Agata Komorowska: Jeśli chcesz zostać optymistką, zbuntuj się!

Dwie adopcje, niepełnosprawne dziecko, dwóch nastoletnich synów, blog, szkolenia, nowe książki. Trudno za nią nadążyć. Jak ona to robi? Jak daje sobie radę? I pytanie, które zadają jej wszyscy: Jakim cudem wciąż jest taką optymistką? Z Agatą Komorowską rozmawia Anna Komorowska

Dwie adopcje, niepełnosprawne dziecko, dwóch nastoletnich synów, blog, szkolenia, nowe książki. Trudno za nią nadążyć. Jak ona to robi? Jak daje sobie radę? I pytanie, które zadają jej wszyscy: Jakim cudem wciąż jest taką optymistką? Z Agatą Komorowską rozmawia Anna Komorowska



Życie pani nie rozpieszczało. Jest pani matką samotnie wychowującą czwórkę dzieci, w tym jedno z zespołem Downa i dwoje adoptowanych. Był też rozwód, depresja i nerwica. Niejeden by padł pod takim ciężarem, ale nie pani...

Jestem jak wańka-wstańka. (uśmiech) Zawsze wstaję, otrzepuję się i idę dalej. Kiedyś nie pozwalałam sobie na upadki i słabości, nie dopuszczałam do siebie żałoby, smutku, rozpaczy. To się zemściło depresją. Teraz czasem padam na podłogę, leżę tam przez chwilę, płaczę, a potem zaczynam dostrzegać nowe możliwości, nowe drzwi, nowe szanse. Wtedy wiem już, po co TO się wydarzyło, i zamiast walczyć, akceptuję, jestem wdzięczna i idę dalej z lekkością. Trudne zdarzenia nie są dla mnie balastem, ale skrzydłami.



Na rynku pojawiła się pani kolejna książka „Optymizm mimo wszystko”. Czy my, Polacy, znani z tego, że lubimy sobie ponarzekać, jesteśmy na nią gotowi?

Podchodzę do tego pytania z optymizmem. (uśmiech)





Myśli pani, że pesymizm jest uleczalny?

Tak. To kwestia wyboru każdego z nas. Co decydujesz się zrobić z tym, co cię w życiu spotyka. Jeśli sprawia ci przyjemność bycie ofiarą, jeśli w ten sposób dostajesz swoje „głaski” i uważasz, że w twoim męczeństwie leży cała twoja wartość, to zostań pesymistką. Jeśli jednak chcesz zostać optymistką, zbuntuj się! Na przekór wszystkim szukaj pozytywów w każdym zdarzeniu, bądź wdzięczna nawet za drobiazgi. Twoja uwaga przeniesie się z negatywów na pozytywy w twoim życiu, a jak dobrze wiemy, w życiu masz więcej tego, czemu poświęcasz swoją uwagę. To prawo fizyki: każda akcja powoduje równą sobie i przeciwnie skierowaną reakcję.



Pisze pani o miłości, rozwodzie, niepełnosprawności, karierze i chorobie, jednak bez użalania się nad sobą, obwiniania siebie czy losu. Wierzy pani, że nauczy innych takiego podejścia?

Najszybciej i trwale uczymy się poprzez przykład innych. Sama tego doświadczyłam. Kiedy zostałam sama z trójką dzieci, byłam przerażona. Moja przyjaciółka poznała mnie ze swoją koleżanką, która jest samotną mamą trójki dzieci, z których dwójkę adoptowała. Pomyślałam, że skoro Marta daje radę, jest uśmiechnięta i radosna, to ja też mogę. Trudno uwierzyć w teorie głoszone przez kogoś, kto sam nie doświadczył tego, co głosi. Jak powiedział Hemingway: „Żeby pisać o życiu, trzeba je najpierw przeżyć”. Ja przeżywam moje z wielką intensywnością i wszystkiego, o czym mówię, piszę oraz czego uczę na szkoleniach i warsztatach, doświadczyłam na własnej skórze. Przeszłam daleką drogę, by dotrzeć do miejsca, w którym jestem. Teraz mogę wskazywać drogę tym, którzy są na jej początku.



W książce i na swoim blogu nie lukruje pani rzeczywistości, nie wstydzi się przyznać, że czasem jest fatalnie. Zawsze przychodziło to pani z taką łatwością?

Wiem, że mój upadek, moje problemy ze zdrowiem były spowodowane tym, że nie dawałam sobie prawa do słabości. Teraz traktuję siebie z wielką miłością, szacunkiem i czułością. Pozwalam sobie na zmęczenie, rozpacz i beznadzieję. Przeżywam je na bieżąco, dzięki czemu nie komasują się w moim wnętrzu, nie fermentują i nie wybuchają w nieoczekiwany sposób w postaci chorób, załamań nerwowych, nałogów i innych problemów. Życie jest takie, jakie jest. Biorę je w całości, bo na tym polega jego urok. Moja największa siła rodzi się ze słabości. W momencie, kiedy przyznaję, że jest mi ciężko, nie daję rady, czuję ogromną ulgę. Nie muszę już dźwigać tego ciężaru, nie muszę marnować energii na stwarzanie pozorów. Nie muszę niczego nikomu udowadniać. Nic nie muszę.






Często boimy się przyznać, że sobie nie radzimy. Nie chcemy obarczać innych swoimi problemami czy może okazać słabości? Co podpowiada pani doświadczenie?

To jest główny powód, dla którego rozpadają się związki. I to nie tylko te damsko-męskie, ale również związki z naszymi rodzicami i dziećmi. Bliscy nie rozmawiają o brzydkich i bolesnych sprawach, bo nie chcą zawracać głowy swoim ukochanym. Rozmawiają o pierdołach, a prawdziwy człowiek siedzi zamknięty w środku. Po jakimś czasie okazuje się, że najmniej znamy swoich najbliższych. Z łatwością ich oceniamy i obwiniamy, ale nie znamy motywacji ich działania, ich bólu, ich cierpienia. Sami oczekujemy empatii i zrozumienia, ale nie mamy chęci dzielić się swoimi smutkami. Nie chcemy o nich mówić, ale chcemy być zrozumiani i szanowani. Widzisz paradoks tej sytuacji? Jeśli kogoś kocham, to chcę dzielić jego czy jej smutki. Chcę też wiedzieć, że mogę bezpiecznie podzielić się swoimi. To, co ludzi najbardziej zespala, to jednak wspólne cierpienie i wspólne przezwyciężanie przeciwności losu, a nie cukierki i karmelki.




Dlaczego nie warto ukrywać tego, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami naszych domów? W czym pomaga taka szczerość?

Dzisiaj mamy kult samotności. Kult piękna. Kult powodzenia, sukcesu, pieniędzy i kariery indywidualnego człowieka, a nie całej społeczności, w której żyjemy. Kiedyś żyliśmy w dużych społecznościach. Człowiek nadal jest zwierzęciem stadnym, ale dzisiaj jest jak ta świnka morska hodowana w klatce. Odizolowany od swojego stada Facebookiem i materialnymi dobrami. Jest oceniany przez pryzmat tego, co posiada i jak wygląda, a nie tego, kim jest i co czuje. Kiedyś całe plemię wiedziało, co się z danym osobnikiem dzieje. Wszyscy byli zaangażowani we wszystko, co dotyczyło każdego członka społeczności. Problemy były rozwiązywane społecznie, a nie za zamkniętymi drzwiami. Obecnie największym zagrożeniem dla naszego zdrowia psychicznego jest właśnie samotność. Mamy wrażenie, że wszyscy wokół są piękni, zdrowi i bogaci, a my mamy jakiegoś cholernego pecha. Dostaję wiele listów. Czasem bardzo osobistych i tragicznych. Wchodzę na profil społecznościowy takiej osoby i widzę uśmiech od ucha do ucha i wylewne podziękowania dla męża tuż pod fotką ze wspólnego obiadu. A w liście łzy i tragedia, brak miłości, rozdarcie, zdrady, oziębłość. Patrzę na tę facebookową parę, czytam list i jest mi zwyczajnie przykro, że w dzisiejszych czasach nie wypada mieć problemów, nie wypada być człowiekiem. Dlatego ja się buntuję i pokazuję prawdę. Mój przykład daje prawo innym do mówienia o wszystkich emocjach. O tragediach, o porażkach, o lękach i dniach nieradzenia sobie.



Zachęca pani, by samemu szukać dobra, a wtedy ono samo przyjdzie. Tylko gdzie go szukać?

W sobie. Otaczający nas świat jest odbiciem nas samych. Jeśli kochasz i szanujesz siebie, to możesz kochać i szanować innych. Nie pozwolisz się krzywdzić. Więcej, krążące wokół drapieżniki instynktownie wybierają ofiary. Jeśli wyjdziesz z roli ofiary, przestaniesz być dla nich atrakcyjna. Będziesz poza ich zasięgiem. Jeśli umiesz czerpać siłę nawet z najtrudniejszych doświadczeń i za wszystkie być wdzięczna, jesteś niezniszczalna. Jeśli patrzysz na świat z optymizmem, dostrzegasz dobro i go doświadczasz. Prawo przyciągania. (uśmiech)



Agata Komorowska – kobieta po przejściach, która potrafi dziękować nawet za najtrudniejsze doświadczenia. Matka czworga niezwykłych dzieci, które wychowuje sama. Założycielka grup wsparcia dla rodziców dzieci niepełnosprawnych i osób chorych na depresję. Z niezwykłą szczerością dzieli się swoimi doświadczeniami podczas wystąpień w mediach oraz licznych szkoleń i warsztatów.


Autor: Anna Komorowska Fot. Facebook.com/agatakomorowskablog