Wyspy z baśni - karaiby

Są jak sen. Sen o raju na ziemi. Woda w morzu ma milion kolorów, plaże drobny, ciepły piasek, a wyspy porasta dżungla. Tak naprawdę wyglądają Karaiby.

Morze Karaibskie rozciąga się między Atlantykiem a trzema Amerykami: Północną, Południową i Środkową. Najsłynniejszymi wyspami są: Kuba, Jamajka, Dominikana i Martynika. Jednak to chyba te mniejsze wyspy mają w sobie więcej uroku i spokojnego piękna.


Tropami piratów

Kilkaset lat temu były miejscem nieprzyjaznym. Po Morzu Karaibskim włóczyły się pirackie statki, a na wielu wyspach tubylcy bynajmniej nie byli przyjaźni dla kolonizatorów. Najbarwniejszym obrazem pokazującym życie korsarzy jest cykl filmów „Piraci z Karaibów” z Johnnym Deepem w roli głównej. Przed nakręceniem pierwszej części ekipa filmowa długo szukała odpowiednich plenerów. Aż w końcu padło na Saint Vincent, jedną z Wysp Zawietrznych, archipelagu Małych Antyli. To był strzał w dziesiątkę. Wszystko jak z obrazka – dzikie plaże, błękitne morze i palmy kokosowe wyrastające z białego piasku. Fani filmu ruszyli tropem Johnnego Deepa. Na wyspie, a dokładniej w miejscowości Wallilabou jest nawet muzeum „Piratów z Karaibów”, gdzie w starych kolonialnych budynkach zgromadzano fotosy-kadry z filmu i trochę rekwizytów, w tym słynne trumny, które były ostatnim domem dla piratów. Na potrzeby filmu miejsce to nazywano Port Royal.

Wpływając do zatoki mijamy skałę w kształcie łuku, na której niegdyś wieszano korsarzy. Tuż przy brzegu znajdują się resztki dekoracji – rozpadający się dom na betonowych słupach. W knajpce niedaleko można smacznie zjeść lokalne potrawy. Do jachtów, które tu chętnie cumują, podpływają mieszkańcy wyspy i proponują ręcznie wykonane ozdoby: naszyjniki z nasion drzew i bransoletki z muszelek. Można też kupić świeżo złowionego tuńczyka, orzechy kokosowe, które przed chwilą spadły z palmy czy niezliczone rodzaje owoców, w tym takich, które rosną tylko tu, na Karaibach.

Tu, na Saint Vincent, życie toczy się całkiem innym rytmem niż w Europie. Ludzie są biedni, ale uśmiechnięci i życzliwi turystom. Nikogo nie dziwi, że po głównych placach miast chodzą kury, nikt nie przegania bezpańskich psów, wylegujących się na gankach domów. Mężczyźni w długich do pasa dredach i przeciwsłonecznych okularach w złotych oprawkach proponują pomoc w załatwieniu wszystkiego – to stały element krajobrazu ulicy.

Niedaleko Saint Vincent leży Bequia, niewielka, ale czarująca wysepka, której mieszkańcy żyją z turystyki. Wyspę można zwiedzać na piechotę, ma tylko 15 km kw. Co warto zwiedzić? Przede wszystkim muzeum wielorybnictwa. W dawnych czasach mieszkańcy Bequi polowali na walenie dla tłuszczu i mięsa. Dziś polowania są zakazane, jednak międzynarodowe organizacje przyznały im prawo odłowu dwóch wielorybów rocznie. Nie wykorzystują tego limitu. Tu mieszkają ludzie łagodni i uśmiechnięci, a harpuny można oglądać tylko w muzeum. Na Bequi swoje miejsce znalazło wielu artystów z różnych stron świata. W lokalnych galeriach można kupić przepiękne obrazy, ciekawą biżuterię czy unikalną odzież.


Pitony i oddech diabła

Innym państwem-wyspą, które warto odwiedzić, jest Sainte Lucie. Najłatwiej dostać się tam z Martyniki – samolotem lub statkiem. Dlaczego warto tam jechać? A choćby dla Pitonów, skał porośniętych dżunglą, wyrastających wprost z morza gdzieś na 600 metrów w górę. Wieczorem skały wyglądają jak wielkie choinki oświetlone milionami świetlików.

Poruszające krajobrazy to nie jedyna atrakcja Sainte Lucie. Tu znajduje się wciąż aktywny wulkan Soufriere, do którego wnętrza można zajrzeć. Widok jest niesamowity, zapach też. Wulkan wypluwa z siebie popiół, a nie lawę, a popiół ma zapach siarki. Tak oddycha diabeł – mówią tubylcy. I uspokajają, że na razie jest tu bezpiecznie. Za niewielką opłatą można wynająć przewodnika, który oprowadzi nas po niesamowitym ogrodzie botanicznym, w którym, tak jak w Polsce rosną przy drodze jabłonie, tu w zasięgu ręki są grejpfruty (słodkawe!), limonki, papaje, awokado i wiele innych owoców, których nazwy nie zostały przetłumaczone na język polski. Tu też można zażywać kąpieli w leczniczych źródłach, smarując się mineralnym błotem. W przybrzeżnych miejscowościach pełno jest knajpek, w których wieczorami można potańczyć przy muzyce reggae lub typowo karaibskich dźwiękach. No i coś dla amatorów owoców morza – jemy wszystko – od ślimaków morskich, poprzez świeże ryby, po małże w przedziwnych sosach.

A kuchnia karaibska jest słodko-ostra. Ale ostra w sposób szczególny. W potrawach znajdziemy wszystkie rośliny przyprawowe, które rosną tuż przy drogach – gałkę muszkatołową i cynamon. Nawet chleb ma smak cynamonu. Za wszystko płaci się dolarami amerykańskimi lub karaibskimi. To bardzo interesujące pieniądze – na banknotach jest wizerunek królowej angielskiej i sylwetki żółwi oraz innych morskich stworzeń. Wymieniać je można w bankach lub w restauracjach. Ceny po przeliczeniu na złotówki zbliżone do tych w naszych sklepach.


Wyspa kwiatów

Zdecydowanie inny klimat panuje na Martynice, wyspie, która jest zamorskim terytorium Francji. Obowiązuje język francuski, w sklepach płaci się euro, a turysta jest dopieszczony we wspaniałych hotelach o najwyższym standardzie. Wspaniałe plaże, przyjazne temperatury, leniwa atmosfera i dobre jedzenie to atuty tej wyspy nazywanej niegdyś przez tubylców Wyspą Kwiatów. I nie bez powodów. Kwiaty są tu wszędzie, a wśród nich pracowicie latają maleńkie kolibry. Krotony i inne rośliny, na które chuchamy w naszych polskich domach, mają tu po trzy, cztery metry wysokości. Nocą wyspa ożywa, zaczyna śpiewać. Każde z nocnych stworzeń próbuje przekrzyczeć inne. Trudno się do tego przyzwyczaić, tak jak do gekonów biegających po ścianach i moskitów, które robią się wyjątkowo złośliwe wieczorem. Ale wystarczy dobry repelent, najlepiej kupiony na miejscu, by uniknąć swędzących ukąszeń. I jeszcze jedno niebezpieczeństwo – huragany. Na Martynice wieje od sierpnia do października.


W raju

Martynika jest doskonałą bazą wypadową do zwiedzania całych Karaibów. To tu w Forte de France lądują samoloty z Europejczykami, którzy chcą naprawdę dobrze wypocząć. Statki powietrzne i wodne z Martyniki dowiozą nas nawet do najpiękniejszego miejsca na Karaibach – do Tobago Cays, na południe od Saint Vincent i Grenadyn. To raj dla nurków. Tu właśnie znajdują się niesamowite rafy koralowe. Nie potrzeba fachowego sprzętu, by obserwować kolorowe podwodne życie. Wystarczy zwykła maska i fajka do nurkowania. Jednak nie tylko podwodne ogrody są atrakcją tego miejsca. To park narodowy ściśle chroniony, więc turystów nie powinny zdziwić olbrzymie żółwie ufnie podpływające do łodzi, czy legwany żyjące na bezludnych wysepkach, które nie uciekają na widok człowieka. Tutaj o porządek dbają specjalne służby, które pilnują, by nie wpływały tu łodzie motorowe, turyści nie dotykali zwierząt i nie śmiecili. Za każde przekroczenie przepisów można zapłacić słoną grzywnę.

Plaże Tobago Cays nie mają sobie równych. Gdy patrzymy na tandetne pocztówki z Karaibów z soczystymi kolorami, wydaje się, że takich miejsc nie ma na Ziemi. Ale są właśnie tu. Z nieziemskimi barwami wody i kiczowatymi wręcz palmami na złotych plażach. Takie Tobago Cays można zobaczyć w pierwszej części „Piratów z Karaibów”. To scena, w której wyrzuceni z pirackiego statku kapitan Jack Sparrow i Elizabeth Swann wieczorem upijają się na bezludnej wyspie rumem (narodowym trunkiem Karaibów), a rano panna Swann pali cały alkohol, by zwrócić uwagę floty angielskiej.

Autor: Maria Ziemiańska