Kandydaci na dorosłych

Instynkt rodzicielski wynika z potrzeby zachowania gatunku. Troska o potomków jest cechą wszystkich istot żywych, także człowieka. Czy zawsze jednak dziecko zajmowało centralną pozycję w rodzinie i społeczeństwie?

Własność rodziców

Przez wiele wieków dziecko stanowiło własność rodziców. Mogli je sprzedać, zmuszać do ciężkiej pracy, dysponować jego losem, a nawet zabić. Prawo rodzicielskie wymagało bezwzględnego posłuszeństwa graniczącego z oddawaniem czci.

Brak należytego szacunku narażał dziecko na opinię wyrodnego. Powszechne było straszenie karą z niebios za nieposłuszeństwo. Bicie było uważane za „oczyszczające" i niszczące wrodzone złe skłonności. Nawet grzeczne dzieci mogły być „zapobiegawczo" poszturchiwane. Uważano, że zbytnia czułość psuje charakter, preferowano więc surowe metody wychowawcze.

Potomków zamożnych rodów od wczesnego dzieciństwa poddawano „tresurze" - nie wolno było szurać nogami, garbić się, wywracać oczami, biegać, hałasować. Bardzo wcześnie przyuczano dzieci do dorosłych zachowań oraz przestrzegania etykiety. Nawet śmiech był poddany restrykcjom. Niedopuszczalne było głośne śmianie się, wykrzywianie przy tym ust czy unoszenie brwi. Dobre maniery zabraniały też dziecku marszczenia nosa, ziewania i kichania przy dorosłych. Dzieci nie odzywały się niepytane, w ogóle lepiej, gdy milczały, a zagadnięte przez dorosłego dostosowywały się do tematu.

W bogatych domach małe dzieci nie jadały przy wspólnym stole. Posiłki spożywały pod okiem służby. Do stołu zasiadały dopiero wtedy, gdy opanowały sztukę kulturalnego zachowania podczas posiłku.

W rodzinach chłopskich dzieci jadały na końcu - najpierw pożywiali się dorośli, szczególnie mężczyźni, którzy pracowali na utrzymanie rodziny. Wiejskie dzieci były traktowane jak tania siła robocza. Do ich obowiązków należała opieka nad młodszym rodzeństwem, pasanie świń i krów, zbieranie „zielonego" dla zwierząt, pomoc w żniwach, zbieranie runa leśnego oraz chrustu na opał, dbanie o obejście, hodowanie drobiu.


Uciążliwa opieka

Zmorą pokoleń małych dzieci były tzw. powijaki. Nie miały one nic wspólnego z dzisiejszymi pieluchami czy becikami. Każdą część ciała maleństwa owijało się z osobna pasami płótna o szerokości kilku centymetrów, w taki sposób, by je usztywnić i skrępować ruchy. Celem takich działań było wykształcenie prostego kręgosłupa i kończyn oraz zabezpieczenie dziecka przed zrobieniem sobie krzywdy, na przykład włożeniem palca do oka. Fakty były jednak takie, że ciasne powijaki wywoływały nerwowość i wrzynały się w ciałko. Ugniatały też żebra, powodując kłopoty z oddychaniem i utrudniały wydalanie, przez co wywoływały owrzodzenia i odparzenia. Niektóre matki potrafiły nie przebierać dziecka z takiego „odzienia" przez kilka dni! Przypuszczalnie z powijaków rezygnowano, gdy dziecko zaczynało samodzielnie siedzieć. Dopiero jednak wiek XVIII uwolnił maluchy z tego narzędzia tortur.


Zabobony

Zapewnienie bezpieczeństwa dziecku obejmowało także „ochronę przed złymi mocami". Z tego wywodzi się wiele zabobonów. Najbardziej znany jest chyba zwyczaj wiązania nad łóżeczkiem czerwonych wstążeczek, mających chronić przed „złym okiem".

Inne przesądy to:

- nie obcinaj dziecku włosów w pierwszym roku życia, bo mu zabierzesz rozum,

- jeśli do karmienia najpierw podasz lewą pierś, to zrobisz z dziecka mańkuta,

- jak ojciec dmuchnie noworodkowi mocno w usta, będzie miało „łatwą mowę".

We wszystkich zakątkach Europy ludzie wierzyli, że dzieci mogą być uprowadzone przez istoty baśniowe. W krajach anglosaskich były to elfy i wróżki, a w naszych stronach mamuny. Aby chronić przed nimi niemowlęta, matki wieszały nad kołyską rozwarte nożyce lub kładły na niej spodnie ojca wywinięte na lewą stronę. Baśniowe istoty kradły dzieci z kołysek, a w ich miejsce podrzucały odmieńca. Mogło to być ich własne dziecko albo zaczarowany przedstawiciel magicznego świata. Podrzutek zwykle był brzydki i niegrzeczny. Wieśniacy znali sposoby na rozpoznanie takiej maszkary - sadzali podejrzanego na łopacie trzymanej nad ogniem lub zostawiali na cały dzień na kupie śniegu lub gnoju. Istota baśniowa narażona na takie tortury szybko się ujawniała, a prawdziwe dziecko odnajdowało się w kołysce.

Nikt nie zaprzeczy, że dzieci były kochane i chronione. Niestety, dopóki nie dorosły, nie były uważane za pełnowartościowych ludzi. Do czasów oświecenia pojęcie „dzieciństwo" nie istniało. Dziecko było dopiero kandydatem na człowiekiem, którym mogło się stać wyłącznie dzięki surowemu wychowaniu. W czasach „bez dzieciństwa" tylko co 3-4 dziecko dożywało dorosłości. Główną tego przyczyną były choroby, na które nie znano lekarstw, i brak higieny, ale także okrucieństwo i brak należytej opieki dorosłych. Dopiero wiek XVIII dostrzegł w dzieciach ludzi o odrębnych potrzebach i wymagających wyjątkowego traktowania. Od tej pory następował powolny rozwój pedagogiki. Walka o prawa dziecka rozpoczęła się w XIX wieku. Po raz pierwszy skodyfikowano je zaś w 1924 r.

Autor: Joanna Wereszczyńska