Wieczne kochanki

Znam kobietę, która ma romans z mężem swojej koleżanki i ten trójkąt trwa już 20 lat... Można powiedzieć, że ten pan ma dwie żony i dwa domy. Rozmowa z psychologiem i psychoterapeutą Pawłem Droździakiem.

Bardzo stabilny system...


W pewnym sensie... stabilny. On nie zostawi żony, bo „rodzina jest najważniejsza", no i „co ludzie powiedzą". Obie kobiety o sobie wiedzą i wciąż tkwią w tym stanie. Generalnie w życiu ulegamy takiemu samemu złudzeniu, jakiemu ulegają te opisane osoby i obserwatorzy ich sytuacji. Chodzi mi o wszystkich, którzy mówią o takiej konfiguracji jak o czymś przychodzącym z zewnątrz, zupełnie bez udziału uczestników: „żyję w tym, co powoduje ktoś inny i struktura tej sytuacji nie ma nic wspólnego z moją własną".


A przecież ma.


Wiele kobiet żyjących w roli kochanki przeżywa taką konfigurację kolejny raz w życiu. Często słyszy się ich skargi na to, że poznawani mężczyźni notorycznie okazują się zajęci. Tak jakby nad tą kobietą krążyło jakieś fatum. Taka osoba nie widzi kluczowych momentów, kiedy to ona sama o tym decyduje. Nie widzi przyczyn w sobie, bo jest nieświadoma. Widzi jedynie skutki i z tymi skutkami wcale nie jest jej wygodnie. Nie znając własnych nieświadomych motywów, nie uda jej się uniknąć podobnych sytuacji. I będzie je odczuwać jak życiową zmorę. Jak przekleństwo.


A jaką rolę odgrywa tu mężczyzna?


Kiedy on tę sytuację opisuje, nie mówi o tym tak, jakby dążył do życia z dwiema kobietami i z jakimś wewnętrznym dramatycznym konfliktem. Mówi tak, jakby ze wszystkich sił chciał żyć z jedną z nich, tylko nie wiadomo z którą. To, że są dwie, jest przez niego opisywane nie jako jego własne dzieło, nie jako element jego własnej struktury, tylko jako nieszczęśliwy zbieg okoliczności na drodze do czegoś zupełnie innego. On nie doszukuje się w tym sensu. Spostrzega to po prostu jako problem pochodzący z zewnątrz i czysto praktyczny, czyli taki, który on musi jakoś rozwiązać. Będąc w to bezpośrednio zaangażowany wyobraża sobie, niestety, najzupełniej błędnie, że kiedy wybierze już jedną z tych dwu kobiet, to problem się rozwiąże.


Jest jeszcze żona w tym trójkącie...


Z tą kobietą jest podobnie. Z całej trójki ona prawdopodobnie najmocniej przekonana jest o tym, że sytuacja, z którą przyszło jej się zetknąć, jest zesłana przez Los, ewentualnie przez draństwo jej mężczyzny lub mężczyzn w ogóle. Na podstawie tego przekonania ubiegać się więc będzie o status pokrzywdzonej, który jej większość ludzi przyzna bez wahania. Zresztą słusznie, bo ból, który ona będzie odczuwać, jest olbrzymi. Trudno od kogoś, kto właśnie poniósł taką stratę, oczekiwać, że się będzie przyglądał własnemu życiu, próbując odnaleźć logikę w tym, co się właśnie zdarzyło. Ale nie możemy ukrywać, że każda z tych trzech osób ma jakiś wpływ na własne życie. Ma w tym jakiś swój udział. To, co się każdej z tych trzech osób przydarzyło, jest związane z czymś w nich samych.


Co każe kobiecie być kochanką przez długie lata?


Osoba, która w roli kochanki jest bardzo atrakcyjna, niekoniecznie będzie tak samo atrakcyjna w roli partnerki oficjalnej. I z drugiej strony, wcale nie jest powiedziane, że czułaby się w tej roli komfortowo. Gdyby rzeczywiście to, czego się ona dla siebie domaga, pewnego dnia by się spełniło, czy naprawdę byłaby na to gotowa? Często jest przecież tak, że mężczyzna odchodzi od żony i jego związek z kochanką upada niedługo po tym, albo pojawiają się w nim jeszcze trudniejsze problemy niż te, które były w małżeństwie. Jeśli istnieje trójkąt, to znaczy, że celem jest trójkąt. Gdyby ona chciała mieć jednego partnera, to jest dość mężczyzn gotowych być jednym partnerem.


Każda z tych osób chce być w trójkącie?


Tak. Oczywiście nie na poziomie świadomym. Na świadomym poziomie uczestnicy tej sytuacji odczuwają zmęczenie, frustrację, rozczarowanie, jakieś nadzieje, jakąś złość. Nie mają wrażenia, że tego chcą. Ale jednocześnie tak budują swoje życie, że „tak wychodzi". I nie znaczy to, że grają przed otoczeniem jakąś komedię mówiąc, że im nie odpowiada coś, co naprawdę uwielbiają. Znaczy to tylko tyle, że nie wszystkiego w sobie jesteśmy świadomi. Dlatego raczej wolałbym tak to sformułować, że każda z tych osób ma w sobie taki element, który sprawia, że trójkąt się pojawia, czy się tego chce czy nie. I że ten element w nas, który wywołuje tę sytuację, to jest pewna nieznana nam część. Hasłem kochanki, pochodzącym z tej nieświadomej części, może być na przykład: „kochaj mnie ty, który masz inną kobietę".


Skąd to się może brać?


W dzieciństwie większość z nas ma taki system podstawowy - my, ewentualnie rodzeństwo plus dwoje rodziców. Rodzice są wówczas najistotniejszym punktem odniesienia. Wiele dziewczynek ma fantazje „bycia żoną tatusia". Chłopcy zresztą też takie fantazje produkują, tyle że skierowane na matkę. To się pojawia mniej więcej w wieku trzech lat i znika około szóstego roku życia. Echo tego czasem powraca, tylko w bardzo zniekształconej formie, w okresie dojrzewania. W tym przedziale między trzecim a szóstym rokiem życia dziecko musi sobie poradzić z bardzo ważnym dla niego faktem - że z pewnego rodzaju ważnej relacji między rodzicami jest całkowicie i nieodwołalnie wykluczone. Nie tylko fizycznie, ale i językowo, i pojęciowo.


Seksualnej?


Tak. Ale nie tylko - w inny sposób jest dla tatusia ważna mama, a w inny sposób ja. I w zdrowym rozwojowo układzie dziecko tę rywalizację musi przegrać. Musi być przekonane, że jest wyłączone, że jest poza, a nie w trójkącie. To pierwsza trudność w życiu, na którą się natykamy. Dziewczynka powinna czuć, że została wyłączona z trójkąta, ale zdarza się, niestety, inaczej. Albo matka się jakoś wycofuje, albo ustawia córkę przeciw ojcu, albo używa jej jako tarczy przed nim, albo w końcu ojciec jakoś córkę „uwodzi", rozgrywa coś z nią przeciw matce. W sumie chodzi o to samo - przedłuża się w tej dziewczynce fantazja, niezdrowa już, że ona może matkę jakoś wykluczyć, pokonać, w czym tkwią jeszcze ślady tej fantazji dziecka o byciu „lepszą żoną dla tatusia". Córka nie może się zsolidaryzować z matką na wyższym poziomie, musi z nią rywalizować.


Więc musi w dorosłym życiu rywalizować z inną kobietą?


Mogło być np. tak, że odczuwa, iż straciła coś ważnego - rodzicielską opiekuńczą parę. Teraz musi grać osobę, która nie czuje żadnej straty. Sama idea trwałości pary staje się czymś wrogim. Małżeństwo jako takie, sama instytucja, samo pojęcie stają się wrogimi symbolami. Rozbicie czegoś takiego daje okazję do zaprzeczenia wartości pary rodziców. Tak się dzieje szczególnie wtedy, gdy córka dotkliwie poczuła ból odrzucenia ze strony ojca. Gdy nie możemy czegoś mieć, chcemy często uwierzyć, że to nie jest wiele warte. „Nie chcę mieć mężczyzny, nie chcę związków, związki to oszustwo, w szczególności te legalne, a rozbijanie ich jest jedynie tego oszustwa demaskowaniem. I jako takie jest zasadniczo dobrym czynem, choć zakłamani ludzie gardłują inaczej".


Dlatego rozbijają rodziny innym?


Dla kobiety będącej w roli kochanki cała ta sytuacja jest potwornie bolesna. Ona się często czuje wykorzystywana. Oszukiwana, dosłownie wypatroszona. Oficjalna partnerka buduje zwykle obraz kochanki jako wampa. Pozbawionej uczuć, płaskiej, plastikowej, wyrachowanej kobiety, bazującej na seksie i podstępie. Osoba na tym obrazie jest cyniczna i czuje niewiele albo nic. Może trochę triumfu. Obowiązkowo jest idiotką. W rzeczywistości kochanki mają więcej prób samobójczych niż porzucone żony i bynajmniej nie są to spektakle odegrane, by manipulować mężczyzną. To rzadko kiedy jest dobra zabawa. Najczęściej jest to wykańczające, upokarzające doświadczenie.


Ale w tym tkwią.


Czasem próbujemy przeprowadzać pewne czynności, żeby anulować przeszłe bolesne doświadczenia. Bo jeśli dziewczynka ma za sobą porzucenie przez podstawowego mężczyznę jej życia, przez ojca, jeśli odczuwa jego utratę, to może próbować jakoś to przeżycie odkręcić. Cofnąć, anulować. Jak to zrobić? Jedną z metod, które się same nasuwają, jest odbicie jakiejś kobiecie jej mężczyzny. Tragedia polega na tym, że nawet jeśli się to zrobi, to tego przeżycia się i tak nie odkręci. Przeszłości się nie zmieni. Można najwyżej wrócić do tego pamięcią i przeżyć żałobę. Nie można tego „zapomnieć" albo „dostrzec w tym pozytywów". Takie próby skończą się jedynie popadaniem w kolejne magiczne próby zmiany przeszłości, które nie zadziałają. A skoro nie zadziałają, to nastąpią próby kolejne. I tak można w nieskończoność. Dlatego w trójkątach On - Tamta - Ta Druga przyjrzałbym się trójkątowi - Matka - Ojciec - Ja. To przede wszystkim pytanie o ojca.


I relację z matką.


Dokładnie.

Autor: Renata Mazurowska