Macierzyństwo zmieniło jej życie

Weronika Książkiewicz kilka miesięcy po urodzeniu synka wróciła do pracy. Choć bardzo za nim tęskni, gdy nie ma go przy niej, nie zamierza zwalniać tempa. Nam opowiedziała o urokach bycia matką.

Z Weroniką Książkiewicz, aktorką rozmawia Alexandra Machera


Twój syn Borys skończył niedawno roczek. Hucznie świętowałaś ten dzień?


Urządziłam przyjęcie i zaprosiłam kolegów i koleżanki Boryska, no i oczywiście swoje przyjaciółki, też mamy.


Jak się czujesz w roli matki?


Wspaniale. Musze przyznać, że instynkt macierzyński pojawił się u mnie bardzo wcześnie, więc informacja o tym, że jestem w ciąży bardzo mnie ucieszyła. Doskonale odnalazłam się w roli matki. Moje życie zmieniło się na lepsze.


W jakim sensie?


Przyjście na świat Borysa bardzo mnie zmieniło. Dopiero teraz czuję, że jestem pełnowartościową osobą. Od kiedy on jest w moim życiu, jestem spokojniejsza i bardziej pewna siebie. Wiem, że jestem w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Mam zupełnie inną hierarchię wartości. Na pierwszym miejscu jest mój syn. On mi pomaga utrzymać dystans do świata, w którym pracuję.


Nie czułaś się wartościowa przed jego narodzinami?


Miałam straszne kompleksy, byłam niepewna i całkowicie pozbawiona wiary w siebie. Myślę, że związek, w którym byłam, pozbawił mnie tej wiary. Zrozumiałam, że na tym świecie są osoby destruktywne, które mogą wyrządzić wiele zła. Teraz, kiedy jestem sama, czuję się zupełnie inną osobą. Czuję się bardzo dobrze.


Zdałaś sobie z tego sprawę dosyć szybko...


Czasami boimy się podejmować decyzje i je odkładamy. Boimy się zostawić to, co mamy, nawet jeśli to jest niedobre. Ale na dłuższą metę to jest błędne myślenie. Gdy już coś ostatecznie wybierzemy, odczuwamy ulgę. Owszem, nie jest łatwo. Emocje, przywiązanie do drugiej osoby, inwestycja w związek – to wszystko sprawia, że się zastanawiamy. Ale warto spojrzeć w przyszłość z dystansem. Wtedy łatwiej dokonać zmian.


Straciłaś wiarę w miłość?


Absolutnie nie! (śmiech). Nie jestem zgorzkniała. Wierzę w to, że nie tylko w komediach romantycznych są happy endy. Oczywiście, że nadal wierzę w miłość.


No, w końcu masz u swego boku wspaniałego małego mężczyznę – Boryska...


Oj tak. Nigdy nie zapomnę tej chwili, gdy go po raz pierwszy zobaczyłam. To było wielkie niedowierzanie, że on przez 9 miesięcy był w brzuchu. Był przepiękny i słodziutki. Ale bardzo zmęczony porodem.


Rodziłaś naturalnie?


Ze względu na operację kręgosłupa miałam wskazanie na cesarskie cięcie. Ale tak bardzo chciałam przeżyć ten poród naturalnie, zobaczyć, jak to jest. Zresztą wiedziałam, że dla dziecka też będzie lepiej, gdy przyjdzie na świat drogą naturalną. Poród trwał dość długo i był bolesny, ale było wspaniale. Dla mnie to było niesamowite przeżycie, gdy położono mi go na piersi.


Koleżanki nie straszyły cię przed porodem, że będzie ciężko?


Akurat większość moich koleżanek miała cesarskie cięcia. A ja i tak przeczytałam wszystkie możliwe książki na temat ciąży i porodu, które mogłam dostać. Lęku przed porodem nie miałam właściwie wcale. Paradoksalnie najbardziej bałam się śmierci łóżeczkowej. Nie wiem dlaczego. Po porodzie kupiłam specjalne monitory oddechu, które zamontowałam przy łóżeczku.


Jakie miałaś wyobrażenie o macierzyństwie, zanim zostałaś mamą?


Bardzo chciałam mieć dziecko. Trudno mi teraz powiedzieć, jak sobie siebie wyobrażałam jako mamę. W trakcie ciąży starałam się jak najwięcej dowiedzieć o metodach wychowawczych. Ale tak naprawdę to każde dziecko jest inne. Wiedzę książkową, którą miałam, musiałam dostosować do rzeczywistości. Bardzo spodobała mi się metoda zwana „Continuity”. Polega ona na tym, że dziecko cały czas nosi się przy sobie zawinięte w chustę. Ta metoda była praktykowana już przez starożytne plemiona. Dziecko dzięki temu cały czas obserwuje, co matka robi. Jest to tak zwana ciągłość w kontakcie dziecka z matką, który jest kluczowy. Spodobała mi się jeszcze metoda, o której przeczytałam w książce Tracy Hogg „Łatwy plan”.


Na czym ona polega?


Zapewne większość matek zna tę metodę (śmiech). Staram się robić wszystko o określonych porach, dostosowując się do dziecka. Tutaj ważna jest regularność. Najpierw jest posiłek, potem zabawa a po niej odpoczynek. Kąpiel też jest o stałych porach. Dzięki temu dziecko ma poczucie bezpieczeństwa, bo wie, co zaraz nastąpi. Uczy się, że po pewnych zdarzeniach są następne, ściśle związane z tymi poprzednimi. Ja tę metodę zastosowałam, choć nie zawsze nam się to udaje, gdyż Borys jest indywidualistą (śmiech).


Nie zastanawiałaś się, aby komuś powierzyć opiekę nad dzieckiem, aby móc wrócić do pracy?


Oj nie, pierwsze miesiące spędziłam z synkiem, a pomagali mi rodzice. Zresztą czytałam o takiej dosyć niefajnej metodzie z lat 50. Powstała ona w Stanach Zjednoczonych. Polega głównie na tym, że dziecko dostosowuje się do naszego planu zajęć. W nocy nie powinno się wstawać do dziecka, nawet jeśli płacze, aby nauczyło się przesypiać noce, a pierś odstawia się po tygodniu. Ta metoda była popularna, gdy ludzie lubili imprezować. Szybko wracali do swojego dawnego stylu życia...


Ta metoda może wyjaśnia wysoki procent ludzi chorych na depresję w USA...


Możliwe. Jest dosyć radykalna. Zbyt radykalna jak dla mnie. Ale zaciekawiła mnie.


A propos... Zmieniłaś sposób odżywiania się w trakcie ciąży i po?


Niczego nie zmieniłam oprócz swojej wagi, która skoczyła dość wysoko w górę. Nawet się nie przyznawałam, ile przytyłam (śmiech). Mój powrót do normalnej wagi zawdzięczam codziennym zajęciom i opiekowaniu się synkiem. Ponieważ nie karmię już piersią, mogę jeść wszystko. W moim jadłospisie często znajdują się makarony, sałatki, kremy z pomidorów. Lubię włoską kuchnię i sporadycznie sama przyrządzam różnego rodzaju makarony i sosy. Lubię ostre potrawy, więc często gotuję spaghetti arrabiata.


A potem uciekasz na siłownię?


Wcale nie. Codzienne zajmowanie się dzieckiem też jest wysiłkiem fizycznym. Wciąż mu śpiewam, czytam bajeczki i tańczę z nim. Dlatego nie mam czasu na regularne ćwiczenia, choć wiem, że moje ciało jeszcze potrzebuje trochę gimnastyki, aby wrócić do formy sprzed ciąży, o ile to jest w ogóle możliwe (śmiech). Ale nawet nie czuję takiej potrzeby, aby iść na siłownię lub do kosmetyczki na jakieś masaże relaksujące albo maseczki. Wolę ten czas spędzić z Borysem.


A do serialu TVP „Chichot losu”, w którym grasz instruktorkę jogi i pilates nie miałaś specjalnych treningów?


Tuż przed samymi zdjęciami miałam kilka spotkań z trenerem, oglądałam również kilka taśm z ćwiczeniami pilates. To by było na tyle.


Twoja przerwa w zawodzie była dosyć długa. Ciężki był powrót do pracy?


Przerwa była faktycznie bardzo długa i zaczęła się jeszcze przed ciążą, a spowodowana była operacją kręgosłupa. Bardzo już chciałam wrócić przed kamerę, ale przyznam szczerze, że teraz kiedy jestem już po kilku miesiącach pracy w serialu „Na Wspólnej” i nowym serialu „Chichot losu”, czuję się rozdarta.


Dlaczego?


Z jednej strony brakowało mi pracy i cieszę się, że znowu mogę grać, ale gdy już stoję przed kamerą, strasznie tęsknię za swoim dzieckiem. Podróżuję pomiędzy Poznaniem a Warszawą, to potrafi być bardzo męczące, szczególnie w zimie.


Nie wyglądasz na osobę przemęczoną...


Myślę, że to wszystko kwestia dobrej organizacji i szczęścia. A może też tricków charakteryzatorek na planie? (śmiech). Powiem szczerze, że niejedna aktorka mieszkająca w Warszawie spędza dziennie po 10 godzin na planie i ma mało czasu dla swojego dziecka. Mnie się jakoś udaje dwa razy w tygodniu dojeżdżać na kilka godzin do Warszawy. Przyjeżdżam na plan przygotowana, gram, co mam do zagrania i wracam do synka. A tymczasem jest pod bardzo dobrą opieką w moim domu rodzinnym u dziadków w Poznaniu. Ale kto wie, może niebawem przeprowadzę się do Warszawy z synkiem?

Autor: Alexandra Machera