Ona kuma kaszę!

Na swoim blogu udowadnia, że z kaszy można stworzyć dosłownie wszystko. O tym, dlaczego warto przeprosić się z kaszą, o pracy dietoterapeuty, a także o nowej książce „Qmam kasze. Do ostatniego okruszka” z Maią Sobczak rozmawia Anna Komorowska.

Prowadzi pani bloga o sympatycznie brzmiącej nazwie Qmam Kasze. Powstał, bo sądziła pani, że Polacy kaszy nie kumają, czy też kierowały panią inne pobudki?

Blog miał być kulinarną inspiracją dla ludzi chcących prowadzić zdrowszy tryb życia, a kaszę lubiłam od dziecka, więc wydało mi się naturalne, że będzie w nazwie. Nazwa ma sugerować zdrowe i w pełni naturalne podejście do jedzenia. Powstała w trakcie mojej rozmowy telefonicznej z mężem – byłam tak zafiksowana, że w nazwie musi znaleźć się kasza i żadne inne opcje nie wchodzą w grę, że mój mąż, najwyraźniej zmęczony moim uporem, powiedział: „dobra, kumam, kumam te kasze”, na co ja wykrzyknęłam: „qmam kasze!”. I już, cała historia zamknęła się w kilku zdaniach.

No, może nie cała, bo jako dziecko jadłam nawet kanapki z kaszą gryczaną. (śmiech) Kasza rzeczywiście odgrywa w moim życiu wielką rolę. Uwielbiam i mogę jeść ją niemal na okrągło… plus warzywa, owoce, orzechy i zioła. Dużo ziół!




Kasza jest taka… nasza, polska, więc powinniśmy ją znać najlepiej. A jednak nie do końca ją doceniamy, dlaczego?

To chyba dlatego, że kasza kojarzy nam się z takim „biednym” jedzeniem. Jak się komuś nie przelewało, to jadł głównie kaszę na przemian z ziemniakami. Tak naprawdę to właśnie te produkty powinny stanowić podstawę diety. Tak było w dawnych czasach, kiedy tłustsze i bogatsze czy bardziej odżywcze produkty jadło się raz, dwa razy w tygodniu lub w święta. Mówiąc „odżywcze”, mam na myśli mięso, sery, ryby, nabiał i miód, z którymi przewód pokarmowy gorzej sobie radzi.


Dlaczego warto przeprosić się z kaszą?

Każdy rodzaj zboża, czyli również kasza, ma nieco inne działanie na organizm. My, jako konsumenci możemy dobierać produkty, które zjemy np. na śniadanie, w zależności od tego, co czeka nas w danym dniu. Jeśli będzie to stresujące poranne zebranie, zjedzmy owsiankę czy kaszę owsianą, bo owies wycisza układ nerwowy. Owies również delikatnie rozgrzewa, a więc jest idealny na chłodniejsze pory roku. Moja ulubiona gryka odkwasza organizm, podobnie jak królowa wszystkich kasz – jaglanka, z której powstają pyszne, pożywne zupy, pasztety, kremy waniliowe czy kuszące podniebienie serniki.

Opcji wykorzystania kasz jest mnóstwo! Proszę mi uwierzyć, że można z nich stworzyć, co tylko sobie człowiek wymarzy. Grunt to dobrze połączyć wybraną kaszę z pozostałymi składnikami, odpowiednio dosmaczyć i podać w taki sposób, żeby ślinianki nie nadążały z robotą. (śmiech)


Gdyby miała pani stworzyć listę kulinarnych hitów – takie „the best of kasza” – to jakie dania by się na niej znalazły?

Lista „the best of kasza” to chyba kwestia własnego smaku i pewnego kulinarnego pożądania. (śmiech) Każdemu z nas nieco inne rytmy poruszają serce i tak samo z pewnością jest ze smakami. Ja kocham krupnik jaglany z dynią, jaglane congee na słodko i na wytrawnie, jaglany paprykarz z wędzoną solą, orkiszową mannę na orzechowym mleku z sezonowymi owocami i jakimś boskim syropem, np. imbirowym albo rabarbarowym z kwiatami czarnego bzu. Uwielbiam też krem orkiszowy albo jaglany z wanilią lub jeszcze lepiej z mango, limonką czy kawą. Ten ostatni jest prawdziwą pokusą dla tych, którzy kochają kawę i wszystko, co się z kawą kojarzy. Jest prażona gryka z solą i syropem pigwowym, którą posypuję sałatki. Chrupie niemiłosiernie, a jej smak robi całą dobrą robotę. Jest gryczanka na mleku migdałowym z kawałkami czekolady, idealna na chłodniejsze poranki, makaron gryczany ze szparagami podduszonymi na odrobinie białego wina albo jęczmienne galette z truskawkami i rabarbarem. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Moja kuchnia od zawsze była kreatywna, a im więcej gotuję, tym więcej mam pomysłów na wykorzystanie różnych składników lub typowych resztek z lodówki, szafek czy kuchennych szuflad.


Porównała pani kiedyś gotowanie do malowania obrazów. Kasza sama w sobie jest raczej mało barwna, co czasem zniechęca do jej zjadania, zwłaszcza dzieci. Jak dodać jej kolorów?

Kolorów trzeba szukać w warzywach i owocach, a tak naprawdę w dziecięcych sercach, bo tam powstają różne kulinarne miłości. Z doświadczenia wiem, że dzieciom trzeba pozwalać smakować, próbować różnych składników i ich połączeń. Wpuszczone do kuchni czy zaproszone do stołu intuicyjnie zaczną próbować tego, co podane na półmiskach, a jeśli jeszcze same będą brały udział w przygotowaniach, to już połowa sukcesu.

Każdą kaszę zamiast w wodzie można ugotować w soku, sprawiając, że zmieni swój kolor, a nawet smak. Jaglana ugotowana na tłoczonym soku jabłkowym ze szczyptą korzennej przyprawy, np. cynamonu, już zaczyna smakować i pachnieć szarlotką. Gryczaną czy jęczmienną można ugotować na soku z buraków i jabłek, dzięki temu będzie intensywnie różowa i nieco słodsza od naturalnego cukru zawartego w soku. Do tego wystarczy pokroić koperek, dodać słodszy tłuszcz, jakiś ulubiony składnik, np. rzodkiewkę, i już jest bardzo kolorowo.


Marzy pani o rewolucji w kulinariach dla najmłodszych. Przeciwko czemu się pani buntuje, co chciałaby zmienić? I w jaki sposób?

Marzy mi się prostota, świeże, sezonowe i lokalne produkty. Taka kuchnia, którą tworzy się całą rodziną. Smakowanie, doświadczanie jedzenia. Szacunek i wdzięczność, skupienie na jedzeniu. Nie połyka się go przed telewizorem czy innym ekranem, tylko smakuje się je powoli, ciesząc się każdym kęsem. Tego teraz brakuje. Naprawdę całe mnóstwo naszych przyzwyczajeń raczej nam szkodzi, a nie karmi i buduje dobre samopoczucie. Trzeba wrócić do korzeni i przestać marnować to, co już mamy. Lubię wzbudzać w moim synu ciekawość, skąd coś się bierze, jak rośnie, ile pracy potrzeba, żeby wyrosła przysłowiowa marchewka i że można z niej zrobić całe mnóstwo fajnych rzeczy, wykorzystując ją w całości, łącznie z nacią.


Jest pani psychologiem i dietetykiem holistycznym oraz konsultantem ajurwedy. Proszę wyjaśnić, na czym polega to podejście.

Jestem psychologiem, bo takie studia skończyłam, interesowała mnie złożoność ludzkiej natury i meandry naszej psychiki. Potem okazało się, choć teraz myślę, że było to jasne od początku, tylko gdzieś się po drodze zgubiło, że człowiek stanowi jedną całość i że to, co myślimy, wpływa na to, jak trawimy czy jak się w konsekwencji czujemy. Ciekawe, prawda? Dla mnie bardzo, i tu właśnie zaczęły się moje poszukiwania. Przez tradycyjną medycynę chińską i dietetykę zgodną z jej zasadami odnalazłam dla siebie ajurwedę, czyli najstarszą medycynę świata. Oba podejścia są holistyczne, co oznacza, że obserwuje się człowieka jako całość, poszukując prawdziwego źródła danego problemu. Jak się okazuje, dieta ma dla nas kluczowe znaczenie. Jedzenie jest naszym paliwem, zasilaniem dla tkanek i komórek, tworzy nas i buduje, a więc bardzo ważne jest, co i jak jemy oraz jak to, co się zjadło, zostanie strawione.


Na czym polega praca dietoterapeuty?

Praca dietoterapeuty polega głównie na rozpoznaniu prakriti, które jest niczym innym jak zestawem cech czy tendencji danej osoby, zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Praca ta polega na wysłuchaniu, na co uskarża się pacjent – tu przydaje się bardzo wiedza psychologiczna, intuicja i zwykła ludzka życzliwość, żeby dopasować najlepszą z możliwych form terapeutycznych, włączając w to również zmiany nawyków żywieniowych.




Na rynku dostępna jest pani książka „Qmam kasze. Do ostatniego okruszka”. To podobno polska odpowiedź na światowy kulinarny trend „no waste cooking”. O co chodzi?

To nowa pozycja, choć uważam, że ten rodzaj gotowania praktykuję od zawsze. To tak naprawdę kuchnia kreatywna, w której wykorzystuje się wszystko, do przysłowiowego ostatniego okruszka. Na przykład ziemniaki z wczorajszego obiadu zamieniają się w przepyszny farsz do dużych ravioli.

Poranna owsianka, która została w garnku, przeobraża się w pyszny jabłecznik z musem rokitnikowym, a połamane ciasteczka stają się pyłem ciasteczkowym i cieszą podniebienie swoją chrupiącą strukturą w połączeniu z pieczonymi śliwkami czy domowym jogurtem kokosowym. Z różnych pozostałości, które zazwyczaj lądują w koszu, gotuję bulion, a np. z liści kalafiora przygotowuję zdrową kiszonkę z plastrami imbiru, którą potem zamykam w małych pierożkach z dodatkiem delikatnego serka.

Odniosłam ostatnio wrażenie, że część przepisów czy raczej połączeń zapewne nigdy by nie powstała, gdyby nie pewnego rodzaju ograniczenia. To najcudowniejsza kuchnia pod słońcem, bo oszczędza nasz cenny czas i pieniądze, dzięki którym można zrobić coś, na co do tej pory nie mogliśmy sobie pozwolić.


Dlaczego warto sięgnąć po tę książkę?

Książka składa się z opowieści, w które wplecione są przeróżne piękne przepisy stworzone właśnie w duchu #mynowaste. Opowieści pełnią tu funkcję przewodników, bo książka, mimo że z przepisami, mówi o dużo szerszym spojrzeniu na niemarnowanie, choćby swojego czasu czy potencjału. To są prawdziwe historie z mojego życia, dzięki którym jestem tym, kim jestem, i gotuję właśnie w ten sposób – kreatywny, otwarty i z szerokim uśmiechem na twarzy. Bardzo chciałam przekonać czytelników, a w szczególności osoby niegotujące, że kuchnia to fantastyczne miejsce, w którym przy odrobinie chęci można wyczarować cuda. I to z tego, co już się ma. Książka to zbiór inspiracji, otwierających głowy i serca, bo moim zdaniem każdy może fajnie gotować, nawet jeśli robi to okazjonalnie. Trening czyni mistrza, a więc kup moją książkę i gotuj „do ostatniego okruszka”!




Maia Sobczak – autorka bloga Qmam Kasze. Z wykształcenia psycholog, choć śmieje się pod nosem, że uprawia głównie psychologię pozytywną. Dietoterapeutka, pracuje w oparciu o najstarsze medycyny świata. Konsultantka ajurwedy z ramienia Jiva Institute w Indiach. Na co dzień tworzy zdrowe, wzmacniające ciało i umysł receptury, kusi pysznym jedzeniem, fotografuje, pisze artykuły, prowadzi warsztaty i wykłady. Ćwiczy jogę, kocha zwierzęta, ludzi i świat. Stylizuje kulinarnie i gotuje ile wlezie – w końcu trening czyni mistrza. Uważa, że szacunek, pewna doza pokory i poczucie humoru sprawiają, że świat zaczyna poruszać się z większą gracją. Napisała wraz z Grzegorzem Łapanowskim „Szkołę na widelcu. Najlepsze przepisy dla całej rodziny” (2014), a sama dwa bestsellery: „Qmam kasze, czyli powrót do korzeni” (2015) oraz „Przepisy na szczęście” (2017). Jej ostatnia książka to „Qmam kasze. Do ostatniego okruszka”. Więcej informacji na qmamkasze.pl.


Fot. Kamil Nasternak

Autor: Anna Komorowska