Po białej stronie mocy - odeta moro-figurska

O tym, jak to możliwe, że dwoje dziennikarzy wytrzymuje ze sobą pod jednym dachem, a w dodatku z powodzeniem wychowuje córkę. I o tym, dlaczego mamy odchudzają siebie zamiast swoje dzieci oraz jak jednocześnie przebywać w Warszawie i Nowym Jorku. Rozmowa z Odetą Moro-Figurską.

Dziennikarze to ludzie o wyjątkowej ekspresji. W jaki sposób para dziennikarzy może tworzyć udany związek?


Każde z nas pracuje o różnych porach i w ciągu dnia po prostu się mijamy. Kiedy Michał wychodzi na swoją poranną audycję, ja dopiero zaczynam otwierać oczy, natomiast kiedy ja prowadzę program „Kawa czy herbata", Michał jeszcze śpi. Ja nie jestem w stanie słuchać go w radiu, on z kolei nie potrafi oglądać mnie w telewizji. Żyjemy zatem na tak zwaną zakładkę.


Do tego tworzycie zupełnie różne wizerunki medialne...


Michał jest tą czarną stroną mocy, a ja raczej białą. On jako dziennikarz jest złośliwy, ironiczny i uszczypliwy. Ja z kolei zawsze staram się być miła, urocza i przyjemna.


Czy wy w ogóle macie jeszcze czas na tak zwane życie osobiste?


Staramy się, jak tylko możemy. Nie mamy co prawda weekendów tylko dla siebie. W sobotę i niedzielę prowadzę program. W związku z tym nie ma czasu na leżenie i drapanie się po brzuchu. Michał musiał się z tym pogodzić. Próbujemy jednak szukać rozwiązań.


W końcu jednak każdy musi złapać oddech. Wiem, że ty jeździsz na rowerze, udaje ci się namówić czasem Michała na wspólne wycieczki?


Jasne. Zresztą Sonię również. Nasza córka ostatnio na urodziny zażyczyła sobie rower z przerzutkami. Przerzutki to ewidentnie jest coś, co robi wrażenie na ośmiolatkach. No więc mamy wspólne, rodzinne wycieczki. Rzeczywiście rower jest jednym z naszych sposobów na wspólny wypoczynek. Uwielbiamy też spacery. Mamy to szczęście, że mieszkamy dosłownie trzy minuty od parku. Sonia ma tam do dyspozycji plac zabaw pełen zjeżdżalni, „pająków" i huśtawek, a ja mam ławeczkę.


Porozmawiajmy o macierzyństwie, do którego, mam wrażenie, podchodzisz, wybacz to określenie, bardzo profesjonalnie. Założyłaś fundację „Szczęśliwe Macierzyństwo", organizowałaś szereg akcji pod hasłem „Szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko", a ostatnio piszesz jeszcze książki skierowane do rodziców...


Co do tej ostatniej działalności, to zupełnie świeża historia. Pierwsza książka powstała zaledwie rok temu i nosi tytuł „Czupury i inne zabawy z wyobraźni". To zbiór scenariuszy zabaw, które można realizować z dzieckiem w domu. Mam czas, nie mam pomysłu, wystarczy kilka gadżetów, za pomocą których można zorganizować zabawę pobudzającą wyobraźnię zarówno dziecka, jak i rodzica. Na etapie powstawania tamtej książki zaczęłam się zastanawiać nad następną. I tak w ciągu kolejnego roku były już „Pichciuchy, czyli Rodzina w Kuchni". Tu pomysł jest podobny, tyle że cała zabawa odbywa się w kuchni, a efektem są wspólne, rodzinne dzieła kulinarne.


Ta druga książka, rozumiem, że poza zabawą, przemyca odrobinę wiadomości dotyczących zdrowej kuchni?


W tej chwili bardzo dużo uwagi poświęca się zdrowemu odżywianiu, a z drugiej strony coraz częściej mamy do czynienia z otyłością wśród dzieci i młodzieży. Mam wrażenie, że rodzice mają świadomość, ale własnej wagi. Załamują mnie sytuacje, w których matki opowiadają o swoim odchudzaniu, a obok siedzą ich dzieci pochłaniające kolejnego batonika. Nie mówię, że ja nie grzeszę. Moje dziecko również je produkty, które nie należą do najzdrowszych, ale należy nad tym panować. Ta książka pokazuje nie tylko przyjemność jedzenia, ale też gotowania.


A jak byś zdefiniowała świadome macierzyństwo?


Myślę, że istota tkwi w świadomym gospodarowaniu czasem, który poświęcamy swoim dzieciom. Dwadzieścia minut naprawdę fajnej zabawy zostanie bardziej zapamiętane niż godziny nic nierobienia. Dziecko szuka w nas autorytetu, ale też odrobiny szaleństwa. Pozwólmy sobie na chwilę spontaniczności. Zachowajmy się jak Jaś Fasola, a wtedy dziecko zacznie opowiadać swoim rówieśnikom słynne zdanie „A wiesz, a mój tata...", „A wiesz, a moja mama...".


Kto był twoim autorytetem w dzieciństwie?


Absolutnie tata. Teraz zresztą próbuje być takim autorytetem dla mojej córki. Śmiało mogę mu nadać tytuł „Superdziadka". Zresztą poświęca temu mnóstwo czasu i wysiłku. Sonia po zabawie z dziadkiem zawsze może się pochwalić, czego to ją dziadek nauczył. Chyba o to właśnie chodzi. Zresztą poza ojcem, dla mnie dziadek również był autorytetem. Szczególnie w kwestiach naprawy roweru (śmiech). Wracając jednak do taty, zawsze imponowała mi jego zaradność i zdolności manualne. To, że potrafił naprawić wiele rzeczy, coś skonstruować. Matki są postrzegane przez dzieci w kategorii obowiązków: „Nie zjadłeś! Odrób lekcje! Umyj zęby! Idź już spać". Rola matki, niestety, nie jest to najwdzięczniejsza. Tata natomiast może zabłysnąć. Ojciec albo dziadek może zrobić coś, co jest poza normami i szablonami. Może zaproponować taki „skok w bok", który później pamięta się latami. I ja w takich kategoriach pamiętam czas spędzany z ojcem. Pomijając fakt, że zawsze mnie bronił. To też wynika ze spięć damsko-damskich pomiędzy matką i córką. Wtedy tylko facet może wejść w środek, przekroić wszystko cienką linią i zrobić porządek.


To wejdźmy w środek i porozmawiajmy o zdrowiu, jak o nie dbasz?


Jeżeli chodzi o sport, to przypominam sobie o nim, kiedy zaczynają się wakacje (śmiech). Wiadomo, chciałabym wtedy lepiej wyglądać i lepiej się czuć. W tym roku na wiosnę zafundowałam sobie kurację oczyszczającą. Była to dieta polegająca na piciu pewnego specyfiku, którego podstawę stanowił syrop z kanadyjskiego klonu i palm z południowo-wschodniej Azji. Taki syrop kupuje się w sklepach ze zdrową żywnością, rozcieńcza się go z wodą, dodaje sok z cytryny i pieprz cayenne. Przez trzy dni ów napój był moim jedynym posiłkiem. To nie jest żadna wycieńczająca głodówka, ponieważ napój jest wysokokaloryczny. Zresztą nie mogłabym sobie pozwolić na to, żeby przez trzy dni pozbawić się energii do działania. Efekt był świetny. Poczułam przypływ energii. Rano szybciej otwierałam oczy, wstawałam z lepszym samopoczuciem, no i przede wszystkim po kuracji miałam mnóstwo sił witalnych. Słońce co prawda mobilizuje nas do pracy i kreatywności, ale organizm niekoniecznie nadąża wtedy za naszymi pomysłami. Taka kilkudniowa kuracja może nas wspomóc.


Zdrowie to również regularnie spożywane posiłki. Jakoś mam wrażenie, że u ciebie to niekoniecznie wygląda dobrze...


Jestem kompletnie nieregularna. Jem wtedy, kiedy znajdę wolną chwilę. Śniadanie spożywam zazwyczaj na obiad. Mam wrażenie, że żyję w kilku strefach czasowych jednocześnie. Przyjeżdżam do telewizji na czwartą rano, a następnego dnia prowadzę nocną imprezę. W ten sposób jednego dnia budzę się przed czwartą, a drugiego po czwartej się kładę. Raz jestem w Warszawie, a raz w Nowym Jorku, choć ciągle w tym samym miejscu. Przez to, że mam tak nieregularny tryb dnia, nieregularnie jem. Natomiast, oczywiście, mam pełną świadomość, że nie jest to droga do zdrowia (śmiech).


A jak już znajdziesz czas na ten nieregularny posiłek, to jaką kuchnię preferujesz?


Na pewno lekką kuchnię, ale lubię też grzeszyć. Nie jestem fanem fast foodów, nawet w najlepszym wydaniu. Kiedyś spróbowałam hamburgera, to kompletnie nie był mój smak. Ja uwielbiam dobre pieczywo, a to w fast foodach smakuje jak wata. Nigdy nie kupię na przykład chleba zapakowanego w folię. Wolę już nie jeść tego chleba w ogóle.


Zatem wiemy już, czego nie jesz, a kiedy jednak już coś jesz?


Uwielbiam zupy. W ogóle polska kuchnia słynie z zup, a my tego kompletnie nie doceniamy. Dobrze zrobiona zupa jest jednocześnie pożywna i dietetyczna. Do zupy można wpakować wszystkie warzywa świata, a tym samym wszystkie witaminy świata. Poza tym jest ciepłym posiłkiem, na który często nie mamy czasu. Uwielbiam też sałaty, ponieważ są patentem na szybkie danie. Zawsze mam w domu kilka sałat i świeży szpinak. Wystarczy wrzucić to do miski, dodać trochę innych warzyw, jakiś sos i mamy gotowy, a co najważniejsze, smaczny posiłek, którym wszyscy się zajadają. Przez długi czas nie jadłam wieprzowiny i zastępowałam ją rybami. Teraz już jem wieprzowinę, ale pozostał zdrowy nawyk jedzenia ryb. Nie jestem natomiast zwolenniczką drobiu. To jest dla mnie ostateczność, jak jestem gdzieś na obiedzie i nic nie wygląda dobrze, wtedy dopiero sięgam po kawałek kury czy indyka. Jeżeli chodzi o słodycze, to nie jestem „słodkolubna". Mam natomiast problem z solą, która jest taką samą „białą śmiercią" jak cukier. Mogłabym jeść sól łyżeczką z solniczki, a cukru nie znoszę. Mamy zresztą kryzys cukrowy. Kiedy ostatnio znajomi wpadli na kawę i poprosili o cukier, oświadczyłam, że siedem złotych za kilogram to przesada, więc cukru w domu nie posiadam (śmiech). Wszystko słodzimy miodem albo skokiem na bazie owoców. Lubię, żeby było słono i ostro. Zresztą moja ulubiona kuchnia to kuchnia tajska. Jeżeli ktokolwiek chce cokolwiek ze mną załatwić, to wystarczy zielone curry i jestem kupiona (śmiech).


Jak wyglądają wasze wakacje, są zaplanowane z odpowiednim wyprzedzeniem, czy może wręcz przeciwnie?


Tu nie ma reguły. W zeszłym roku faktycznie spędziliśmy wcześniej zaplanowany urlop, z kolei w tym roku oddamy się improwizacji. Na pewno Sonia wyjedzie na obóz, a my z Michałem chcemy wrócić do starych dobrych czasów - „nie ma dziecka, jesteśmy niegrzeczni". Planujemy wybrać się na południe Europy. Samochód, namiot i jazda przed siebie. Nigdy nie wiesz, gdzie się zatrzymasz i nigdy nie wiesz, na jaki camping trafisz. Kiedy pojawiła się Sonia, musieliśmy trochę osiąść w jednym miejscu, natomiast teraz możemy wrócić do dawnych pasji. Zjeździliśmy całą Europę, a zwłaszcza Skandynawię, więc nie jesteśmy nowicjuszami. To naprawdę fajny i stosunkowo tani sposób na urlop, bo nie nocujesz w pięciogwiazdkowych hotelach, choć też są pięciogwiazdkowe campingi, więc można wybrać standard, na jaki nas stać i jaki nam odpowiada. Ale to zawsze jest obcowanie z przyrodą, łapanie pająków i grzebanie patykiem w ziemi. Ja to uwielbiam.

Autor: Michał Adaszewski