Zdobyliśmy szczyt

Na najwyższym szczycie obu Ameryk Aconcagua po raz pierwszy stanął niewidomy Łukasz Żelechowski. W zdobyciu „dachu Andów” towarzyszyli mu zmagający się z chorobą nowotworową (m.in. po resekcji płuca) Piotr Pogon, podróżnik ekstremalny Arkadiusz Mytko oraz Bogdan Bednarz, ratownik beskidzkiej grupy GOPR. – Zdobyliśmy szczyt, by pokazać innym, takim jak my, że jesteśmy ludźmi, którzy mogą normalnie żyć, pracować, realizować swoje marzenia – mówią niepełnosprawni wspinacze.

Liczącą 6962 m n.p.m. Aconcaguę, najwyższy szczyt Andów i obu kontynentów amerykańskich, zaatakowali 28 stycznia. – Główny atak nastąpił z wysokości 5600 metrów – wspomina te dni Łukasz. – Z upalnej Mendozy udaliśmy się do Puente del Inca, skąd po zaledwie paru dniach przystąpiliśmy do akcji wspinaczkowej. Zwykle zespoły wspinaczkowe aklimatyzują się na większej wysokości od 4 do 5 tygodni. My nie mieśmy na to czasu. Atakowaliśmy szczyt po kilkudniowym pobycie w głównej bazie na wysokości 4300 m n.p.m. – mówi Piotr.


System komunikacji

– Arek Mytko (a wcześniej również Bogdan Bednarz, ratownik górski z Grupy Beskidzkiej GOPR, który towarzyszył nam do połowy drogi), szedł z przodu i trzymał linę, ja ją miałem zapiętą do uprzęży. Idący z tyłu Piotr Pogon poklepywał mnie przyjacielsko kijem po biodrze, sygnalizując przeszkody. System komunikacji był taki: lewe biodro – stuknięcie – przeszkoda przy lewym biodrze albo kamień przed lewą nogą. Prawe biodro to samo. Cały czas również byliśmy w łączności radiowej z Bogdanem, który zaniemógł i musiał pozostać w bazie głównej. Pierwszy odcinek trasy szliśmy głównie po kamieniach, szlak skręcał raz w lewo, raz w prawo. Bardzo się wtedy umordowałem – mówi Łukasz.


Osuwający się spod nóg grunt

– Szliśmy stromą, czterdziestostopniową rynną zwaną Canaletta, z osuwającym się gruntem, odcinkami zmrożonymi na kamień i zasypanymi śniegiem. Nie wiedziałem, czy mam iść na czworakach, czy w jakiś inny sposób mam sobie poradzić. Wtedy pojawiła się pierwsza myśl, żeby zawrócić i zaatakować ponownie. Ale wiedzieliśmy, że nasze organizmy tego nie zniosą. W końcu daliśmy radę, w ogromnej mierze dzięki polskiej grupie, którą spotkaliśmy na szlaku. Bez jej pomocy nie pokonalibyśmy ostatnich, najcięższych 300 metrów – mówi Łukasz. Kamienisty grunt, zmęczenie do granic wytrzymałości, wiatr i rozrzedzone powietrze nie ułatwiały wspinaczki. Po niemal 17-godzinnej nocnej akcji górskiej 29 stycznia o 14.35 stanęli na szczycie Aconcagui.


Jesteś właśnie na szczycie, Łukasz!

– Te słowa kolegów sprawiły, że mimo zmęczenia poczułem się najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi – wspomina Łukasz Żelechowski. – Byliśmy skrajnie wyczerpani, musieliśmy stąpać po bardzo niestabilnym gruncie. Ale dla takich chwil warto żyć. Wiara we własne siły jest też potrzebna osobom niewidomym, które często pozostają w domu, nie wychodzą na ulicę, nie mają pracy, nie wierzą we własne możliwości – dodaje Łukasz. – To również dla nich wchodziliśmy na ten szczyt.

Nigdy nie byłem tak zmęczony, nigdy w życiu! – Tylko to mogłem powiedzieć w pierwszym momencie po dotarciu na szczyt Aconcagui – mówi Piotr Pogon. – Aconcagua to jeden z trudniejszych do zdobycia szczytów Korony Ziemi. Są tu zdradzieckie, silne wiatry, zmienna pogoda i pył oraz, o czym wspominał już Łukasz, ograniczona ilość tlenu w powietrzu, co bardzo utrudnia oddychanie. Ponieważ jestem po resekcji płuca, cenię każdy oddech, a było ciężko, bardzo ciężko. Oddechu po prostu brakowało. W czasie podchodzenia miałem momenty, że zachowywałem „strzępy" świadomości, odmroziłem lewą stopę. Bez pomocy kolegów nie byłbym w stanie wejść na szczyt ani z niego bezpiecznie zejść i przetrwać najbliższej nocy.


Nie mogłem wstać

– Choć w sercu była ogromna radość, na szczycie wszystkie siły mnie opuściły. Ale wiadomo, na wysokości 7 tys. m wszystko staje się wielkim mozołem – wspomina Łukasz. – Trudno mi było ustać na nogach. Zostawiliśmy na szczycie tabliczkę ku pamięci Polaka, Marka Warlikowskiego, który w 2003 roku zaginął, zdobywając tę górę. Podobno zdobył szczyt, ale prawdopodobnie w okolicach najniebezpieczniejszego zbocza, tzw. Lodowca Polaków wpadł w szczelinę – dodaje Piotr. - Nie wrócił z wyprawy.

Wchodzenie na górę było znacznie łatwiejsze niż schodzenie – Schodziliśmy ze szczytu ostatkiem sił. Nadchodziła noc i kładła się mgła. Ze szczytu schodziliśmy w stanie skrajnego wyczerpania przez 10 godzin – mówi niewidomy podróżnik. Nie pamiętam niektórych etapów zejścia. Na dodatek doznałem hipotermii. Po powrocie z gór byłem tak wyziębiony, że siedziałem w kurtce puchowej drżąc z zimna przy temperaturze powietrza 30 st. C. Turyści robili sobie ze mną zdjęcia. Miałem poparzone ręce od silnego słońca. Ale byłem dumny… Góry to moja pasja, nie zamierzam rezygnować z dalszej wspinaczki – dodaje.


Każdy ma swoją Aconcaguę

– Wydaje mi się, że od 24 lat uczestniczę w jakimś życiowym cudzie, bo od tylu lat jestem pod opieką onkologów po usunięciu płuca – mówi Piotr. – Choruję od 16 roku życia. Najpierw miałem guza w gardle. Przeszedłem naświetlania, długotrwałe leczenie. Potem okazało się, że mam nowotwór płuc. A ja nie poddaję się, mam wokół siebie wspaniałych ludzi, nawet przy ciężkiej chorobie można robić coś wyjątkowego. I chcę powiedzieć, że każdy ma swoją Aconcaguę, którą może zdobyć – dodaje Łukasz.


Niewidomy otworzył mi oczy

Łukasz nie widzi, ja nie mam płuca. Kiedy trzeba, to on mi podaje rękę. Kiedy on nie jest w stanie czegoś zrobić, to ja mu pomagam – mówi Piotr Pogon. Uzmysłowił mi, jakie to szczęście móc samemu wykonywać najprostsze życiowe czynności, takie jak zasznurowanie buta czy zrobienie herbaty, i jak są one ważne. Łukasz zwraca uwagę na dźwięki. Drzewa tętnią życiem – mówi, obejmując konar. Byłem przy Łukaszu, kiedy dotykał słonika w sierocińcu dla zwierząt w Nairobi podczas wyprawy na Kilimandżaro. Nie mógł uwierzyć, że słoń może być tak mały. A ja przyglądałem się, jak niewidomy, poprzez dotyk, poznaje to zwierzę. Nauczyłem się, że warto sięgać po rzeczy, które wydają się nie do osiągnięcia. Góry uczą pokory, miłości, szacunku do drugiego człowieka – dodaje Łukasz. A jak można jeszcze zaśpiewać, to jest po prostu fajnie.


Śnią się inne szczyty Korony Ziemi…

– Marzy mi się też najwyższy szczyt Ameryki Północnej, Mount McKinley – mówi Łukasz – może Góra Kościuszki w Australii… Przed nami jeszcze parę szczytów. Marzeniem jest wejście na wszystkie najwyższe szczyty poszczególnych kontynentów. Kiedy tylko organizm się zregeneruje, na pewno zaczniemy myśleć o kolejnej wyprawie.


Łukasz Żelechowski – pierwszy na świecie niewidomy, który zdobył najwyższy szczyt Kaukazu – Elbrus oraz najwyższy szczyt Andów. Dziennikarz, informatyk, nauczyciel. Pokonał także Kilimandżaro.


Piotr Pogon – konsultant organizacji pozarządowych, aktywny maratończyk, zdobył już szczyty: Aconcagua, Kilimandżaro, Elbrus i Mt. Kenya. Od wielu lat walczy z rakiem.

Autor: Relacja Łukasza Żelechowskiego i Piotra Pogona

Komentarze