O dzieciach, dietach i śląsku...

Anna Popek przed laty opuściła rodzinny Śląsk, żeby podbijać stolicę. Jej życie zawodowe to dziś droga między ulicą Żurawią, gdzie na antenie Radia Plus prowadzi audycję „Popek, kultura i gwiazdy" a ośrodkiem telewizji na Woronicza.

Czy zdarza się pani „znikać", wyłączyć telefon i zapomnieć o życiu zawodowym?


No nie, tak nie robię. W dziennikarstwie ciągle coś się dzieje. Mogłabym na przykład przegapić telefon z Hollywood od jakiegoś bardzo ważnego reżysera, który chciałby zrobić ze mną film (śmiech). Telefonu zatem nie wyłączam. Oczywiście bywają momenty, kiedy mam dość, wtedy jednak tylko wyciszam dzwonek.


Jest pani bardzo zapracowaną dziennikarką, ale też jest pani matką. Jak udaje się godzić te dwie spawy?


Zamieszanie wokół podziału roli kobiety na życie domowe i zawodowe jest trochę sztucznie rozdmuchane. Myślę, że cała psychologia, która idzie w tym kierunku, że trzeba mieć czas dla siebie, zajmować się sobą, a jednocześnie poświęcić czas partnerowi to bzdura. Nie można dzielić życia. Przecież nie dzielimy funkcji ręki od funkcji głowy - to jest jeden mechanizm. Mózg wydaje polecenie i cała reszta pracuje. Wiadomo, że nie mam luksusowych poranków, że nie chodzę do południa w pidżamie. Tak się nie da, bo jak mam do wyboru zrobić lekcje z dziećmi albo iść na przykład do kina, to wiadomo, że wybiorę lekcje.


A jak spędza pani wakacje z dziećmi? Są dokładnie zaplanowane?


Nigdy! Zawsze w ostatniej chwili jest okrzyk: „Ratunku, co robimy!". Od trzech lat wybieramy się z dziećmi na Roztocze i nie możemy tam dotrzeć. W tym roku chcemy polecieć do Stanów Zjednoczonych. Muszę szybko zabrać się za wyrabianie wizy. Już mi dziewczynki wszędzie przyklejają przypominające karteczki albo wysyłają SMS-y. Znalazły na mnie sposób. Poza wyprawą do Stanów chciałabym w te wakacje również pojeździć z nimi po kraju. Będzie więc międzynarodowo i patriotycznie (śmiech).


Na początek czerwca przypada niezwykle ważne święto dla każdego dziecka, jak będzie je pani obchodziła z córkami?


Tu trafił pan w samo sedno, istotnie Dzień Dziecka to wspólne święto - moje i córek (śmiech). Jest taka świetna książka Francesco Cataluccio, „Niedojrzałość - choroba naszych czasów". Możemy się z niej dowiedzieć, że wszyscy jesteśmy dziećmi. Faceci mają coraz bardziej wyszukane gadżety, kobiety próbują wyglądać jak lalka Barbie, a brakuje nam odpowiedzialności. Jedyna odpowiedzialność to ekonomiczna - jak mamy kredyt, to musimy go spłacać. Jesteśmy radosną bandą dzieciaków. Ten nasz wieczny raj, taki sklep z zabawkami, czasem przeciąga się na całe życie. Pewnie w tym miejscu życia, w którym ja się znajduję, są rodziny, które zastanawiają się nad poważnymi rzeczami i wychowują dzieci inaczej. Nie ma takich tematów jak ciuchy czy kino, a zupełnie inne kwestie. Poruszam się między radiem i telewizją, a to nie jest tak do końca prawdziwy świat. Trzeba mieć tego świadomość, że życie jest trochę gdzie indziej. Z drugiej strony często zastanawiam się właśnie, na ile ja jestem jeszcze dzieckiem i uważam, że jestem nim w dużym procencie, więc w naszym domu jak obchodzimy Dzień Dziecka, to również ja go obchodzę. Trzeba mieć w sobie trochę dziecka, ale powinno być to bardzo wyważone. Na pewno jest dobrze śmiać się głośno w kinie czy cieszyć, że przyjechała karuzela i pójść na nią z dziećmi. Nie można być ciągle poważnym, wystylizowanym i gotowym do poddawania się ocenie.


Porozmawiajmy jednak o dorosłości, ze wszystkimi jej konsekwencjami, jak dba pani o swój wygląd?


Nie mam szczególnej metody, używam kremu wieczorem. Jeśli chodzi o sport, to jest oczywiście jakieś bieganie, pływanie i spacery. Jestem jednak przeciwna wszystkim obsesjom i przymusom. Duch wolności budzi się zawsze we mnie, kiedy czytam, że trzeba trzy razy w tygodniu chodzić na siłownię albo ileś razy w tygodniu trzeba smarować się jakimś specyfikiem. No właśnie, nie trzeba. Jedyne co trzeba, to korzystać z tego w taki sposób, jak nam to pasuje. Trzeba mieć przestrzeń na nicnierobienie i snucie się po domu. Czasem daje to więcej niż tysiące sposobów na aktywny wypoczynek.


Sport to nie tylko sztywny grafik, czy są dyscypliny, które sprawiają pani przyjemność?


Oczywiście, uwielbiam pływanie. Bardzo lubię również pilates, w związku z tym wybieram się na zajęcia już od dwóch miesięcy i wybrać się nie mogę (śmiech). Pilates jest fajny, to doskonały sport dla tych wszystkich, którzy mają siedzący tryb życia. Wzmacnia i rozciąga mięśnie. Uwielbiam również chodzić po górach. Tatry schodziłam wzdłuż i wszerz. Kiedy trafia się dłuższy weekend, zazwyczaj jeździmy w góry. Próbuję również biegać. Mieszkam w takim miejscu, że jest blisko do Wisły, więc robię sobie wieczorne przebieżki. Dość regularnie chodzę również do sauny. Jeśli chodzi o dbanie o zdrowie, to zrobiłam test na nietolerancję pokarmową i wyszło, że jestem uczulona na gluten, więc odstawiłam go i wydaje mi się, że wyszło mi to na dobre.


Czy stosuje pani jakieś specjalne diety?


Dwanaście czy trzynaście lat temu wybrałam się do Gołubia. Dr Ewa Dąbrowska prowadzi tam specjalną dietę. Przez dwa tygodnie je się same warzywa i trochę owoców. Kiedy przed laty pełna obaw dzwoniłam do tej pani pytając, co się je na przykład na śniadanie, usłyszałam, że kapustę albo seler. Na moje pytanie o chleb usłyszałam, że chleba w ogóle się nie jada. Najbardziej zaskoczyła mnie jednak liczba spożywanych dziennie kalorii - 450. Uznałam wtedy, że to w ogóle jest nie do przeżycia. Samo śniadanie bez chleba wydało mi się niemożliwe. Pojechałam jednak. Oczywiście, okazało się, że cały mój dotychczasowy jadłospis można wywalić do góry nogami. Od tamtej pory jeżdżę na ten post regularnie co roku i co roku wracam wypoczęta, napełniona witaminami, lekko odchudzona i naprawdę z dobrą cerą. Rewelacyjne miejsce. W tym roku odwiedziłam również zakon oo. benedyktynów w Tyńcu, gdzie spróbowałam postu orkiszowego św. Hildegardy. To również było ciekawe, piliśmy tylko płyny na bazie orkiszu. Jestem fanką takich momentów odosobnienia. Lubię się wyłączyć i zamknąć klauzulę.

Myślę, że takie doświadczenia są potrzebne, żeby wiedzieć, do czego organizm jest zdolny. Oczywiście, wszystko musi być bezpieczne i pod kontrolą specjalistów. Odżywianie i suplementy mają fundamentalne znaczenie dla naszego wyglądu. Jeśli byśmy ciągle odżywiali się parówkami i ziemniakami, to inną mielibyśmy skórę niż osoba, która dba o dietę. Oczywiście spore znaczenie mają również geny. Na wykładach w Tyńcu usłyszałam jednak (nie wiem, czy ma to potwierdzenie naukowe), że w osiemdziesięciu procentach za nasz wygląd odpowiada styl życia. To jest dla wszystkich fantastyczna informacja.


Zostańmy jeszcze przy odżywianiu, a konkretnie przy kuchni śląskiej, nadal pani ją kultywuje?


Naturalnie, że tak. Najważniejszym świętom czy uroczystościom rodzinnym zawsze towarzyszy typowy śląski obiad, czyli kluski śląskie, modra kapusta i rolada wołowa, do tego dobry rosół i szarlotka pieczona po śląsku. Przy czym część mojej rodziny pochodził z Kresów, więc te tradycje kulinarne trochę się wymieszały. Kuchnia śląska jest pyszna, a sam Śląsk to wyjątkowy region. Jest niezwykle rodzinny. W Warszawie wszyscy wieczorami gdzieś chodzą, a tam się wraca do domu i się w tym domu jest. Nawet typowe śląskie hobby, czyli hodowla gołębi ma swój głębszy sens. Żywe stworzenie wymaga opieki, a kiedy wnuki patrzą na to, co robi dziadek, uczą się pewnych wzorów zachowań, które są bardziej wymowne niż słowa. Słowa mogą wybrzmieć, a obraz dziadka karmiącego gołębie pozostaje do końca życia. Takie obrazy zapadają w pamięć niezwykle silnie, są nośnikiem kultury i tradycji.


Mówi się sporo o pewnym konflikcie między Warszawą a Śląskiem, czy pani czuje w sobie taki wewnętrzny konflikt?


Przyjechałam do Warszawy, bo wiedziałam, że nigdzie indziej nie ma telewizji centralnej. Przez dłuższy czas byłam takim outsiderem z wyboru. Buntowałam się. Dopiero po dwóch latach od zamieszkania w stolicy polubiłam ją bardzo. Wtedy dopiero zaczęłam poznawać miasto, czytać tablice na kamienicach, kto gdzie mieszkał, gdzie żył, dowiadywać się, do kogo należał dany pałacyk. Było też sporo nonszalancji. Nie chodziłam na przykład na imprezy, które może z punktu widzenia towarzystwa trzeba było zaliczyć. Robiłam to oczywiście tylko i wyłącznie na przekór. Trochę pewnie straciłam, bo takie spotkania bywają bardzo przyjemne i pouczające. Myślę, że aby poczuć się warszawiakiem, trzeba rano wybrać się do filharmonii, wieczorem do opery, korzystać z tego, co daje to miasto w sensie kultury. To, że ja tego nie robiłam, wynikało z mojej sytuacji - człowieka nagle przesadzonego z regionu, w którym wyrósł i z którym siłą rzeczy był związany. Trochę nie potrafiłam się odnaleźć, a z drugiej strony chroniłam własną tożsamość. Nie demonizowałabym jednak różnic i konfliktów. Ślązacy są bardzo przyzwoici, porządni, potrafią docenić dobrze zrobioną pracę, a w Warszawie jest podobnie.


Autor: Michał Adaszewski