Słuchanie zdrowia

Przygoda Olgi Bończyk ze zdrowiem nie ogranicza się do roli lekarza anestezjologa w serialu „Na dobre i na złe". Aktorka pomaga ratować dzieci przed głuchotą, wspiera też walkę z rakiem piersi oraz optuje za regularnymi badaniami kontrolnymi.

Walczy pani o to, by wyciągać dzieci ze świata ciszy. Na czym polega ta akcja?

 

Akcja, a właściwie program, nazywa się „Dźwięki Marzeń". Jestem jego ambasadorką od sześciu lat. Zajmuję się pomocą i rehabilitacją dzieci, które urodziły się z uszkodzeniami słuchu. Opieka ma szeroki zakres, mieszczą się w nim i aparatownie, i badania, i rehabilitacja. Ważne jest, że program obejmuje dzieci od urodzenia do piątego roku życia - wtedy rehabilitacja daje najlepsze efekty. Małe dziecko uczy się szybciej niż starsze, również poruszania się w świecie dźwięków. Jego układ nerwowy intensywnie rozwija się, w tym ośrodki odpowiedzialne za obróbkę bodźców słuchowych. W późniejszym wieku nauka słyszenia i rehabilitacja są trudniejsze. I drugi powód: wada słuchu przeszkadza w ogólnym rozwoju, hamuje go. Dzieci niedosłyszące, ale nie zdiagnozowane, gorzej sobie radzą w przedszkolu i szkole, gorzej mówią, czytają i piszą. I jest to składane na karb umysłowej powolności. Tymczasem dziecko jest równie bystre, jak inne, tylko niedosłyszy.



A co z dziećmi, które mieszkają daleko od gabinetów lekarskich?

 

Właśnie do takich dzieci szczególnie kierowany jest ten program i gorąco je zapraszamy! Do tych maluchów rehabilitanci przyjadą i będą z nimi ćwiczyć w domu. Program dysponuje fenomenalną ekipą doskonale wyszkolonych fachowców, naprawdę na światowym poziomie; foniatrów, laryngologów i logopedów.

Przyjmiecie każde dziecko z niedosłuchem?
Oczywiście trafiają do nas w pierwszej kolejności dzieci z największymi problemami. Jeśli można je wyleczyć szybko i prosto, np. dając aparat, raczej nie potrzebują pomocy programu. Jest on przeznaczony dla dzieci, które muszą przejść 2-3-letnią terapię.
Widziała pani efekty terapii?
Tak! Latem odbywają się trzytygodniowe turnusy rehabilitacyjne, na które przyjeżdżają rodzice z dziećmi i razem uczestniczą we wszystkich zajęciach. To uczy rodziców opieki nad niedosłyszącym dzieckiem. Są tam też terapeuci, którzy pomagają rodzicom zmagać się z chorobą dziecka. Tam właśnie spotykam rehabilitowane dzieci i widzę, jak z roku na rok lepiej sobie radzą. To genialne, widzieć dziecko, które jeszcze rok temu było zupełnie głuche, a rok później słyszy, reaguje na dźwięki, uczy się mówić.
I to wszystko - rehabilitacja domowa i letnie turnusy - za darmo?
Absolutnie.
Co trzeba zrobić, by skorzystać z programu „Dźwięki Marzeń"?
Trzeba się do nas zgłosić, wysłać wniosek o pomoc w rehabilitacji dziecka. Może to zrobić nawet sąsiadka niesłyszącego malucha.
To wszystko?
To wszystko. Kontaktu z nami najlepiej szukać na stronie internetowej www.dzwiekimarzen.pl - tam jest mnóstwo informacji, w tym numery telefonicznej infolinii.
Zaapelujemy o coś do rodziców?
Możemy? Chciałabym podkreślić, że o słuch trzeba dbać całe życie. Dzięki Owsiakowi dziś wszystkie dzieci w Polsce są objęte obowiązkowym badaniem słuchu tuż po urodzeniu. Ale na tym zorganizowana pomoc się kończy - w wieku nastoletnim nie ma już obowiązkowych badań. Tymczasem badania dowodzą, że starsze dzieci też mają problemy ze słuchem! Ubytek słuchu może się zdarzyć w każdym wieku, tym bardziej że młodzi ludzie masowo słuchają głośnej muzyki przez słuchawki. W efekcie sporo dzieci niedosłyszy, ma problemy z komunikacją, dzieci te gorzej sobie radzą w szkole.
I rodzice powinni tego pilnować?
Tak! Kontrolujmy słuch dziecka. Idźmy raz na dwa, trzy lata do laryngologa i poprośmy o badanie. To niewiele, a może wiele zmienić.
Jest pani ambasadorką jeszcze jednej akcji - „Zdrowy nawyk, zdrowe piersi". To akcja, propagująca samobadanie?
Za tą akcją stoi cała historia...
Proszę ją opowiedzieć!
Dobrze. Pewna kobieta zachorowała na raka piersi. Po chemioterapii straciła włosy, rzęsy i brwi. Było jej z tym źle. Jej mąż, lekarz, chciał jej pomóc. Z kilkoma kolegami opracował specjalną odżywkę, pobudzającą porost włosków i odbudowującą je po chemicznych zniszczeniach. Okazała się wyjątkowo skuteczna. Kobieta walkę z rakiem wygrała i postanowiła podzielić się z innymi kobietami produktem, opracowanym przez męża. Ale uznała, że skoro background produktu związany jest z chorobą, powinien być też z nią związany sam produkt - i część zysków powinna być przekazywana na walkę z rakiem piersi.
Zadaniem akcji jest...?
Nauka, jak dbać o piersi, jak je kontrolować; wyrabianie nawyku samokontroli piersi raz w miesiącu. Poruszanie tego tematu w mediach, podnoszenie poziomu świadomości na temat raka piersi. Nauka, co zrobić, gdy znajdziemy guzek. Wspieranie profilaktyki, pomoc w rehabilitacji po mastektomii. Zresztą część środków ze sprzedaży odżywek trafia do Stowarzyszenia Amazonek Polskich. A także uświadamianie mężczyznom, że rak piersi u kobiet to także ich sprawa - bo kiedy pojawia się w domu rak, choruje cała rodzina.
Skoro jesteśmy przy medycynie, czy praca na planie „Na dobre i na złe" nauczyła panią czegoś o zdrowiu?
O tak! Oczywiście nie stałam się anestezjologiem (śmiech), ale te historie były dobrze napisane i dzięki nim dowiedziałam się o paru rzeczach. Każdy odcinek dostarczał kawałka fajnej wiedzy. Była chora na raka lekarka, której amputowano pierś. Inna wygrała z białaczką. Była też historia chłopaka, którego przywieziono z wypadku ze śmiercią pnia mózgu. Wiadomo było, że nie da się go uratować i matka musiała podjąć decyzję, czy pozwolić pobrać jego narządy do przeszczepu.
Bo nie warto zabierać ich do grobu...
...skoro można uratować komuś życie.
A co pani sądzi o tym, by zezwolić na pobranie własnych narządów?
Brałam kiedyś udział w akcji, która propagowała taką postawę. Dostaliśmy wtedy karty, na których wyraża się zgodę na pobranie narządów po śmierci. Kartę należało podpisać i nosić w portfelu. I ja cały czas noszę ją ze sobą. Nie jestem przywiązana do swojego ciała. Jeśli moje organy mogłyby uratować komuś życie, a mi już nie będą potrzebne - to jak najbardziej, niech ratują.
Ale zanim dojdziemy do etapu dzielenia się narządami, trzeba pamiętać, że dbanie o zdrowie popłaca. Choroba grozi każdemu...
Niestety, choroba nie wybiera, nie patrzy na wykształcenie czy pochodzenie. Mówienia o tym nigdy nie za wiele.
To brzmi, jakby przeżyła pani osobiście stratę, związaną z zaniedbanymi badaniami?
Owszem, jedna z bliskich przyjaciółek zmarła na raka szyjki macicy. Byłam tym wstrząśnięta! To była wspaniała dziewczyna, wykształcona, naprawdę na poziomie. Niestety, kiedy się okazało, że ma raka, został jej już tylko rok życia. Nic nie dało się już zrobić. Była to kwestia zaniedbania. Gdy zapytałam, kiedy była ostatni raz u ginekologa, odparła, że „na studiach". A zmarła, mając 50 lat.
Spora przerwa...
Właśnie do tego zmierzam: nawet wykształcona osoba może te sprawy zaniedbać. Czemu? Bo wierzymy, że jak nie pójdziemy do lekarza, nie będziemy wiedzieć, że coś nam jest, to nie zachorujemy. Nic bardziej mylnego!

Ramka
„Listy z daleka" to płyta z piosenkami Kaliny Jędrusik. Oto jak Olga Bończyk mówi o niej: - Marzyłam o tej płycie od wielu, wielu lat! I w zeszłym roku cały kosmos się za mną wstawił: wszystko się składało i udawało. Zrobiłam megarzecz, bo nagrałam tę płytę z Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia. I wszystko własnymi siłami, pomysłem i determinacją, bo nie mam menadżera, nie stoi za mną żadna wytwórnia. I jestem szczęśliwa, bo ta płyta jest tak piękna... Jedno z najpiękniejszych artystycznych zdarzeń, jakie daję światu.

 

Walczy pani o to, by wyciągać dzieci ze świata ciszy. Na czym polega ta akcja?

 

Akcja, a właściwie program, nazywa się „Dźwięki Marzeń". Jestem jego ambasadorką od sześciu lat. Zajmuję się pomocą i rehabilitacją dzieci, które urodziły się z uszkodzeniami słuchu. Opieka ma szeroki zakres, mieszczą się w nim i aparatownie, i badania, i rehabilitacja. Ważne jest, że program obejmuje dzieci od urodzenia do piątego roku życia - wtedy rehabilitacja daje najlepsze efekty. Małe dziecko uczy się szybciej niż starsze, również poruszania się w świecie dźwięków. Jego układ nerwowy intensywnie rozwija się, w tym ośrodki odpowiedzialne za obróbkę bodźców słuchowych. W późniejszym wieku nauka słyszenia i rehabilitacja są trudniejsze. I drugi powód: wada słuchu przeszkadza w ogólnym rozwoju, hamuje go. Dzieci niedosłyszące, ale nie zdiagnozowane, gorzej sobie radzą w przedszkolu i szkole, gorzej mówią, czytają i piszą. I jest to składane na karb umysłowej powolności. Tymczasem dziecko jest równie bystre, jak inne, tylko niedosłyszy.



A co z dziećmi, które mieszkają daleko od gabinetów lekarskich?

 

Właśnie do takich dzieci szczególnie kierowany jest ten program i gorąco je zapraszamy! Do tych maluchów rehabilitanci przyjadą i będą z nimi ćwiczyć w domu. Program dysponuje fenomenalną ekipą doskonale wyszkolonych fachowców, naprawdę na światowym poziomie; foniatrów, laryngologów i logopedów.



Przyjmiecie każde dziecko z niedosłuchem?

 

Oczywiście trafiają do nas w pierwszej kolejności dzieci z największymi problemami. Jeśli można je wyleczyć szybko i prosto, np. dając aparat, raczej nie potrzebują pomocy programu. Jest on przeznaczony dla dzieci, które muszą przejść 2-3-letnią terapię.



Widziała pani efekty terapii?

 

Tak! Latem odbywają się trzytygodniowe turnusy rehabilitacyjne, na które przyjeżdżają rodzice z dziećmi i razem uczestniczą we wszystkich zajęciach. To uczy rodziców opieki nad niedosłyszącym dzieckiem. Są tam też terapeuci, którzy pomagają rodzicom zmagać się z chorobą dziecka. Tam właśnie spotykam rehabilitowane dzieci i widzę, jak z roku na rok lepiej sobie radzą. To genialne, widzieć dziecko, które jeszcze rok temu było zupełnie głuche, a rok później słyszy, reaguje na dźwięki, uczy się mówić.



I to wszystko - rehabilitacja domowa i letnie turnusy - za darmo?

 

Absolutnie.



Co trzeba zrobić, by skorzystać z programu „Dźwięki Marzeń"?

 

Trzeba się do nas zgłosić, wysłać wniosek o pomoc w rehabilitacji dziecka. Może to zrobić nawet sąsiadka niesłyszącego malucha.



To wszystko?

 

To wszystko. Kontaktu z nami najlepiej szukać na stronie internetowej www.dzwiekimarzen.pl - tam jest mnóstwo informacji, w tym numery telefonicznej infolinii.



Zaapelujemy o coś do rodziców?

 

Możemy? Chciałabym podkreślić, że o słuch trzeba dbać całe życie. Dzięki Owsiakowi dziś wszystkie dzieci w Polsce są objęte obowiązkowym badaniem słuchu tuż po urodzeniu. Ale na tym zorganizowana pomoc się kończy - w wieku nastoletnim nie ma już obowiązkowych badań. Tymczasem badania dowodzą, że starsze dzieci też mają problemy ze słuchem! Ubytek słuchu może się zdarzyć w każdym wieku, tym bardziej że młodzi ludzie masowo słuchają głośnej muzyki przez słuchawki. W efekcie sporo dzieci niedosłyszy, ma problemy z komunikacją, dzieci te gorzej sobie radzą w szkole.

I rodzice powinni tego pilnować?

 

Tak! Kontrolujmy słuch dziecka. Idźmy raz na dwa, trzy lata do laryngologa i poprośmy o badanie. To niewiele, a może wiele zmienić.



Jest pani ambasadorką jeszcze jednej akcji - „Zdrowy nawyk, zdrowe piersi". To akcja, propagująca samobadanie?

 

Za tą akcją stoi cała historia...



Proszę ją opowiedzieć!

 

Dobrze. Pewna kobieta zachorowała na raka piersi. Po chemioterapii straciła włosy, rzęsy i brwi. Było jej z tym źle. Jej mąż, lekarz, chciał jej pomóc. Z kilkoma kolegami opracował specjalną odżywkę, pobudzającą porost włosków i odbudowującą je po chemicznych zniszczeniach. Okazała się wyjątkowo skuteczna. Kobieta walkę z rakiem wygrała i postanowiła podzielić się z innymi kobietami produktem, opracowanym przez męża. Ale uznała, że skoro background produktu związany jest z chorobą, powinien być też z nią związany sam produkt - i część zysków powinna być przekazywana na walkę z rakiem piersi.



Zadaniem akcji jest...?

 

Nauka, jak dbać o piersi, jak je kontrolować; wyrabianie nawyku samokontroli piersi raz w miesiącu. Poruszanie tego tematu w mediach, podnoszenie poziomu świadomości na temat raka piersi. Nauka, co zrobić, gdy znajdziemy guzek. Wspieranie profilaktyki, pomoc w rehabilitacji po mastektomii. Zresztą część środków ze sprzedaży odżywek trafia do Stowarzyszenia Amazonek Polskich. A także uświadamianie mężczyznom, że rak piersi u kobiet to także ich sprawa - bo kiedy pojawia się w domu rak, choruje cała rodzina.



Skoro jesteśmy przy medycynie, czy praca na planie „Na dobre i na złe" nauczyła panią czegoś o zdrowiu?

 

O tak! Oczywiście nie stałam się anestezjologiem (śmiech), ale te historie były dobrze napisane i dzięki nim dowiedziałam się o paru rzeczach. Każdy odcinek dostarczał kawałka fajnej wiedzy. Była chora na raka lekarka, której amputowano pierś. Inna wygrała z białaczką. Była też historia chłopaka, którego przywieziono z wypadku ze śmiercią pnia mózgu. Wiadomo było, że nie da się go uratować i matka musiała podjąć decyzję, czy pozwolić pobrać jego narządy do przeszczepu.

 

 

Bo nie warto zabierać ich do grobu...

 

...skoro można uratować komuś życie.



A co pani sądzi o tym, by zezwolić na pobranie własnych narządów?

 

Brałam kiedyś udział w akcji, która propagowała taką postawę. Dostaliśmy wtedy karty, na których wyraża się zgodę na pobranie narządów po śmierci. Kartę należało podpisać i nosić w portfelu. I ja cały czas noszę ją ze sobą. Nie jestem przywiązana do swojego ciała. Jeśli moje organy mogłyby uratować komuś życie, a mi już nie będą potrzebne - to jak najbardziej, niech ratują.



Ale zanim dojdziemy do etapu dzielenia się narządami, trzeba pamiętać, że dbanie o zdrowie popłaca. Choroba grozi każdemu...

 

Niestety, choroba nie wybiera, nie patrzy na wykształcenie czy pochodzenie. Mówienia o tym nigdy nie za wiele.

 

 

To brzmi, jakby przeżyła pani osobiście stratę, związaną z zaniedbanymi badaniami?

 

Owszem, jedna z bliskich przyjaciółek zmarła na raka szyjki macicy. Byłam tym wstrząśnięta! To była wspaniała dziewczyna, wykształcona, naprawdę na poziomie. Niestety, kiedy się okazało, że ma raka, został jej już tylko rok życia. Nic nie dało się już zrobić. Była to kwestia zaniedbania. Gdy zapytałam, kiedy była ostatni raz u ginekologa, odparła, że „na studiach". A zmarła, mając 50 lat.



Spora przerwa...

 

Właśnie do tego zmierzam: nawet wykształcona osoba może te sprawy zaniedbać. Czemu? Bo wierzymy, że jak nie pójdziemy do lekarza, nie będziemy wiedzieć, że coś nam jest, to nie zachorujemy. Nic bardziej mylnego!

Autor: Olga Bończyk