Dbam o higienę życia

Aneta Kręglicka nie lubi wracać do czasów, kiedy została miss świata. Mówi, że to dawno przebrzmiała historia. I wręcz wstydzi się, że wzięła udział w tym konkursie. To wcale nie ułatwiło jej życia. Musiała udowadniać, że jest nie tylko ładną blondynką, ale też mądrą i doskonale wykształconą kobietą.

Słynie pani z niezależności. Jak zatem choruje taka niezależna osoba? Prosi o pomoc czy twardo walczy na osobności?


Nie mogę cierpieć na osobności, bo mieszkam pod jednym dachem z synem i mężem, którzy w takich momentach jakoś mi pomagają. Ale moja naturalna samodzielność i niezależność odzywają się także podczas choroby: nie jestem jedną z tych jęcząco-miałczących osób, które w chorobie rozkładają się i wymagają serwisu i opieki przez całą dobę. Najczęściej leżę sobie cichutko w swojej sypialni, ktoś od czasu do czasu donosi mi jedzonko czy leki. Czasem sama schodzę do kuchni i coś sobie przygotuję. Staram się, by nie zmordować wszystkich moją chorobą. Ogólnie nie jestem uciążliwym członkiem rodziny. Na szczęście bardzo rzadko choruję. Gorzej, gdy choruje mój mąż, to zupełnie inna historia...


Ale proszę przyznać szczerze: taka rozbudowana samodzielność to chyba nie zawsze najlepszy pomysł?


Pewnie, że nie! Zbytnia samodzielność nie zawsze wychodzi kobietom na zdrowie – a już na pewno jej demonstrowanie. Mężczyzna chce się czuć potrzebny. Łatwiej jest tym z nas, które umieją powiedzieć „nie potrafię, nie mam siły, nie umiem”.


Ponoć czasami warto powiedzieć „kochanie, chyba nie dam rady”…


Nie jestem psychologiem, ale z autopsji wiem, że to rzeczywiście działa (śmiech). Ja jestem często nazbyt samodzielna, jestem kompletnie beznadziejną Zosią Samosią i najbardziej lubię sama wszystkiego dopilnować – i w pracy, i w domu. Czasem sama się tym nieźle umęczę… Kiedyś mi się wydawało, że mi to przejdzie z wiekiem, że będę bardziej tolerancyjna. Ale nie… Odwrotnie: coraz bardziej nie odpuszczam. Angażuję się zawsze na sto procent. Od spraw zawodowych po sprzątanie. To czasem generuje stres, że za dużo biorę na głowę, że źle coś rozplanowałam i nie daję rady.


I nigdy nie prosi pani o pomoc?


Uczę się tego. Najlepszą terapią jest pójście do męża i poproszenie o pomoc, przyznanie, że czegoś jednak nie potrafię czy nie zrobię z jakiegoś powodu – i czy on, proszę…, nie mógłby się tym zająć? To działa terapeutycznie i na niego, i na mnie.


Ma pani własne sposoby na walkę ze stresem, jaki generuje takie podejście?


Na szczęście nie jestem depresyjną osobą, którą stres doprowadza do tego, że nie może sobie ze sobą poradzić. Jestem generalnie typem fightera, którego przeciwności mobilizują, nigdy nie chowam się w kącie i nie przeżuwam niepowodzeń. Czasem się nawet popłaczę, bo stres czasem powoduje u mnie rodzaj rozżalenia, że z czymś sobie nie mogę poradzić. Ale po chwili się otrzepuję, wstaję i przystępuję z powrotem do pracy.


Ale kilka łez to chyba za mało, kiedy stres jest chlebem powszednim…


Świetnie go odreagowuję, kiedy jestem sama. Ogólnie jestem samotnicą i samotność jest mi czasem potrzebna, bo na co dzień jestem bez przerwy otoczona ludźmi. Bardzo lubię, kiedy moi mężczyźni robią sobie męski weekend: pakują się i na dwa dni znikają z domu. I ja mam te dwa dni tylko dla siebie! Mogę w spokoju poczytać, posłuchać muzyki, którą lubię. Mogę też spokojnie posprzątać, bo jestem typem sprzątającym; lubię pobiegać ze szmatką po domu. I prasuję, prasowanie okazuje się też działać na mnie relaksująco.


Słynie też pani z zamiłowania do sportu.


O tak! Sport jest dla mnie bardzo ważny, sprawia, że napięcia i nerwy znikają. Uwielbiam się tak totalnie zmęczyć. Dbam o to, żeby przynajmniej cztery razy w tygodniu pobiegać czy iść na siłownię. Ćwiczę też w domu, wykonuję przy muzyce różne zestawy ćwiczeń. Sport to dla mnie coś, bez czego nie da się żyć – tak, jak bez prysznica.


Chodzi o sylwetkę?


Nie, raczej dbam o to, żeby być sprawną. Do urody mam duży dystans, wiem, że czasu nie zatrzymam, to się nie uda. Ale nad sprawnością mogę – i chcę – pracować. Widzę po mojej mamie, że ludzie sprawni są szczęśliwsi, także z biegiem lat. Jeśli tej sprawności brakuje, coś złego dzieje się i z psychiką.


Skoro jest pani tak usportowioną osobą, to na kłopoty z kondycją pewnie nie może pani narzekać. To zresztą było widać w „Tańcu z Gwiazdami” – nie wyglądała pani na zmęczoną…


Ach, „Taniec z Gwiazdami” to była fajna przygoda... Gdybym mogła zawsze tak się sportowo wyżywać, jak podczas tego programu, byłabym przeszczęśliwa. Ruch i wysiłek dają mi mnóstwo radości, sprawiają, że czuję się jak ryba w wodzie. Kochałam te treningi. Mniej lubiłam ten cały blichtr i medialną oprawę. Przy okazji telewizyjnych show jest sporo zamieszania, a ja jestem mało medialna, nie mam do tego charakteru. Natomiast wysiłek, treningi po kilka godzin dziennie sprawiały, że wracałam do domu jak na skrzydłach. Aż szkoda, że nie jestem w stanie się na co dzień zmobilizować do takiego wysiłku. Tak, to była przygoda, której nie żałuję, bo wróciłam do kondycji sprzed lat, poczułam, jakie są moje możliwości. Okazało się, że choć miałam czterdziestkę, szpagat czy inne figury nie były dla mnie problemem. Poczułam swoje ciało, znowu byłam tak elastyczna, sprawna, jak kiedyś.


No właśnie, czterdziestka… Po czterdziestce trzeba bardziej dbać o zdrowie.


Badam się bardzo regularnie – teraz, po czterdziestce, robię to co pół roku: ciśnienie, cholesterol, badanie krwi, badania kobiece – wszystko, co jest wskazane w moim wieku. Ostatnio byłam u bardzo mądrej pani doktor, która interesuje się medycyną przeciwstarzeniową. Poradziła mi, żebym zamiast mammografii robiła regularne USG piersi, a jeśli coś niepokojącego się w nim pojawi, zrobiła rezonans – bo mammografia jest źródłem sporej dawki promieniowania rentgenowskiego. Lubię się też oczyszczać i stosuję różne kuracje oczyszczające, np. wątrobę, a potem przyjmuję specjalne leki, które pomagają jej dobrze pracować. Jestem też „witaminowa” – codziennie przyjmuję kwasy omega itp.


Codziennie garść witamin?


Może nie garść, ale regularnie coś biorę. Łykam też sezonowo preparaty na wzmocnienie i suplementy, wpływające na kondycję włosów, skóry i paznokci. Ale moje prozdrowotne podejście nie kończy się na witaminach, przykładam też wagę do tego, co jem, w jakim rytmie żyję; dbam o ogólną higienę życia. Staram się pod kątem zdrowia spoglądać na całość, zwracam też na to uwagę przy wychowywaniu dziecka – chciałabym, żeby mój syn wyniósł z domu zdrowe zasady, które zaprocentują w przyszłości.


A zastanawiała się już pani nad hormonalną terapią zastępczą?


Dobre pytanie, bo właśnie to przeżywam: jestem na etapie wszelkich badań hormonalnych i przygotowywania się do tej życiowej zmiany. Byłam u wielu endokrynologów i muszę stwierdzić, że trudno jest trafić na mądrego, rozsądnie podchodzącego do tematu i opiekuńczego lekarza. Mnie się udało znaleźć taką panią doktor. Powiem tak – jestem za HTZ. Ale podczas spotkań z endokrynologami i prób hormonalnego ratowania się albo od razu proponowano mi środki antykoncepcyjne, albo hormony syntetyczne, które miały wyregulować moją gospodarkę hormonalną. Tymczasem środki antykoncepcyjne niczego mi nie uregulowały, a syntetyków nie wykupiłam, bo już trzymając w dłoni receptę poczułam, że psychicznie je odrzucam.


I co będzie?


Jestem zdecydowana na hormony, ale chciałabym brać hormony naturalne, biohormony. W Polsce nie są jeszcze dostępne, ale na świecie kobiety już je zażywają. Same środki przeszły bardzo wnikliwe testy, więc są bezpieczne, a i kobiety zanim zaczną kurację, przechodzą szczegółowe badania hormonalne – tylko nie z krwi, tak, jak u nas, ale z wymazu. Polki wierzą w badania krwi, podczas gdy powinno się robić jednak badania z wymazu, pobranego w ściśle określonym czasie. Na Zachodzie uważa się, że takie badania są bardziej wymierne.


A upływ czasu – nie obawia się go pani? W końcu bycie piękną to część pani pracy zawodowej…


W pracy zawodowej na co dzień uroda czy jej brak nie mają znaczenia, liczy się pomysłowość, profesjonalizm i dobry kontakt z ludźmi.

Autor: Agata Domańska