Czy ADHD istnieje?

Diagnozę ADHD stawia się na podstawie występujących objawów, czyli właśnie tego rodzaju zachowań. To nic nie mówi o przyczynach, a te mogą być najróżniejsze. Może dziecko się tak zachowuje, bo źle metabolizuje cukier, a może dlatego, że ma trzeci migdał, który je dławi i przydusza? A może w rodzinie jest jakiś problem ze stawianiem granic?


Z Pawłem Droździakiem, psychologiem i psychoterapeutą, rozmawia Renata Mazurowska


Czy to prawda, że dzieci ze zdiagnozowanym ADHD u innych opiekunów nie mają objawów ADHD?


Jest kilkadziesiąt tysięcy możliwych przyczyn, które mogą dawać efekt taki, że dziecko zachowuje się nadpobudliwie, nie daje komuś dokończyć zdania, ma trudności w skupieniu się, czy nie respektuje poleceń. Kiedy wydaje się diagnozę - ADHD, w istocie nie mówi to nic więcej, niż tylko to, że dziecko zachowuje się w sposób, który opisałem wyżej. Taką diagnozę stawia się na podstawie występujących objawów, czyli właśnie tego rodzaju zachowań. To nic nie mówi o przyczynach, a te mogą być najróżniejsze. Może dziecko się tak zachowuje, bo źle metabolizuje cukier, a może dlatego, że ma trzeci migdał, który je dławi i przydusza? A może w rodzinie jest jakiś problem ze stawianiem granic? Może otrzymuje od rodziców sprzeczne komunikaty, na przykład co innego oczekuje ojciec, co innego matka, jeszcze co innego babcia, a w dodatku każda z tych osób co innego mówi, a co innego robi, albo to się zmienia w zależności od nastroju? A może w domu jest przemoc? A może ma neurofibromatozę, w wyniku której w okolicach mózgowia pojawiają się guzki? A może jest zatrute ołowiem albo ma nadczynność tarczycy? A może jest seksualnie wykorzystywane lub wie o czymś takim w rodzinie?


To wszystko, o czym pan mówi, daje podobne objawy jak diagnozowane ADHD?


A może jego matka piła w ciąży alkohol? A może rodzice mylą stanowczość z przemocą i sądzą, że dają dziecku możliwość samodzielnego decydowania, podczas gdy ono przeżywa to jako brak czegokolwiek pewnego, na czym mogłoby się oprzeć? I dlatego się szarpie, próbując wreszcie trafić w tym świecie na jakąś konkretną granicę?


Ważna jest przyczyna, bo objawy mogą świadczyć o tysiącu innych problemów.


Niektóre z tych przyczyn znikają w innym środowisku opiekuńczym, a inne nie.


To może leczyć powinni się rodzice, nie dzieci?


Jeśli dziecko nie cierpi na jakąś fizyczną chorobę, która upośledza działanie systemu nerwowego, to jego problemy z zachowaniem, samokontrolą czy czymkolwiek podobnym są pochodną problemów w rodzinie i nie istnieją poza tym kontekstem. Czyli jeżeli ktoś nam mówi, że przyczyny zachowania dziecka leżą w jakiejś fizycznej chorobie, na którą dziecko cierpi, to powinniśmy bardzo dokładnie dopytać diagnostę, które narządy dziecka są uszkodzone, w jaki sposób one są uszkodzone, jak to uszkodzenie wpływa na inne narządy, dając w efekcie takie, a nie inne zachowanie. I przede wszystkim, w jaki sposób ten diagnosta to odkrył. Czy może to jakoś udowodnić, pokazać na jakimś zdjęciu, albo w wynikach jakiejś analizy krwi, moczu czy czegokolwiek takiego. Jeśli ta choroba jest fizyczna, to czy można to jakoś zweryfikować w sposób inny, niż przez rozmowę z dzieckiem? Jeśli tego nie daje się zrobić, należy zakładać, że przyczyną zachowania dziecka są jakieś problemy opiekunów, lub problemy między nimi.


Czym jest, według pana, tak naprawdę ADHD i dlaczego tak dużo się o nim mówi?


Od mniej więcej trzydziestu lat obserwujemy narastające zjawisko mające świadczyć o tym, że dzieci i młodzi ludzie w krajach uprzemysłowionych mają coraz większe trudności z kontrolowaniem impulsów. Coraz trudniej rodzicom te dzieci i młodzież do czegoś nakłonić, coraz trudniej jest nauczycielom uzyskać ich uwagę, utrzymać grupę dzieci w dyscyplinie i tak dalej. W tym czasie zaszło wiele zmian społecznych, środowiskowych - możemy je podzielić na dwa rodzaje. Pierwsze to zmiany w organizacji i strukturze rodzin, w metodach wychowawczych i w kulturze. Drugi rodzaj to zmiany w diecie, w składzie powietrza i w technologii. Myślę, że pojęcie „zespołu nadpobudliwości" stało się tak popularne, ponieważ sugeruje ono fizyczne czy biochemiczne przyczyny tych trudności, które u dzieci i młodzieży obserwujemy. Czyli kiedy zaczynamy mówić o jakimś „zespole" czy „syndromie", to skupiamy się automatycznie na zmianach drugiego rodzaju. Dzięki temu można uniknąć refleksji nad tym, jak na stan tych dzieci mogą wpływać zmiany pierwszego rodzaju. Bo taka refleksja może prowadzić do różnych niepokojących wniosków.


Że sami przyczyniamy się do zaburzeń naszych dzieci?


To się zmienia wraz ze zmianami kulturowymi. Ktoś ma trudności w kontaktach z innymi, z rodziną, z własną samooceną, z określeniem, kim jest między innymi ludźmi i w zależności od tego, w jakim środowisku żyje, może to w różny sposób wyrażać. W dziewiętnastym wieku ludzie zapadali na nerwowe paraliże różnych części ciała, a dziś na przykład przestają jeść, albo stosunek do jedzenia zmienia im się kilka razy w ciągu doby.


A czy to nie jest też tak, że w jakiś sposób modne jest, że ma się jakiś „syndrom" albo zaburzenie?


Zdiagnozowanie pewnych zaburzeń daje bardzo konkretne korzyści. Na przykład jeśli powiemy o dziecku, że „cierpi na ADHD", to już nie musimy się zastanawiać nad tym, co jest między rodzicami, albo nad tym, co się dzieje między matką a dziadkami i czy to jakoś wpływa na sposób, w jaki np. ojciec formułuje wobec dziecka swoje słowa. To są dla wielu ludzi trudne tematy, tego „lepiej nie ruszać". Jak powiemy, że dziecko jest po prostu chore, to mniejsza o to, że nie umiemy powiedzieć, na czym ta choroba konkretnie polega. O to się nikt nie pyta, a my mamy z tym spokój. Jesteśmy bezpieczni.


Nie musimy się zastanawiać nad sobą, swoimi relacjami, atmosferą w domu?


Podobnie jest z diagnozą dysleksji. Masowe ubieganie się rodziców o uzyskanie odpowiedniego zaświadczenia może być spowodowane po prostu chęcią ułatwienia dziecku życia. Co nie oznacza, że w ogóle żadna dysleksja nie istnieje, ale tego rodzaju diagnozy są nadużywane.


Dochodzi jeszcze kontekst kulturowy, społeczny, religijny - trudno mierzyć wszystkich jedną miarą.


Ludzie od wieków radzili sobie z rzeczywistością, której inaczej nie dawało się znieść, alkoholem, narkotykami, substancjami zmieniającymi świadomość. Przewaga tabletek jest taka, że nie widać gołym okiem, że jest się pod ich wpływem. Substancjami chemicznymi można sobie coś podwyższyć albo obniżyć, ale nie rozwiążemy nimi problemu. W niektórych przypadkach rzeczywiście to, co przeżywamy, jest tak bolesne, że leczenie chemią staje się niezbędne. Na przykład człowiek w depresji jest tak pozbawiony woli, że nie ma siły pomyśleć o terapii, a co dopiero na nią pójść.

Tak zwane choroby psychiczne to są pewne konstrukcje myślowe charakterystyczne dla danej kultury. W każdej kulturze ludzie przyjmują określone zachowania, kiedy w jakimś momencie życia jest im trudno. W jednej kulturze może to być fobia przed kajakami, w innej smutek leczony będzie prozakiem. Rak istnieje w każdym kontekście kulturowym, ale już na przykład anoreksja nie! Nie ma anoreksji w Amazonii ani Afryce. U Eskimosów także nie ma anoreksji. W Rosji sowieckiej nie było anorektycznych dziewcząt, a teraz są. Ludzie, którym jest trudno w życiu z tego czy innego powodu, poszukują różnych skrajnych zachowań, żeby wyrazić, iż jest im trudno. W zależności od tego, w jakiej kulturze żyją, takie zachowania przybiorą.


Nie wystarczy zdiagnozować „choroby", by wiedzieć, jak sobie pomóc - często to tylko wierzchołek góry lodowej, pod którym kryją się prawdziwe problemy. Czy naprawdę w ADHD chodzi o to, by uspokoić dziecko? Czy to rozwiąże problem, usunie przyczynę?


Jeśli cierpimy na jakąś fizyczną chorobę, to trafna diagnoza jest początkiem sensownego leczenia. Ale jeśli mamy jakiś psychologiczny problem ze swoim miejscem w rodzinie, w świecie, ze swoim poczuciem wartości, swoim lękiem przed ludźmi, akceptacją własnej seksualności itp., to diagnoza może być czymś w rodzaju nadania fałszywej tożsamości, która te nasze trudności pokryje i sprowadzi je wszystkie do wspólnego mianownika. To może być koniec szansy na konstruktywną pracę nad tym, z czym naprawdę mamy kłopot.

Autor: Renata Mazurowska