Podróżujesz? Uważaj, możesz zwariować

Wieża Eiffla, Jerozolima, buddyjskie stupy, piękne florenckie mozaiki i rzeźba dłuta Michała Anioła… Chciałoby się to wszystko zobaczyć, choć – aby uniknąć wizyty u psychiatry – może rozsądniej byłoby omijać?

„To jakiś żart?”, „I jaki związek ma Michał Anioł z psychiatrą?” – mógłby ktoś zapytać, dlatego od razu wyjaśniamy, że ma, i to duży, oraz że nie ma tu mowy o żadnych żartach, a wręcz przeciwnie. Zdaniem lekarzy wakacyjny wyjazd może zakończyć się chorobą psychiczną. I to chorobą konkretną, związaną z danym miejscem, krajem, zabytkiem. No, może nie grozi nam ona, gdy jedziemy do babci na wieś, ale już gdy wybieramy się do Izraela, Włoch, Francji czy Indii – jak najbardziej.


Syndrom Stendhala

Syndrom Stendhala to zespół objawów psychosomatycznych, które mogą wystąpić u osób zwiedzających Florencję, stąd inna jego nazwa – syndrom florencki. Żeby lepiej zrozumieć to zaburzenie, przypomnijmy: Florencja to miasto sztuki, miejsce narodzin włoskiego renesansu i pięknej architektury, dla niektórych nawet bardziej wyjątkowe niż Rzym. Nic więc dziwnego, że jest celem podróży turystów z całego świata. Najczęściej są to miłośnicy sztuki, a więc z reguły jednostki wrażliwsze niż inni. Podobnie zresztą jak żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku francuski pisarz Stendhal, który wyjątkowo mocno przeżył swoją wizytę w tym włoskim mieście. Sztuka miała wyzierać na niego z każdego kąta i tak przytłaczać swoją obecnością, że aż dostawał mdłości, które poprzedzane były napadami paniki.


Jakie jeszcze objawy oprócz mdłości są charakterystyczne dla tej „choroby”? Przeróżne, od lęków przybierających nawet postać psychozy, przez palpitacje serca, zawroty głowy, omdlenia, poczucie zagubienia, po trudny do opanowania niepokój i halucynacje. Powstała nawet lista „groźnych dla zdrowia” dzieł i obiektów. Znalazły się na niej m.in. prace Caravaggia, Rafaela, Brunelleschiego oraz pałac Medyceuszy z kaplicą Trzech Króli. Wiadomo też, że na to specyficzne „przedawkowanie piękna” narażone są zwłaszcza osoby uzdolnione artystycznie albo mające artystyczną duszę, w wieku od 25 do 40 lat, podróżujące samotnie, ewentualnie w małej grupie. Bywa, że wyjazd do Florencji jest pierwszym w ich życiu. Zdarza się też tak, że arcydzieła włoskiego renesansu „odblokowują” jedynie niezauważane wcześniej problemy psychiczne.


Syndrom Dawida

Czy turysta, u którego podczas zwiedzania Florencji nie wystąpił syndrom Stendhala, może już czuć się spokojny? Niezupełnie. Tamtejsze dzieła sztuki są tak niezwykłe, że przyprawiają o zawrót głowy, i to niekoniecznie przyjemny. Czasami wystarczy tylko jedno miejsce, jeden obraz czy posąg, by człowiek stracił grunt pod nogami.

Napady duszności, problemy kardiologiczne, ataki paniki, omdlenia, a nawet pełna utrata świadomości mogą wystąpić np. podczas obcowania z „Dawidem”, cieszącą się ogromną sławą rzeźbą Michała Anioła. Kilkumetrowy marmurowy posąg przedstawiający biblijnego Dawida bezpośrednio przed walką z Goliatem jest zdaniem wielu piękny, monumentalny i robi ogromne wrażenie. Ale żeby od razu omdlenia? Niestety. Potwierdzają to lekarze z florenckiego szpitala – podobno z powodu wspomnianych wcześniej objawów trafia do nich około 30 turystów rocznie. Kto więc powinien szczególnie uważać podczas oglądania tego renesansowego posągu? Podobnie jak w przypadku syndromu Stendhala – osoby wrażliwe na sztukę.


Syndrom jerozolimski

Ten syndrom ma zupełnie inne podłoże niż poprzednie, bo nie artystyczne, a religijne. Z tego też powodu wszystko wygląda trochę poważniej, bo za poważną trzeba chyba uznać sytuację, gdy wydaje się nam, że jesteśmy Chrystusem, Matką Boską lub Mojżeszem, na ulicy głosimy kazanie lub namawiamy do przejścia przez morze. Ale zacznijmy od początku.


Jerozolima to święte miasto trzech wielkich religii – chrześcijaństwa, judaizmu i islamu (zaraz po Mekce i Medynie), cel pielgrzymek wiernych z całego świata, choć nie tylko – przyjeżdżają tu też „zwykli” turyści, ciekawi niezwykłej sławy tego miejsca. Znajdują się tu m.in. bazylika Grobu Świętego – miejsce ukrzyżowania, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa; Ściana Płaczu – najświętsze miejsce wyznawców judaizmu czy bliska sercu każdego muzułmanina Kopuła na Skale i meczet Al-Aksa, które mają przypominać o tym, że to tu dotarł Mahomet po tzw. nocnej podróży i tu wstąpił do siedmiu niebios.


Wiele osób podróżujących do Jerozolimy oczekuje w tym świętym mieście niezwykłych doznań religijnych. I tak rzeczywiście się dzieje, czasami jednak przybierają one nieoczekiwaną formę. Wygląda to tak: po przybyciu na miejsce z człowiekiem dzieje się coś dziwnego – ogarnia go niepokój, chce być sam, odłącza się od grupy, chwilę później zaczyna obsesyjnie myć ręce, kąpać się, a jeszcze później – żarliwie się modlić, by na końcu obleczony w hotelowe prześcieradło głosić Słowo Boże. Brzmi trochę strasznie, ale wszystkie objawy syndromu jerozolimskiego mijają wkrótce po opuszczeniu miasta. Zostaje tylko wstydliwe wspomnienie. Co ciekawe, tej religijnej fiksacji ulegają też osoby niewierzące.


Syndrom paryski

Może to kogoś zdziwi, ale problemy ze zdrowiem psychicznym można mieć też w jednej z „naszych”, europejskich metropolii. Mowa o Paryżu, mieście miłości, sztuki, mody. I jednocześnie, jak się okazuje, mieście niebezpiecznym dla wrażliwych… Japończyków, którym stolica Francji kojarzy się z pięknem, elegancją, wyrafinowaniem, klasą. Wszystko, co wiąże się z Paryżem, w ich wyobraźni ma być niesamowite i jednocześnie inne od tego, co znają ze swojego, odległego także kulturowo kraju. Niestety te wyobrażenia najczęściej nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością. Muzea i zabytki są, a jakże, podobnie jak ładne sklepy z eleganckimi ubraniami czy słynne na cały świat malutkie kawiarenki. Ale oprócz tego jest coś jeszcze – śmieci na ulicy i w parkach, brzydkie zapachy, brud w publicznych toaletach i w barach szybkiej obsługi, niezbyt uprzejmi Francuzi i jakby nie do końca eleganckie i zadbane Francuzki. Efekt? Uczucie ogromnego przytłoczenia, beznadziejności, a nawet depresja, zawroty głowy, łomotanie serca, zimne poty i osłabienie zmuszające do leżenia w łóżku. Czy to mija? Tak, ale pojawia się coś innego: długotrwała niechęć do podróżowania.


Syndrom indyjski

Dla nas, Europejczyków równie groźny w skutkach może się okazać wyjazd do Indii. Zwłaszcza jeśli jesteśmy osobami młodymi, między 20. a 30. rokiem życia, choć osoby w kwiecie wieku też nie mogą czuć się bezpiecznie. Na czym polega syndrom indyjski i skąd się bierze? Przede wszystkim źródłem problemów ma być ogromna różnica kulturowa, łatwy dostęp do narkotyków i swobodne ich zażywanie oraz, co ciekawe, głęboka medytacja. Wszystko to może współdziałać, uzupełniać się lub być samodzielnym „zapalnikiem”.

I nic dziwnego, Indie to tygiel, w którym piękno miesza się ze skrajną nędzą, kolory sari z brudnymi przepaskami żebraków, zapachy kadzideł ze smrodem Gangesu. Są tu mnisi, skrywające jakieś tajemnice kobiety, dzieci o smutnych oczach, chude krowy, posągi Buddy. Do mistycznych uniesień nie trzeba medytacji ani narkotyków, ale gdy jest jedno albo drugie, bądź i jedno, i drugie, nawet trudno sobie wyobrazić, co może się dziać w biednej europejskiej głowie. A może, zdaniem psychiatrów, wszystko – od niegroźnych urojeń po głęboką psychozę. Jednego dnia poczuć można zespolenie z przydrożnym kamieniem, innego zyskać zdolność widzenia rzeczy niewidzialnych, a jeszcze innego przekonanie, że urodziło się tylko po to, by zostać wiecznym pielgrzymem żyjącym w cielesnej czystości i milczeniu.

Można też mieć „zwykłe” zawroty głowy, koszmary nocne, problemy z koncentracją, poczucie zagubienia, duszności. Obojętnie jednak, jakie objawy u nas wystąpią, niezbędna będzie pomoc lekarza. Tam na miejscu lub po powrocie do domu. Dla własnego dobra.

Fot. Pixabay

Czytaj więcej:


Autor: Joanna Grzegorzewska