Rozmowa z Olgą Borys: "Jestem fanką witaminy C i uwielbiam masaże"

Popularność przyniosła jej rola w serialu, ale obecnie więcej gra w teatrze. Przede wszystkim w komediach. Publiczność uwielbia jej otwartość, bezpośredniość i wielkie, śmiejące się oczy. Rozmowa z nią to czysta przyjemność. O blaskach i cieniach zawodu aktora, scenicznych wpadkach i… upadkach z aktorką Olgą Borys rozmawia Anna Komorowska

Jakiś czas temu przeprowadzałam z panią wywiad związany z kampanią „Piękna, bo Zdrowa” organizowaną przez Kwiat Kobiecości. Muszę powiedzieć, że niezwykle skuteczna z pani ambasadorka, bo już następnego dnia umówiłam się na wizytę do ginekologa i nakłoniłam do tego kilka bliskich mi kobiet.


O! To bardzo się cieszę! Wszystko w porządku?

Tak, dziękuję. Zastanawiam się, czy ten niezwykły dar przekonywania wynika z pani umiejętności aktorskich czy też jest to cecha pani charakteru?


Hmm… ale czy aktorzy przekonują? Myślę, że mają po prostu do przekazania jakieś emocje. Uważam, że udało mi się panią do tego przekonać nie dlatego, że mam taki talent, tylko dlatego, że jest pani rozsądną kobietą. (śmiech)


Zdaje się, że ma pani też coś, czego brakuje wielu gwiazdom, czyli dystans do siebie. Można się tego nauczyć?

Mnie dystansu do siebie nauczył tata, który miał duże poczucie humoru. U mnie w domu przez śmiech czy pokazywanie czegoś w krzywym zwierciadle cała nasza rodzina łapała dystans do pewnych spraw. Dlatego ja go mam, ale nie każdy ma takiego wesołego ojca. (śmiech) Wydaje mi się, że aktorów już na poziomie szkoły teatralnej powinno się uczyć patrzenia na siebie, swoje umiejętności, talent czy jakieś braki z dystansem. To dobry moment, bo wtedy młody człowiek widzi w sobie potencjał, czuje wewnętrzną siłę i myśli, że zawojuje świat… A potem wychodzi ze szkoły i zderza się z ponurą rzeczywistością. Nagle okazuje się, że zawód, o którym marzył całe życie, pochodzi raczej od zawodzenia niż od pasji.


I w zderzeniu z tą szarą rzeczywistością dystans do siebie pomaga?

Tak, absolutnie! Wtedy można tę szarą rzeczywistość wypełnić barwami, bo to ty jesteś sterem, a nie tobą kierują czyjeś złe emocje czy kubły zimnej wody, które są na ciebie wylewane.


Na przykład hejt…

O tak, tego jest teraz wszędzie pełno. Ale ja nie zwracam na to uwagi. Jeśli ktoś obcy, na kim mi nie zależy, coś tam o mnie chlapnie, to mam to gdzieś. Zdarza się natomiast, że jakaś zaprzyjaźniona, bliska mi osoba nawet czasem nie do końca świadomie powie mi coś niemiłego – to wtedy mnie zaboli. Na szczęście szybko wracam do siebie.


Dystans do siebie przydał się zapewne w programie „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”, w którym brała pani udział. Wszyscy uczestnicy twierdzą, że to świetna zabawa, ale jakoś trudno mi w to uwierzyć, gdy myślę o śpiewaniu ze sztuczną szczęką albo toną charakteryzacji…

My musimy sobie wmawiać, że to taka superzabawa, ale tak naprawdę to ciężka harówka. (śmiech) Oczywiście później daje świetne efekty i jak siebie oglądamy, to czasem sami się dziwimy, jak to dobrze wyszło.


Charakteryzacja nie zawsze była komfortowa. Z czym miała pani największy problem?

Ze zmianami koloru tęczówki. Po prostu nie mogę nosić soczewek, moje oczy ich nie tolerują. Po korekcie wzroku mam lekko naruszoną rogówkę, więc podczas nagrań często towarzyszył mi kłujący ból oczu. Ulgę przynosiły mi litry nawilżających kropli aplikowanych w czasie przerw w nagraniach. To było najbardziej uciążliwe, z całą resztą sobie radziłam. Nawet ze sztucznymi szczękami, których miałam całą kolekcję! Niektóre nawet sobie zostawiłam i czasem zakładam podczas spektakli, gdy chcę zrobić jakiś żart. (śmiech)


Ma pani wielki talent komediowy, gdzie możemy panią zobaczyć w najbliższym czasie?

W Teatrze Capitol w Warszawie gram w spektaklu „Dwie połówki pomarańczy”. Będzie też dużo spektakli wyjazdowych, m.in. w Jastrzębiu-Zdroju, Kętach, Nowym Sączu, Myśliborzu, Rogoźnie, Świnoujściu. W Międzyrzeczu zagramy „Żonę do adopcji”. Wyprodukowałam też własną sztukę „Bierki”, którą w maju gramy w Łodzi.


Często pani wyjeżdża. Jak pani znosi rozstanie z rodziną?

Od 10 lat jest to mój chleb powszedni, więc właściwie jesteśmy cały czas na łączach. (śmiech) Przyznaję, że choć polska publiczność jest cudowna i bardzo lubię grać w tych wszystkich miejscowościach, to często jestem zmęczona wyjazdami. Wygląda to tak, że po południu jadę sama do miejsca docelowego na spektakl, gram, a potem wsiadam w auto i wracam do Warszawy, żeby spędzić noc w domu. Czasem są to bardzo późne godziny nocne. A rano bez taryfy ulgowej, z oczami na zapałki pomagam mojej córce uczesać włosy. Ma bardzo długie, dlatego nie za dobrze radzi sobie z nimi sama.


Córka przyzwyczaiła się do tego, że często pani wyjeżdża?

Można tak powiedzieć. Często nawet się dziwi, gdy jestem w domu. Kiedy mam wolne, robimy sobie babskie dni, które Mira uwielbia. Idziemy na zakupy, do fryzjera, do kina albo na sushi. To dla nas zawsze święto i nawet gdybyśmy miały się wtedy po prostu nudzić w domu, to i tak byłoby super.


Wróćmy do teatru. Podczas spektaklu mogą się zdarzyć nieprzewidziane sytuacje. Co na przykład?

Na przykład kolega może zacząć mówić tekstem z drugiego aktu, co by oznaczało, że po pierwszym już byśmy zakończyli spektakl. Pozostali przytomni próbują to jakoś odkręcać, dawać mu znaki, robiąc wielkie oczy, ale on się nie orientuje i dalej odgrywa przedostatnią scenę drugiego aktu. (śmiech) Zdarza się, że ktoś nie wejdzie na scenę w odpowiednim momencie, bo np. „siedzi w telefonie”. Mamy takiego kolegę, który jest bardzo zaangażowany w życie polityczne naszego kraju i nieustannie śledzi wszystkie nowe wiadomości. Do tego stopnia, że zapomina, co się dzieje dookoła. Dlatego jestem takim cerberem i pilnuję, żeby nikt się nie zagapił, zaglądam w kulisy, sprawdzam, co się tam dzieje. (śmiech) Musimy pamiętać, że scena jest bardzo zazdrosną kochanką. Ona nie pozwala nie myśleć o sobie.


A czy doświadczyła pani na scenie jakiejś niebezpiecznej sytuacji?

To już właściwie było poza sceną, publiczność tego nie widziała. Schodząc za kulisy, zaplątałam się w leżący na podłodze koc i spadłam z podwyższenia, na którym zbudowana była scena. W dodatku walnęłam głową w kaloryfer. Koledzy usłyszeli tylko „bum” i zobaczyli buty w górze. Nie wiedzieli, co mi się stało i czy żyję. Jak zobaczyli, że wstałam, to grali dalej. Zresztą ja też dokończyłam ten spektakl. Sama trochę zignorowałam ten upadek, przez co do tej pory mam problemy z kręgosłupem, bo za późno poszłam do specjalisty. Co jakiś czas muszę chodzić na rehabilitację i masaże oraz suplementuję się peptydami, kolagenem i glukozaminą, żeby odbudować uszkodzoną tkankę łączną.


Musiałam na jakiś czas zrezygnować z jogi. Chodzę z kijami, bo to dobrze ustawia kręgosłup. Lubię też jazdę rowerem.


Gdy odczuwa pani spadek energii, to co panią pobudza do życia?

Stawiam na dobre odżywianie i suplementację. Jestem fanką witaminy C, która dobrze wpływa nie tylko na odporność, ale też chroni mnie przed siniakami, bo wzmacnia naczynia krwionośne. Poza tym uwielbiam masaże, np. tajski albo regenerujący masaż powięziowy. Ten ostatni jest bolesny, ale zaczęłam w tym znajdować przyjemność. Korzystam z niego ze względu na kręgosłup. Wygląda to tak, że przez 45 minut wrzeszczę z bólu, a potem schodzę i czuję się jak nowo narodzona. To tak, jakby mnie ktoś rozkręcił na drobne części, odrdzewił i skręcił na nowo.


Olga Borys – aktorka teatralna i telewizyjna. Absolwentka PWSFTViT w Łodzi. Popularność przyniosła jej rola Zuzi Śnieżanki w serialu „Lokatorzy”, potem przyszły kolejne, m.in. w serialach: „Ja to mam szczęście”, „Klan”, „Na Wspólnej”, „Pierwsza miłość”, „Galeria”, „Samo Życie”. W 2007 r. zajęła pierwsze miejsce w telewizyjnym show „Gwiazdy tańczą na lodzie”. W 2016 r. wzięła udział w programie „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”. Występowała na deskach Teatru Komedia, Ochoty, Syrena, Kwadrat, Capitol, Scena Prezentacje w Warszawie, a także Teatru im. J. Osterwy w Lublinie. Prywatnie jest żoną aktora Wojciecha Majchrzaka i mamą Miry.

Fot. Facebook/Olga.Borys.Oficjalny

Autor: Anna Komorowska

Komentarze