depresjologię”, która przypomina mi, jak wrócić. Świat się zmienia, ja się zmieniam, ale najważniejsze, bym zawsze pozostała prawdziwa, autentyczna. To w naszej rzeczywistości trudne zadanie. Na szczęście mam narzędzia, takie jak afirmacje, wdzięczności i wizję życia, którą co roku aktualizuję. Żyję według moich wartości, które mam zapisane na pierwszej karcie kalendarza. Kiedy się gubię, patrzę na tę kartę i już wiem, co robić. Jedną wielką zmianą jest to, że nauczyłam się być dla siebie dobra, bez względu na to, czy akurat jestem trochę pogubiona, czy pewna swoich planów.



*Agata Komorowska – autorka bloga agatakomorowska.pl, pisarka oraz pełnoetatowa mama czwórki dzieci. Debiutowała książką „Anioły mówią szeptem”, opowiadającą o macierzyńskiej miłości. Nominowana do tytułu Superbohaterki „Wysokich Obcasów” i Mamy 10-lecia miesięcznika „M jak Mama” za odważne pisanie o rzeczach, których sama doświadczyła: samotnym macierzyństwie, niepełnosprawności dziecka, rodzicielstwie adopcyjnym i zastępczym, rozwodzie, załamaniu i depresji. Mówi o sobie, że jest buntowniczką, która każdego dnia łamie stereotypy i przeciera ścieżki.

Fot. agatakomorowska.pl

Autor: Anna Komorowska