Partner najlepszym nauczycielem

Chętnie zmieniłabyś w nim to i owo, nie możesz się doczekać, kiedy wreszcie nauczy się opuszczać deskę w toalecie, zabierze cię na spacer, poczyta dzieciom, nie będzie zasypiał z pilotem w ręku. A jednak jego wady mogą nauczyć cię prawdy o tobie samej. Jak to możliwe?

Podobno najbardziej drażnią nas u innych te cechy, których nie znosimy także u siebie. - Mnie u mojego męża denerwowała zawsze rozrzutność. A sama przecież nie umiem się powstrzymać, gdy widzę markowe buty czy spodnie. Wiem, że mnie na nie stać, ale kupuję. Może to podświadoma chęć, ukarać męża, nie siebie, za brak komfortu materialnego? - zastanawia się Ania, menedżerka w dużej firmie. 

Gdy czujemy się niepewni, zagrożeni lub zaatakowani, pojawia się złość. Często maskuje ona strach - że partner nas nie kocha, nie szanuje, chce skrzywdzić. Zaczynamy go traktować jak intruza, wroga i spirala złości się nakręca. Ale jeśli nie damy się ponieść pierwszej emocji, tylko spokojnie zastanowimy się nad źródłem, może się okazać, że to, co nas złości w naszym partnerze, niesie nam ważny komunikat o nas samych. Lekcja do odrobienia.

Nie zawsze jest łatwo
- Mój narzeczony nauczył mnie, że słowa nie zawsze równają się czynom - mówi Beata, wydawca książek dla dzieci. - Wychowałam się w ufającej sobie rodzinie. Nigdy się nie zawiodłam na rodzicach ani na rodzeństwie. Słowo oznaczało czyn, to, co zapowiedziane, to realizowane. Myślałam, że dla innych jest to tak oczywiste jak dla mnie. Niestety, mój niedoszły mąż (zerwaliśmy zaręczyny) nauczył mnie, że to nie musi być regułą. Że są ludzie, którzy - nawet niekoniecznie ze złej woli - nie potrafią sprostać składanym obietnicom. Miałam dość pustych deklaracji, więc się rozstaliśmy. Teraz wiem, że ufać, znaczy też sprawdzać, a nie ślepo wierzyć - tego właśnie się nauczyłam.
To, co początkowo wydaje nam się skierowane przeciw nam, często działa uzdrawiająco. Prowokuje do innego myślenia, do rozwoju. Zdejmuje z oczu łuski i pozwala widzieć rzeczy takimi jakie są, niewyidealizowane, ale prawdziwe. - Raz jest dobrze, chwilę później nasz świat się rozpada. Potem znów jest dobrze i znów wszystko się wali - pisze Pema Cziedryn w książce „Kiedy życie nas przerasta". - Uzdrowienie płynie ze zgody na taki stan rzeczy - ze zgody na upływ czasu, na cierpienie, ale także na poczucie ulgi, radość i żal. Nie mamy żadnej pewności, czy w danym momencie spotka nas przyjemność czy smutek. Najważniejsze, byśmy pozwolili sobie na tę niewiedzę, byśmy stworzyli dla niej miejsce. Gdy nadchodzi wielkie rozczarowanie, nie wiemy, czy oznacza ono koniec naszej historii. Równie dobrze może się okazać początkiem wielkiej przygody...

Kto jest winny?
Chętnie za wszystkie nasze niepowodzenia obwiniamy innych, w sobie chcemy widzieć osobę, której niewiele można zarzucić - mądrą, dowcipną, przyjacielską i życzliwą. Której jakoś nikt się nie odwdzięcza, którą nie bardzo docenia. Wszystkie złe rzeczy przychodzą do nas z zewnątrz, bez naszego udziału - chętnie żyjemy w takiej iluzji, bo ona nas chroni przed cierpieniem. I przed zmianą. Zmianą samej siebie.
- Moje związki nauczyły mnie, że nie mogę naiwnie myśleć: skoro jestem taka wspaniała i tak bardzo się staram, to inni będą tak zachwyceni tym, że dostąpili zaszczytu bycia ze mną, będą robić wszystko, by mnie uszczęśliwić - śmieje się Agata, 30-letnia opiekunka dzieci niepełnosprawnych. - Niestety, to nie wystarczy. Bo zaspokajając potrzeby innych, a nawet je wyprzedzając, dajemy często sygnał, że to my oczekujemy spełnienia naszych, np. potrzebę bliskości, czułości, dbania o kogoś drugiego. Dziś, gdy coś mnie wkurza, przede wszystkim myślę o tym, dlaczego to jest takie ważne dla mnie, np. wspólny posiłek w ciągu dnia, na którym mężowi nie zależy? Symbolem czego jest dla mnie? Dlaczego mnie drażni, gdy obiad jest na stole, a on nie może oderwać się od komputera? Bo mnie nie szanuje? Nie zależy mu na mnie? Tak wcześniej myślałam. A może ma ważną bankową transakcję, której nie może przerwać? Rezerwuje nam bilety do opery? Siadam i spokojnie jem sama i myślę raczej, że pewnie ma coś pilnego lub dla niego ważnego. Już nie raz tak się okazało i było mi głupio. Jak skończy, to zje. Dbam o swój spokój. O siebie. I o nasz związek.

Klęska zwycięstwem
Nigdy nie wiadomo, czy to, co wydaje nam się największym cierpieniem, nie okaże się najlepszym wybawieniem. Pema Cziedryn, dziś wielka nauczycielka duchowa, autorka wielu książek pewnie wiodłaby dalej stateczne życie amerykańskiej żony, gdyby nie historia, która wywróciła jej życie do góry nogami: - Pamiętam bardzo dokładnie pewien dzień, było to wczesną wiosną. Była to chwila, kiedy dowiedziałam się o romansie męża. Stałam właśnie przed naszym pięknym domem i popijałam herbatę. Słyszałam, jak podjechał samochód i trzasnęły drzwi. Mój mąż wyłonił się zza domu i bez żadnych wstępów oznajmił, że związał się z kimś innym i chce się ze mną rozwieść. Nie istniał czas, przestałam myśleć, nie było niczego. Nagle się ocknęłam, podniosłam kamień i rzuciłam w męża. Prawdę mówiąc, ten człowiek ocalił mi życie.

Pema Cziedryn nazywa byłego męża nauczycielem i mówi, że musimy być świadomi, że wszystko wciąż się zmienia i nie zawsze dzieje się tak, jak tego pragniemy. Że jeśli zgodzimy się na to, że nikt nie jest doskonały, że nic nie mamy zagwarantowane, a ludzie mogą nas zranić, to dotrzemy do prawdziwych siebie. Do miłości i współodczuwania biorącej się z akceptacji tego, co jest. Zwłaszcza, gdy nauczymy się odpuszczać i nie trzymać kurczowo naszych prawd, przekonań i mentalnych kotwic.

Każdy uczy się od każdego
- Mój drugi mąż nauczył mnie, że mogę się od niego uczyć, ale moje życie nie może zależeć od tego, czego się od niego nauczę - opowiada Kasia, właścicielka herbaciarni. - Wszystkie doświadczenia, które mnie spotykają, jakoś mnie definiują, bo nie to jest ważne, co się dzieje, lecz co z tym zrobię. Mąż nauczył mnie też, że w małżeństwie nie chodzi o rozliczenia, kto ile dla kogo zrobił, ale o wspólne dążenia i to, że podróżujemy do celu razem, że kluczowe w małżeństwie są życzliwość, cierpliwość, współczucie i zaufanie, a małżeństwo nie jest tym, co definiują inni, lecz tym, co my sami uznamy tylko dla siebie.

Agnieszka Pasek, psycholog potwierdza: - Ciepły związek, w którym jest bliskość i dużo humoru, śmiechu z samych siebie, daje siłę, by przezwyciężać wszelkie przeciwności losu i życiowe komplikacje. Dobrze jest nie traktować wszystkiego ze śmiertelną powagą. W codzienności, która zwykle daleka jest od miłosnych uniesień i romantycznej wizji związku, łatwo jest o wzajemne zranienia, ale nawet traumatyczne zdarzenia, życie z kimś dla nas raniącym czegoś nas może nauczyć, np. jak chronić siebie, jak bronić swoich granic, zaopiekować się sobą bez wyrzutów sumienia, nawet jeśli miałoby to oznaczać rozstanie. Bo tylko z pozycji „mam" wynika inna możliwość - „dam". Istotą dobrego związku jest obdarowywanie wzajemne, służenie sobie, a nie oczekiwanie, że ktoś zapełni nam pustkę, stanie się sensem istnienia. Ten sens musi być w nas.
Więc jak uczyć się od partnera? Nie oceniać, nie krytykować, nie szukać u niego złych emocji i intencji. Nie myśleć, że może mógłby się trafić nam ktoś lepszy, tylko uznać, że z tym, kogo już znaleźliśmy, możemy tworzyć coś cennego, trwałego i ważnego. Mniej oczekiwać. Nie skąpić dobrych słów, czułych gestów. - A jeśli coś nas w partnerze złości - to zamiast wybuchać, zastanowić się: co to za sygnał, o jaką moją niezaspokojoną potrzebę się upominam - dopowiada Agnieszka Pasek. - Bo partner jest lustrem, w którym mogę nie tylko przejrzeć się, ale i w pełni zobaczyć. Widząc się oczami innych, dowiadujemy się prawdy o sobie.

 

Podobno najbardziej drażnią nas u innych te cechy, których nie znosimy także u siebie. - Mnie u mojego męża denerwowała zawsze rozrzutność. A sama przecież nie umiem się powstrzymać, gdy widzę markowe buty czy spodnie. Wiem, że mnie na nie stać, ale kupuję. Może to podświadoma chęć, ukarać męża, nie siebie, za brak komfortu materialnego? - zastanawia się Ania, menedżerka w dużej firmie.

 

Gdy czujemy się niepewni, zagrożeni lub zaatakowani, pojawia się złość. Często maskuje ona strach - że partner nas nie kocha, nie szanuje, chce skrzywdzić. Zaczynamy go traktować jak intruza, wroga i spirala złości się nakręca. Ale jeśli nie damy się ponieść pierwszej emocji, tylko spokojnie zastanowimy się nad źródłem, może się okazać, że to, co nas złości w naszym partnerze, niesie nam ważny komunikat o nas samych. Lekcja do odrobienia.



Nie zawsze jest łatwo

 

- Mój narzeczony nauczył mnie, że słowa nie zawsze równają się czynom - mówi Beata, wydawca książek dla dzieci. - Wychowałam się w ufającej sobie rodzinie. Nigdy się nie zawiodłam na rodzicach ani na rodzeństwie. Słowo oznaczało czyn, to, co zapowiedziane, to realizowane. Myślałam, że dla innych jest to tak oczywiste jak dla mnie. Niestety, mój niedoszły mąż (zerwaliśmy zaręczyny) nauczył mnie, że to nie musi być regułą. Że są ludzie, którzy - nawet niekoniecznie ze złej woli - nie potrafią sprostać składanym obietnicom. Miałam dość pustych deklaracji, więc się rozstaliśmy. Teraz wiem, że ufać, znaczy też sprawdzać, a nie ślepo wierzyć - tego właśnie się nauczyłam.

 

To, co początkowo wydaje nam się skierowane przeciw nam, często działa uzdrawiająco. Prowokuje do innego myślenia, do rozwoju. Zdejmuje z oczu łuski i pozwala widzieć rzeczy takimi jakie są, niewyidealizowane, ale prawdziwe. - Raz jest dobrze, chwilę później nasz świat się rozpada. Potem znów jest dobrze i znów wszystko się wali - pisze Pema Cziedryn w książce „Kiedy życie nas przerasta". - Uzdrowienie płynie ze zgody na taki stan rzeczy - ze zgody na upływ czasu, na cierpienie, ale także na poczucie ulgi, radość i żal. Nie mamy żadnej pewności, czy w danym momencie spotka nas przyjemność czy smutek. Najważniejsze, byśmy pozwolili sobie na tę niewiedzę, byśmy stworzyli dla niej miejsce. Gdy nadchodzi wielkie rozczarowanie, nie wiemy, czy oznacza ono koniec naszej historii. Równie dobrze może się okazać początkiem wielkiej przygody...



Kto jest winny?

 

Chętnie za wszystkie nasze niepowodzenia obwiniamy innych, w sobie chcemy widzieć osobę, której niewiele można zarzucić - mądrą, dowcipną, przyjacielską i życzliwą. Której jakoś nikt się nie odwdzięcza, którą nie bardzo docenia. Wszystkie złe rzeczy przychodzą do nas z zewnątrz, bez naszego udziału - chętnie żyjemy w takiej iluzji, bo ona nas chroni przed cierpieniem. I przed zmianą. Zmianą samej siebie.

 

- Moje związki nauczyły mnie, że nie mogę naiwnie myśleć: skoro jestem taka wspaniała i tak bardzo się staram, to inni będą tak zachwyceni tym, że dostąpili zaszczytu bycia ze mną, będą robić wszystko, by mnie uszczęśliwić - śmieje się Agata, 30-letnia opiekunka dzieci niepełnosprawnych. - Niestety, to nie wystarczy. Bo zaspokajając potrzeby innych, a nawet je wyprzedzając, dajemy często sygnał, że to my oczekujemy spełnienia naszych, np. potrzebę bliskości, czułości, dbania o kogoś drugiego. Dziś, gdy coś mnie wkurza, przede wszystkim myślę o tym, dlaczego to jest takie ważne dla mnie, np. wspólny posiłek w ciągu dnia, na którym mężowi nie zależy? Symbolem czego jest dla mnie? Dlaczego mnie drażni, gdy obiad jest na stole, a on nie może oderwać się od komputera? Bo mnie nie szanuje? Nie zależy mu na mnie? Tak wcześniej myślałam. A może ma ważną bankową transakcję, której nie może przerwać? Rezerwuje nam bilety do opery? Siadam i spokojnie jem sama i myślę raczej, że pewnie ma coś pilnego lub dla niego ważnego. Już nie raz tak się okazało i było mi głupio. Jak skończy, to zje. Dbam o swój spokój. O siebie. I o nasz związek.

Klęska zwycięstwem

 

Nigdy nie wiadomo, czy to, co wydaje nam się największym cierpieniem, nie okaże się najlepszym wybawieniem. Pema Cziedryn, dziś wielka nauczycielka duchowa, autorka wielu książek pewnie wiodłaby dalej stateczne życie amerykańskiej żony, gdyby nie historia, która wywróciła jej życie do góry nogami: - Pamiętam bardzo dokładnie pewien dzień, było to wczesną wiosną. Była to chwila, kiedy dowiedziałam się o romansie męża. Stałam właśnie przed naszym pięknym domem i popijałam herbatę. Słyszałam, jak podjechał samochód i trzasnęły drzwi. Mój mąż wyłonił się zza domu i bez żadnych wstępów oznajmił, że związał się z kimś innym i chce się ze mną rozwieść. Nie istniał czas, przestałam myśleć, nie było niczego. Nagle się ocknęłam, podniosłam kamień i rzuciłam w męża. Prawdę mówiąc, ten człowiek ocalił mi życie.

 

Pema Cziedryn nazywa byłego męża nauczycielem i mówi, że musimy być świadomi, że wszystko wciąż się zmienia i nie zawsze dzieje się tak, jak tego pragniemy. Że jeśli zgodzimy się na to, że nikt nie jest doskonały, że nic nie mamy zagwarantowane, a ludzie mogą nas zranić, to dotrzemy do prawdziwych siebie. Do miłości i współodczuwania biorącej się z akceptacji tego, co jest. Zwłaszcza, gdy nauczymy się odpuszczać i nie trzymać kurczowo naszych prawd, przekonań i mentalnych kotwic.



Każdy uczy się od każdego

 

- Mój drugi mąż nauczył mnie, że mogę się od niego uczyć, ale moje życie nie może zależeć od tego, czego się od niego nauczę - opowiada Kasia, właścicielka herbaciarni. - Wszystkie doświadczenia, które mnie spotykają, jakoś mnie definiują, bo nie to jest ważne, co się dzieje, lecz co z tym zrobię. Mąż nauczył mnie też, że w małżeństwie nie chodzi o rozliczenia, kto ile dla kogo zrobił, ale o wspólne dążenia i to, że podróżujemy do celu razem, że kluczowe w małżeństwie są życzliwość, cierpliwość, współczucie i zaufanie, a małżeństwo nie jest tym, co definiują inni, lecz tym, co my sami uznamy tylko dla siebie.

 

Agnieszka Pasek, psycholog potwierdza: - Ciepły związek, w którym jest bliskość i dużo humoru, śmiechu z samych siebie, daje siłę, by przezwyciężać wszelkie przeciwności losu i życiowe komplikacje. Dobrze jest nie traktować wszystkiego ze śmiertelną powagą. W codzienności, która zwykle daleka jest od miłosnych uniesień i romantycznej wizji związku, łatwo jest o wzajemne zranienia, ale nawet traumatyczne zdarzenia, życie z kimś dla nas raniącym czegoś nas może nauczyć, np. jak chronić siebie, jak bronić swoich granic, zaopiekować się sobą bez wyrzutów sumienia, nawet jeśli miałoby to oznaczać rozstanie. Bo tylko z pozycji „mam" wynika inna możliwość - „dam". Istotą dobrego związku jest obdarowywanie wzajemne, służenie sobie, a nie oczekiwanie, że ktoś zapełni nam pustkę, stanie się sensem istnienia. Ten sens musi być w nas.

 

Więc jak uczyć się od partnera? Nie oceniać, nie krytykować, nie szukać u niego złych emocji i intencji. Nie myśleć, że może mógłby się trafić nam ktoś lepszy, tylko uznać, że z tym, kogo już znaleźliśmy, możemy tworzyć coś cennego, trwałego i ważnego. Mniej oczekiwać. Nie skąpić dobrych słów, czułych gestów. - A jeśli coś nas w partnerze złości - to zamiast wybuchać, zastanowić się: co to za sygnał, o jaką moją niezaspokojoną potrzebę się upominam - dopowiada Agnieszka Pasek. - Bo partner jest lustrem, w którym mogę nie tylko przejrzeć się, ale i w pełni zobaczyć. Widząc się oczami innych, dowiadujemy się prawdy o sobie.

Podobno najbardziej drażnią nas u innych te cechy, których nie znosimy także u siebie. - Mnie u mojego męża denerwowała zawsze rozrzutność. A sama przecież nie umiem się powstrzymać, gdy widzę markowe buty czy spodnie. Wiem, że mnie na nie stać, ale kupuję. Może to podświadoma chęć, ukarać męża, nie siebie, za brak komfortu materialnego? - zastanawia się Ania, menedżerka w dużej firmie.

 

Gdy czujemy się niepewni, zagrożeni lub zaatakowani, pojawia się złość. Często maskuje ona strach - że partner nas nie kocha, nie szanuje, chce skrzywdzić. Zaczynamy go traktować jak intruza, wroga i spirala złości się nakręca. Ale jeśli nie damy się ponieść pierwszej emocji, tylko spokojnie zastanowimy się nad źródłem, może się okazać, że to, co nas złości w naszym partnerze, niesie nam ważny komunikat o nas samych. Lekcja do odrobienia.



Nie zawsze jest łatwo

 

- Mój narzeczony nauczył mnie, że słowa nie zawsze równają się czynom - mówi Beata, wydawca książek dla dzieci. - Wychowałam się w ufającej sobie rodzinie. Nigdy się nie zawiodłam na rodzicach ani na rodzeństwie. Słowo oznaczało czyn, to, co zapowiedziane, to realizowane. Myślałam, że dla innych jest to tak oczywiste jak dla mnie. Niestety, mój niedoszły mąż (zerwaliśmy zaręczyny) nauczył mnie, że to nie musi być regułą. Że są ludzie, którzy - nawet niekoniecznie ze złej woli - nie potrafią sprostać składanym obietnicom. Miałam dość pustych deklaracji, więc się rozstaliśmy. Teraz wiem, że ufać, znaczy też sprawdzać, a nie ślepo wierzyć - tego właśnie się nauczyłam.

 

To, co początkowo wydaje nam się skierowane przeciw nam, często działa uzdrawiająco. Prowokuje do innego myślenia, do rozwoju. Zdejmuje z oczu łuski i pozwala widzieć rzeczy takimi jakie są, niewyidealizowane, ale prawdziwe. - Raz jest dobrze, chwilę później nasz świat się rozpada. Potem znów jest dobrze i znów wszystko się wali - pisze Pema Cziedryn w książce „Kiedy życie nas przerasta". - Uzdrowienie płynie ze zgody na taki stan rzeczy - ze zgody na upływ czasu, na cierpienie, ale także na poczucie ulgi, radość i żal. Nie mamy żadnej pewności, czy w danym momencie spotka nas przyjemność czy smutek. Najważniejsze, byśmy pozwolili sobie na tę niewiedzę, byśmy stworzyli dla niej miejsce. Gdy nadchodzi wielkie rozczarowanie, nie wiemy, czy oznacza ono koniec naszej historii. Równie dobrze może się okazać początkiem wielkiej przygody...



Kto jest winny?

 

Chętnie za wszystkie nasze niepowodzenia obwiniamy innych, w sobie chcemy widzieć osobę, której niewiele można zarzucić - mądrą, dowcipną, przyjacielską i życzliwą. Której jakoś nikt się nie odwdzięcza, którą nie bardzo docenia. Wszystkie złe rzeczy przychodzą do nas z zewnątrz, bez naszego udziału - chętnie żyjemy w takiej iluzji, bo ona nas chroni przed cierpieniem. I przed zmianą. Zmianą samej siebie.

 

- Moje związki nauczyły mnie, że nie mogę naiwnie myśleć: skoro jestem taka wspaniała i tak bardzo się staram, to inni będą tak zachwyceni tym, że dostąpili zaszczytu bycia ze mną, będą robić wszystko, by mnie uszczęśliwić - śmieje się Agata, 30-letnia opiekunka dzieci niepełnosprawnych. - Niestety, to nie wystarczy. Bo zaspokajając potrzeby innych, a nawet je wyprzedzając, dajemy często sygnał, że to my oczekujemy spełnienia naszych, np. potrzebę bliskości, czułości, dbania o kogoś drugiego. Dziś, gdy coś mnie wkurza, przede wszystkim myślę o tym, dlaczego to jest takie ważne dla mnie, np. wspólny posiłek w ciągu dnia, na którym mężowi nie zależy? Symbolem czego jest dla mnie? Dlaczego mnie drażni, gdy obiad jest na stole, a on nie może oderwać się od komputera? Bo mnie nie szanuje? Nie zależy mu na mnie? Tak wcześniej myślałam. A może ma ważną bankową transakcję, której nie może przerwać? Rezerwuje nam bilety do opery? Siadam i spokojnie jem sama i myślę raczej, że pewnie ma coś pilnego lub dla niego ważnego. Już nie raz tak się okazało i było mi głupio. Jak skończy, to zje. Dbam o swój spokój. O siebie. I o nasz związek.

 

Klęska zwycięstwem

 

Nigdy nie wiadomo, czy to, co wydaje nam się największym cierpieniem, nie okaże się najlepszym wybawieniem. Pema Cziedryn, dziś wielka nauczycielka duchowa, autorka wielu książek pewnie wiodłaby dalej stateczne życie amerykańskiej żony, gdyby nie historia, która wywróciła jej życie do góry nogami: - Pamiętam bardzo dokładnie pewien dzień, było to wczesną wiosną. Była to chwila, kiedy dowiedziałam się o romansie męża. Stałam właśnie przed naszym pięknym domem i popijałam herbatę. Słyszałam, jak podjechał samochód i trzasnęły drzwi. Mój mąż wyłonił się zza domu i bez żadnych wstępów oznajmił, że związał się z kimś innym i chce się ze mną rozwieść. Nie istniał czas, przestałam myśleć, nie było niczego. Nagle się ocknęłam, podniosłam kamień i rzuciłam w męża. Prawdę mówiąc, ten człowiek ocalił mi życie.

 

Pema Cziedryn nazywa byłego męża nauczycielem i mówi, że musimy być świadomi, że wszystko wciąż się zmienia i nie zawsze dzieje się tak, jak tego pragniemy. Że jeśli zgodzimy się na to, że nikt nie jest doskonały, że nic nie mamy zagwarantowane, a ludzie mogą nas zranić, to dotrzemy do prawdziwych siebie. Do miłości i współodczuwania biorącej się z akceptacji tego, co jest. Zwłaszcza, gdy nauczymy się odpuszczać i nie trzymać kurczowo naszych prawd, przekonań i mentalnych kotwic.



Każdy uczy się od każdego

 

- Mój drugi mąż nauczył mnie, że mogę się od niego uczyć, ale moje życie nie może zależeć od tego, czego się od niego nauczę - opowiada Kasia, właścicielka herbaciarni. - Wszystkie doświadczenia, które mnie spotykają, jakoś mnie definiują, bo nie to jest ważne, co się dzieje, lecz co z tym zrobię. Mąż nauczył mnie też, że w małżeństwie nie chodzi o rozliczenia, kto ile dla kogo zrobił, ale o wspólne dążenia i to, że podróżujemy do celu razem, że kluczowe w małżeństwie są życzliwość, cierpliwość, współczucie i zaufanie, a małżeństwo nie jest tym, co definiują inni, lecz tym, co my sami uznamy tylko dla siebie.

 

Agnieszka Pasek, psycholog potwierdza: - Ciepły związek, w którym jest bliskość i dużo humoru, śmiechu z samych siebie, daje siłę, by przezwyciężać wszelkie przeciwności losu i życiowe komplikacje. Dobrze jest nie traktować wszystkiego ze śmiertelną powagą. W codzienności, która zwykle daleka jest od miłosnych uniesień i romantycznej wizji związku, łatwo jest o wzajemne zranienia, ale nawet traumatyczne zdarzenia, życie z kimś dla nas raniącym czegoś nas może nauczyć, np. jak chronić siebie, jak bronić swoich granic, zaopiekować się sobą bez wyrzutów sumienia, nawet jeśli miałoby to oznaczać rozstanie. Bo tylko z pozycji „mam" wynika inna możliwość - „dam". Istotą dobrego związku jest obdarowywanie wzajemne, służenie sobie, a nie oczekiwanie, że ktoś zapełni nam pustkę, stanie się sensem istnienia. Ten sens musi być w nas.

 

Więc jak uczyć się od partnera? Nie oceniać, nie krytykować, nie szukać u niego złych emocji i intencji. Nie myśleć, że może mógłby się trafić nam ktoś lepszy, tylko uznać, że z tym, kogo już znaleźliśmy, możemy tworzyć coś cennego, trwałego i ważnego. Mniej oczekiwać. Nie skąpić dobrych słów, czułych gestów. - A jeśli coś nas w partnerze złości - to zamiast wybuchać, zastanowić się: co to za sygnał, o jaką moją niezaspokojoną potrzebę się upominam - dopowiada Agnieszka Pasek. - Bo partner jest lustrem, w którym mogę nie tylko przejrzeć się, ale i w pełni zobaczyć. Widząc się oczami innych, dowiadujemy się prawdy o sobie.

 

Autor: Renata Mazurowska