Robert Janowski: Nie jestem plastikowym prowadzącym

Fani kochają go za aksamitny, ciepły głos, którym czaruje nas od lat. Wokalista, aktor, jeden z najpopularniejszych prezenterów w polskiej telewizji, a na co dzień kochający mąż i ojciec. Chętnie angażuje się w działalność na rzecz potrzebujących i uczestniczy w akcjach społecznych, dlatego został ambasadorem kampanii „9 milionów powodów”. O kampanii, romantyczno-praktycznej naturze i artystycznych przypadkach z Robertem Janowskim rozmawia Anna Komorowska

Został pan ambasadorem społeczno-edukacyjnej kampanii „9 milionów powodów”. Co to za akcja i dlaczego zdecydował się pan ją poprzeć?

Bo to szlachetna akcja, a takie staram się zawsze popierać. Poza tym to temat, którym nikt się do tej pory nie zajmował. Ta kampania ma zwalczać poczucie wstydu, który odczuwają osoby noszące protezy zębowe. Mam nadzieję, że uświadomi społeczeństwo, że noszenie protezy to całkowicie normalna rzecz. W końcu używa ich aż dziewięć milionów Polaków! Szczerze powiem, że ta liczba była dla mnie szokująca.


Osoby noszące protezy zębowe są w jakiś sposób stygmatyzowane, wstydzą się tego, boją się o tym rozmawiać. Proszę sobie przypomnieć, że tak samo było kiedyś z aparatami na zęby. Ci, którzy je nosili, często, ze wstydu, zasłaniali ręką usta. Dawno temu ten sam problem dotyczył noszenia okularów. Takie osoby wyśmiewano, były obiektem drwin. Podobnie czują się osoby noszące protezę. Warto to zmienić. To bardzo ważny społecznie temat i trzeba go odczarować.


Kampania pozwoli też obalić kilka mitów związanych z powodami noszenia protez zębowych.

Właśnie. Istnieje obiegowa opinia, że do utraty zębów przyczynia się tylko podeszły wiek albo niedbałość o higienę jamy ustnej, a to nieprawda. Wcale nie trzeba być seniorem, żeby nosić protezę. Jak wskazują dane, co drugi Polak w wieku 40 plus nosi protezę zębową. Do utraty zębów przyczyniają się różne czynniki, np. cechy dziedziczne lub choroba. Można też stracić zęby w wyniku wypadku lub innego przypadkowego zdarzenia. Dlatego uważam, że warto edukować społeczeństwo w tym zakresie. Być może kiedyś sam będę musiał nosić protezę i będzie to moja codzienność. Przez niedoinformowanie pewnie też bałbym się, że coś mi się odklei, wypadnie, że ktoś będzie z tego żartował. A przecież dobrze dobrana i umocowana proteza zapewnia całkowity komfort. Chciałbym być więc dokładnie poinformowany, jak sobie radzić z tego typu problemami, żeby tego strachu uniknąć. Właśnie po to jest ta kampania, żebyśmy mogli sobie to wszystko wytłumaczyć, bo świadomość społeczna na ten temat jest znikoma i niedostateczna.



Pamiętam taki temat wypracowania z liceum – „Stanisław Wokulski – romantyk czy pozytywista?”. Pana życiorys też mógłby być tematem podobnej rozprawki. Wokalista i poeta, który zdecydował się iść na weterynarię. Artysta, a zarazem skromny człowiek. To jaki jest Robert Janowski – rozważny czy romantyczny?

Chybabym to połączył. (śmiech) Pozytywizm kojarzy mi się z pracą u podstaw, z doktorem Judymem z „Ludzi bezdomnych” albo nauczycielką z „Siłaczki”. Ja też trochę taki jestem. Lubię walczyć z tym, co z daleka wygląda jak wiatrak i na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie warto się do tego zabierać. Ja jednak podchodzę bliżej i wtedy okazuje się, że można coś zrobić i ten problem jakoś oswoić. Lubię nowe wyzwania, jak choćby obecność w tej dużej kampanii „9 milionów powodów”. Jeśli chodzi o mój romantyzm, to myślę, że gdyby tak każdemu zajrzeć „pod koszulę” i w serce, to wszyscy potrafimy się wzruszać. Nie każdy się do tego przyznaje, ja nie mam z tym problemu. Wzrusza mnie piękny wiersz, piękna muzyka, albo jak pada śnieg i drzewa są ośnieżone. Może faceci o tym głośno nie mówią, ale ja się tego nie wstydzę.


Mówi się, że przypadki chodzą po ludziach. W pana życiu było ich sporo, o czym można przeczytać w książce „Przypadki. Robert Janowski, jakiego nie znacie”. Chodziło o to, żeby pokazać, że poza prowadzeniem programu rozrywkowego pełnił pan i pełni w życiu też inne role?

Każdy ma w życiu jakieś perypetie, raz jest się na górze, raz na dole. To normalne i doświadcza tego każdy na tym świecie. W książce chciałem pokazać raczej klimat tego, co było, tych lat, w których dorastałem. Jestem po pięćdziesiątce, więc jest to też taka wyprawa sentymentalna, powrót do rzeczy, których mi teraz brakuje.


Za czym pan tęskni?

Na przykład jest mi przykro, że nie ma już domów kultury. To znaczy wiem, że są, ale kiedyś większość dzieci się tam edukowała. Chodziliśmy na modelarnię, robiliśmy modele samolotów, mieliśmy zajęcia z gry na pianinie. Reszta życia toczyła się na podwórku, gdzie całe dnie graliśmy w piłkę, biegaliśmy. Reagowaliśmy tylko na hasło „obiad” albo „kolacja”, ciężko nas było zatrzymać w domu. (śmiech) Teraz jest trochę odwrotna sytuacja, bo to rodzice muszą zachęcać dzieci, żeby wyszły z domu. Większość dzieciaków „siedzi” w smartfonach i to są teraz ich podwórka. Co do książki, to znalazło się w niej także trochę moich artystycznych przypadków.


Rozmowa z Olgą Borys: "Jestem fanką witaminy C i uwielbiam masaże"

No właśnie, śpiewał pan w kultowym Oddziale Zamkniętym, ale podobno nigdy nie czuł się rockandrollowcem. Dlaczego?

Miałem trzyletnią przygodę z Oddziałem Zamkniętym. Stało się tak, bo Krzysztof Jaryczewski, który był liderem grupy i idolem nastolatków, zachorował i stracił głos. Trzeba było znaleźć zastępcę i padło na mnie. Tak naprawdę byłem na jednej jedynej trasie koncertowej. Prawdziwie rockandrollowej. Trwała trzy tygodnie, a powiem szczerze, choć trochę się tego wstydzę, że z całej tej trasy pamiętam może półtora dnia. (śmiech) Po powrocie pomyślałem sobie, że jeśli jeszcze dłużej będę takim rockandrollowcem, to mogę zacząć otwierać nie te drzwi, które chciałem, albo już w ogóle nie otworzę żadnych. Trzeba było się wycofać, żeby ratować życie i zdrowie.


Przez siedem lat grał pan główną rolę w musicalu „Metro”, choć uciekł pan z eliminacji, myśląc, że nie ma szans. Skąd takie podejście – wrodzona skromność czy zaniżona samoocena?

Raczej brak umiejętności, bo trzeba tam było śpiewać i tańczyć. Z tym pierwszym sobie jakoś radziłem, ale wymachującego nóżką w „trykociku” raczej siebie nie widziałem. A obie rzeczy trzeba było robić bardzo dobrze. Dlatego zrezygnowałem, chociaż było mi bardzo smutno, bo występować w „Metrze” to byłoby coś. No, ale jednak tam potem trafiłem. Zostałem odszukany przez producentów, którzy dowiedzieli się, gdzie mieszkam. Pan Janusz Józefowicz wsunął mi karteczkę pod drzwi, było na niej napisane „bardzo proszę o kontakt”. Okazało się, że można było mieć w „Metrze” rolę bardziej aktorską. No i szczęśliwie grałem tę znaczącą rolę przez kawał czasu.

Anna Powierza: "Pokonałam insulinooporność i chorobę tarczycy"


Pana ojciec był wojskowym, w domu panował pruski dryl i tzw. zimny chów czy było chwalenie i okazywanie uczuć?

Miałem dziewięć lat, gdy rodzice się rozwiedli, więc jak było z tatą, w zasadzie nie pamiętam. A mama, jak prawie każda mamusia, była troskliwa i opiekuńcza. Bardzo ciężko pracowała. Były to lata 70., trudne czasy, a mama musiała sobie radzić, bo zostaliśmy sami. W naszej rodzinie to ona jest tą siłaczką z opowiadania, nie ja.


Swoje córki częściej pan chwali czy gani?

Jestem klasycznym tatusiem, który uwielbia swoje córki i topnieje jak lód, patrząc na nie. (śmiech)


Córka Tola ma niesamowity głos – oryginalną, ciemną barwę.

Dziękuję, przekażę córce.


Będzie wspólna płyta?

Nie, nie będę jej psuł wizerunku. (śmiech) Jestem po pięćdziesiątce, ona ma 17 lat, a ma takie pomysły i umiejętności, których jej zazdroszczę. Proszę sobie wyobrazić, że ostatnio poprosiłem ją, żeby napisała mi dwie piosenki. Pisze takie utwory, że daleko mi do niej. Trafił mi się brylancik, ale będę ją szlifował, zanim pokażę światu. (śmiech)


A gdyby Tola zaproponowała: „Tato, nagrajmy płytę”?

Tobym odmówił, naprawdę. Przynajmniej teraz, na początku jej drogi artystycznej. Uważam, że płyta z tatusiem nie jest jej potrzebna. W sprawach zawodowych jestem konsekwentny. Nie to co w życiu rodzinnym. (śmiech)


Karol Strasburger wprowadził do „Familiady” swoje słynne anegdoty, kultowy stał się też zwrot Wojciech Pijanowskiego „Magda, pocałuj pana” z „Koła Fortuny. Czy pan też zaproponował coś swojego, co na stałe weszło do teleturnieju „Jaka to melodia??

Przez 20 lat proponuję same swoje rzeczy. Przede wszystkim to, że nie jestem udawanym, plastikowym prowadzącym, tylko żywym, prawdziwym, z empatią do ludzi. Myślę, że takim znakiem rozpoznawczym tego programu jest normalność. Inaczej nie przetrwałby tylu lat.



Robert Janowski ‒ wokalista, aktor. Ma na swoim koncie trzy autorskie płyty: „Co mogę dać”, „Powietrze”, „Nieważkość” oraz albumy „Osiemdziesiąte.pl” i „SONG.PL”, który zyskał status platynowej płyty. Jest autorem kilku tomików poezji. Wokalista roku 1994 i 1995. Znany teatralnej publiczności jako odtwórca głównej roli męskiej w musicalu „Metro”, wystąpił także w „West Side Story”, „Cyrano”, „Sztukmistrzu z Lublina” i wielu innych. Zagrał m.in. w filmach „Nocne graffiti”, „Pora na czarownice”, „Kto nigdy nie żył…”, serialach „Na dobre i na złe” oraz „Na Wspólnej”. Zdobywca czterech Telekamer i pięciu Wiktorów. Od 20 lat jest prowadzącym teleturnieju „Jaka to melodia?”.

Fot. www.facebook.com/RobertJanowskiFanPage/

Autor: Anna Komorowska

Komentarze