W każdej roli na sto procent

Zimę bierze sposobem. Leczniczym, tajskim rosołem walczy z bakteriami, zapomina o smutkach, spotykając się z przyjaciółmi, a świąteczną gorączkę omija szerokim łukiem kupując prezenty... w sierpniu. Rozmowa z Aleksandrą Nieśpielak.

Poza wykształceniem aktorskim ma pani za sobą edukację muzyczną, na koncie wydaną płytę, ale również udział w programie „Jak oni śpiewają". Czy profesjonalna piosenkarka muzykuje z rodziną w trakcie świąt?


Na pewno nie jest tak, że odstawiam jakieś solowe występy. Kiedy byłam dzieckiem, to przy różnych okazjach muzykowaliśmy z rodzeństwem. Brat i siostra brali gitary, później również i ja, kiedy już opanowałam instrument, dołączałam do nich. Śpiewaliśmy piosenki, które niekoniecznie związane były z tematyką świąt. Tak jest zresztą do dziś. Wiadomo, że trudno jest spotkać się całą rodziną, zatem jeśli przy tak wyjątkowej okazji, jaką są święta Bożego Narodzenia, to się udaje, wykorzystujemy ten czas również na wspólne muzykowanie, śpiewanie kolęd. Zresztą moje dzieci też uwielbiają śpiewać i niejednokrotnie same to inicjują. To są takie sytuacje atawistyczne i niezaplanowane (śmiech). Pochodzę z bardzo muzykalnej rodziny, oboje rodzice są w tym kierunku utalentowani. Tata potrafił zagrać coś na każdym instrumencie. Swego czasu miał akordeon, pianino, mama z kolei świetnie śpiewała.


Czy synowie odziedziczyli po mamie któryś z talentów? Czy ciągnie ich do któregoś z artystycznych zawodów?


Starszy syn jest uzdolniony plastycznie. Ja nie byłam nigdy specjalnie utalentowana w tym kierunku. Robi piękne rzeczy i rzeczywiście go to wciąga. To chyba jedyna czynność, która go wycisza, bo poza tym jest go wszędzie pełno. Do tego chce być aktorem i w przedstawieniach szkolnych zawsze gra „pierwsze skrzypce". Młodszy kategorycznie twierdzi, że aktorem być nie chce. Na razie jest na etapie strażaka.


Wymarzony prezent, jaki los mógłby sprawić Aleksandrze Nieśpielak na święta Bożego Narodzenia?


Prezent od losu... Mógłby dotyczyć mojego życia zawodowego. Nie mam na pewno jakichś życzeń materialnych. Jestem minimalistką potrafiącą obywać się bez wielu rzeczy. Jeśli to miałby być prezent od losu, to chciałabym, żeby była to ważna dla mnie rola - Dostojewski, Czechow, Tołstoj...


Czy lubi pani robić prezenty, przeglądać oferty w internecie, przemierzać galerie handlowe, jednym słowem, czy ogarnia panią szał świątecznych zakupów?


Uważam, że święta są dziś już tak skomercjalizowane, że zapominamy o ich istocie. O tym, żeby być z rodziną, bliskimi sobie ludźmi i wreszcie się nie spieszyć. Zamiast tego wszyscy pędzimy, żeby zdążyć ze wszystkimi sprawunkami. Dlatego staram się robić wszystkie prezenty z dużym wyprzedzeniem, na różnych wyprzedażach. Gorzej, jak później zaczyna się pisanie listów do Świętego Mikołaja (śmiech). Mówię, że trochę za późno, bo już jest po wszystkim. Właściwie myślę o prezentach przez cały rok. Zdarza się, że nawet w sierpniu kupuję prezent gwiazdkowy np. dla męża. Zresztą wtedy są najlepsze wyprzedaże, a przed gwiazdką nie ma u nas okazji do obdarowania kogoś. Pierwsze urodziny zaczynają się w lutym, zatem taki prezent potrafi leżeć i kilka miesięcy. No, chyba że nie wytrzymam i wręczę go wcześniej...


A w jaki sposób spędzają państwo okres zimowych wakacji? Czy starannie przygotowujecie wyprawy?


Uwielbiamy jeździć na nartach. Właśnie zaczynam się denerwować, że najstarszy syn wyrósł ze swojego kombinezonu, zresztą tak samo jak z nart. W ogóle poprzednie święta spędziliśmy w Zakopanem, w Nosalowym Dworze, jeżdżąc na nartach i odpoczywając od miasta. Chociaż akurat tam, ze względu na kolejki do wyciągów, ciężko jest jakoś szczególnie poszaleć, ale w zamian jest aura polskich świąt. Kolędy, muzyka góralska, za którą przepadam, choć zawsze się denerwuję, że wszyscy w tym czasie jadą w to samo miejsce na południe (śmiech). Zdarzało nam się również wyjeżdżać w Alpy. Wszystko zależy również od sytuacji finansowej. W każdym razie zawsze staramy się zimą „urwać się" na kilka dni, żeby pojeździć na nartach.


Nie mogę nie zapytać o potrawy, które zawsze obowiązkowo goszczą na państwa świątecznym stole.


Zacznę może od potrawy, która na nim nie gości, czyli karpia. Moja mama nie lubiła karpia i w związku z tym jedliśmy zawsze inne ryby, zazwyczaj kilka gatunków, na pewno był łosoś i dorsz. Lubię eksperymentować i trochę modyfikować świąteczne dania. Obowiązkowo barszcz czerwony z uszkami. Uwielbiam lepić pierogi, więc święta Bożego Narodzenia są takim okresem, kiedy mogę się temu poświęcić. Te pierogi są później dla mnie powodem do dumy. Inaczej smakują, ciasto jest delikatniejsze. Zawsze na stole jest ich kilka rodzajów. Ostatnio próbuję też robić kutię. Zawszę piekę szarlotkę, a poza tym robimy z dziećmi ozdoby z ciasta kruchego.


A poza okresem świątecznym udaje się pani czasem do kuchni, żeby coś przygotować, czy raczej kuchnia nie należy do pani ulubionych pomieszczeń?


Lubię dobrze zjeść, a jest to możliwe jedynie u mojej mamy, w dosłownie kilku restauracjach i jak sama sobie ugotuję. Kocham kuchnię i właściwie zawsze gotowałam. Pamiętam, że nawet na studiach przygotowywałam bigos czy czerwony barszcz na imprezy. Wszyscy wiedzieli, że jeśli zapukają do mnie, to dostaną coś ciepłego do zjedzenia. Gotowanie wbrew pozorom nie zabiera wcale tak dużo czasu. Wstawienie zupy to przecież piętnaście do dwudziestu minut, a później właściwie robi się sama. Staram się przygotowywać potrawy, które nie są czasochłonne. Pieczona ryba, sałatki, takie dania robią się jakby „przy okazji", a możemy być pewni, że są zdrowe.


Czy modyfikuje pani dietę pod kątem pór roku? Może zimą realizuje pani jakieś specjalne dietetyczne zalecenia?


Przywiązuję olbrzymią wagę do odżywiania. Uważam, że odpowiednia dieta chroni nas przed chorobami. Nasza kondycja zależy od tego, co jemy. Zimą np. przygotowuję duży garnek rosołu w stylu tajskim, tzn. dodaję do niego imbir, kurkumę, kolendrę, szczypiorek. Ten rosół niesamowicie nas rozgrzewa. Mam wrażenie, że istotnie ma on działanie antybakteryjne i tym samym lecznicze. Zimą jem również więcej mięsa. W pozostałych porach roku głównie ryby i sałaty. Zawsze mam zupę. Staram się korzystać z produktów sezonowych, jesienią na przykład obowiązkowo dynia, wiosną szparagi i truskawki. Lubię sezonową kuchnię i cieszę się, że mieszkamy w takiej strefie klimatycznej, w której są cztery pory roku. Uważam, że powinniśmy jeść to, co daje nam nasz region, a niekoniecznie cytrusy zimą, ponieważ wychładzają organizm. Bardzo ważne w zimowej diecie jest również to, co przygotowywali nasi pradziadowie, czyli kiszonki. Mają niesamowitą zawartość witaminy C, która nas wzmacnia w tym okresie. Traktuję kuchnię kulturowo i sporo na ten temat czytam.


Która z kuchni świata najbardziej pani odpowiada i co o tym decyduje?


Przede wszystkim nasza kuchnia regionalna. Dużo podróżujemy. Ostatnio na przykład byliśmy w Białowieży, gdzie zjadłam niebywałe carpaccio z jelenia i pysznego jesiotra, dania których pewnie nie miałabym szansy spróbować gdzie indziej. Lubię też kuchnię tajską, do której ze względu na jej rozgrzewające właściwości wracam zawsze zimą. Odpowiada mi również kuchnia śródziemnomorska, która bazując na bardzo dobrych produktach nie wymaga szczególnych umiejętności. Podróżując po świecie staram się próbować produktów regionalnych. Wtedy zawsze moim zamówieniom w restauracji towarzyszy aura sensacji - „Mamo, ty będziesz to jadła???".


Urodziła się pani na Dolnym Śląsku, studiowała w Łodzi, a mieszka w Warszawie, proszę opowiedzieć o swoim miejscu na Ziemi...


Moje miejsce na Ziemi to Saska Kępa, gdzie mieszkam z rodziną, ale to się może zawsze zmienić, ponieważ mamy różne pomysły. Zawsze czułam się człowiekiem znikąd. Mam wrażenie, że podobnie mieszka większość ludzi z Dolnego Śląska, ponieważ właściwie nikt nie jest stamtąd. Trudno o rodziny wielopokoleniowe. Moim miejscem jest na pewno Polska i mogłabym mieszkać w każdym miejscu w tym kraju. Warszawa to świadomy wybór, chociażby ze względu na możliwości, jakie daje w moim zawodzie, ale nie wiem, czy tak będzie całe życie. Czas pokaże.


Poznawanie i oswajanie kolejnego miasta rozwija naszą osobowość, co zatem dała pani Warszawa, czy to miasto w ogóle da się lubić?


Oswoiłam Warszawę do tego stopnia, że mogę nazwać ją swoim miastem, które zresztą kocham. Chociaż ta miłość ma swoje dobre i złe strony, momenty irytacji, a nawet wściekłości z potrzebą chwilowej separacji. Nie lubię jednak narzekania mieszkańców stolicy na swoje miasto, ponieważ skoro już zdecydowano się tu mieszkać, trzeba je zaakceptować z „całym inwentarzem". Mieszkam na Saskiej Kępie, mam blisko park, niewielkie knajpki, miejsca, po których spaceruję z dziećmi. Podoba mi się niska zabudowa tej dzielnicy, jej historia... Wcześniej mieszkałam na Mokotowie, gdzie z kolei jest mnóstwo śladów po powstaniu warszawskim, miejsc pamięci. W pewnym sensie żyję historią tego miasta. Warszawa to miasto, w którym po prostu lubię mieszkać.


Żona, matka, aktorka i piosenkarka. Jakim cudem, przy tej ilości funkcji udaje się pani wygospodarować czas na pomaganie innym, bo w końcu jest pani ambasadorką Fundacji Cor Infantis, działającej na rzecz dzieci z wadami serca oraz Fundacji Pomocy Rodzinom i Chorym na Mukowiscydozę „MATIO"?


Każdą rolę, której się podejmuję, staram się wypełniać w stu procentach. Wykonuję wolny zawód, co pozwala mi samodzielnie rozplanować sobie czas. Nie chcę być tylko aktorką i przeżywać rozczarowań, które są nieuniknione. Zawsze są gorsze okresy. Ja wtedy mam muzykę, dzieci... Fundacje właściwie same się do mnie zgłosiły, z czego bardzo się cieszę.


Proszę opowiedzieć o swojej recepcie na udany, partnerski związek?


Myślę, że nie ma takiej recepty. Związek przez cały czas ewoluuje i na każdym etapie mamy inne problemy. Inaczej jest, kiedy nie mamy dzieci, inaczej, kiedy się pojawią, a jeszcze inaczej, kiedy dorastają. Trzeba się cieszyć tym, co przytrafia nam się w danej chwili, a nie zamartwiać się tym, co nas czeka. Bycie z kimś jest tak ulotne, jak zresztą całe życie, dlatego trzeba cieszyć się tymi fajnymi chwilami, które nam się zdarzają.


Każdy, więc i Aleksandra Nieśpielak, miewa momenty załamania, chandry czy choćby, jak pisał Marcin Świetlicki, doświadcza „nastroju nieprzysiadalnego". Jak radzi pani sobie w takich momentach?


Nie jestem typem depresyjnym. Nie mam na to czasu. Kiedy mamy dwójkę dzieci i pracujemy zawodowo, raczej nie możemy pozwolić sobie na depresję. Jeśli miewam bardziej melancholijny nastrój, to w wolne dni. Zastanawiam się wtedy, dokąd zmierza ta moja gonitwa, taki ciągły „Dzień świstaka". Umawiam się wtedy z koleżankami, idę na basen czy do parku. Przerabiam te trudne momenty w działanie. Może dlatego, że dużo spotykam się z przyjaciółmi, wszelkie gryzące mnie problemy mam przegadane. Uważam, że naszym najlepszym psychologiem jest nasz przyjaciel. Zatem, jak mówił profesor Leszek Kołakowski: „Po pierwsze przyjaciele".

Autor: Michał Adaszewski