Bez przebaczenia

Nałóg trwa wiele lat, bo uczestniczą w tym najbliżsi - pozwalając sobą manipulować, przebaczając, dając pieniądze, spłacając długi. Nikt tym młodym ludziom nie mówi: człowieku, ty się lecz, albo zostaniesz sam.

Rozmowa z Jarosławem Kalinowski, psychologiem, kierownikiem Ośrodka Psychoterapii i Terapii Uzależnień Olcha w Warszawie, hazardzistą, który nie gra od 22 lat.



Rozumiem mechanizm uzależnienia od alkoholu czy narkotyków. Czynnikiem uzależniającym są substancje o pewnych właściwościach wpływających na nastrój, zmieniających świadomość. Co jest tym czynnikiem uzależniającym w hazardzie?

 

Hazard zmienia świadomość tak jak alkohol. Tylko zapach jest inny. Hazard pachnie obietnicą szybkiego wzbogacenia się, dostatniego życia. Jego siłą napędową jest chęć przeżywania emocji, odmiennych dla różnych osób. Niemniej jednak zawsze jest podniecenie, zawsze jest adrenalina i głębokie przekonanie, że tym razem wygram. Pamiętam, jako osiemnastoletni chłopak, kiedy pojawiły się na Placu Konstytucji w Warszawie pierwsze automaty, gdy tylko otrzymałem dowód, od razu tam pobiegłem. W moim przypadku hazard towarzyszył piciu. W pewnym momencie alkohol przestał mi wystarczać, więc zacząłem szukać mocniejszych wrażeń. Odpowiedzią był poker, nielegalne jaskinie gry, gdzie się spotykało z osobliwymi ludźmi, zawsze z myślą, że będzie cudownie, że na pewno wygram. To była komuna, a na stole leżały pęki dolarów. To musiało działać na młodego człowieka. Łatwo było stracić kontrolę.

 

 

Właśnie, gdzie leży granica? Dlaczego nie potrafimy powiedzieć sobie dość?

 

Istotą uzależnień jest utrata kontroli, niemoc w zatrzymaniu się. Niektórzy zakładają sobie: mam pewną sumę pieniędzy, wygospodarowane dwie godziny i tylko założone pieniądze oraz czas mogę poświęcić na grę. Kiedy jednak dana osoba przestaje trzymać się ustalonych ram, ma później z tego powodu wyrzuty sumienia i w dodatku tego rodzaju sytuacje zaczynają się powtarzać, to możemy już podejrzewać, że mamy do czynienia z chorobą, na którą człowiek nie ma wpływu. Jest to choroba umysłu, lecz nie choroba umysłowa. Choroba, którą napędzają emocje.



Jakie sygnały mogą wskazywać, że niewinna rozrywka zamienia się w groźny nałóg?

 

Uzależnienie pojawia się, kiedy gra staje się coraz częstsza, zaś problemy zwykłego życia, obowiązki wynikające z posiadania rodziny, praca zostają zepchnięte na dalszy plan. Im więcej uzależniona osoba gra, obojętne czy jest to poker, ruletka czy automaty w budzie po kiosku, tym koszty są większe. I nie mam tutaj na myśli jedynie strat finansowych, choć bez wątpienia mają one duże znaczenie. Osoba oddająca się uzależnieniu zaczyna postrzegać hazard jako coś bardzo potrzebnego, bez czego nie może żyć. Rozmawiałem niedawno z pewnym chłopakiem, który mówił o głodzie, prawdziwym, namacalnym głodzie gry.

 

 

Zgłosił się na terapię?

 

Tak, ale odczuwał tak silne parcie na automaty, że po pięciu dniach z niej uciekł. Wtedy dla niego była to jedyna rozsądna alternatywa. Zerwać kontakt, zostawić pieniądze za opłaconą terapię w prywatnej klinice, zlekceważyć swoje deklaracje i łzy matki. Istniało tylko jedno - klapki na oczach i konieczność zaspokojenia demona gry. Pracując z uzależnionymi, przez ponad dwadzieścia lat nie spotkałem osoby, która by wygrała w ogólnym rozrachunku. Na leczenie przychodzą ludzie przegrani.


Skoro uzależnienie od hazardu wiąże się jedynie z przegraną, dlaczego graczom tak trudno to dostrzec i po prostu przestać?

 

Wszyscy jesteśmy uzbrojeni w potężne psychologiczne mechanizmy obronne, które uaktywniają się w momencie tragedii. Pomagają nam np. przeżyć żałobę, mniej cierpieć po stracie czegoś ważnego. Uzależnieni hazardziści zupełnie nieświadomie wykorzystują je, aby oddzielić się od prawdy, oddalić się od stwierdzenia, że ich problemem jest gra, ponieważ zagraża to jej kontynuacji. Gdyby dostrzegli wszystkie konsekwencje z całą wyrazistością, nie mogliby wrócić do kasyna. Odrzucają oczywiste fakty, że to gra leży u podłoża ich klęsk i niepowodzeń. Z łatwością doszukują się zupełnie abstrakcyjnych przyczyn: bo przecież krupier nie był przychylny, bo właściciel automatu źle ustawił urządzenie, bo ręka mi drgnęła, bo mrugnąłem, kichnąłem. Osoba uzależniona nie przyzna się przed sobą wprost - przegrywam, bo gram.

 

 

Straty to jednak nie tylko pieniądze...

 

Człowiek uzależniony nie korzysta ze swoich naturalnych zasobów lub korzysta z nich w niewłaściwy sposób. Nie rozwija się, przestaje być produktywny, ponieważ całą swoją inwencję inwestuje w uzależnienie. Myśli, kombinuje, gromadzi środki, odrabia straty wynikające z przegranej. W pewnym momencie hazard staje na samym szczycie hierarchii wartości. Jest artykułem pierwszej potrzeby. Warto też wskazać pewną prawidłowość - jedna osoba gra, a kilka z tego powodu cierpi. Jeśli jest to młody hazardzista, to konsekwencje ponoszą rodzice. Niepokoją się, pilnują, spłacają długi, proszą, by nie grał. Gdy jest to osoba, która ma już własną rodzinę, to bez wątpienia jej gra obniża poziom życia najbliższych - i to na każdej płaszczyźnie: emocjonalnej czy finansowej. Człowiek ogarnięty nałogiem przestaje się sprawdzać w swoich podstawowych rolach - bycia mężem, ojcem czy nawet domową złotą rączką. Uzależnieni mogą też trafić do więzienia. Przestają być uczciwi, zaczynają szukać środków, gdzie się da, kraść, defraudować, pożyczać i nie spłacać długów.

 

 

Hazard to także zagrożenie życia.

 

Z dwóch powodów - po pierwsze hazardziści chętnie się zadłużają u osób, które stosują drastyczne metody odzyskiwania długów, po drugie - są grupą mocno zagrożoną samobójstwem. Spotykałem ludzi na skraju wytrzymałości, dla których gra była sensem życia, a grać nie mogli. Z różnych przyczyn - bo nie byli wpuszczani do salonów, kasyn, ponieważ nie mieli pieniędzy ani źródeł, z których mogliby je wziąć. Jedyne co mieli, to popalone za sobą mosty i myśli samobójcze.

 

 

Co powinni zrobić najbliżsi, w jaki sposób pomóc osobie opanowanej obsesją hazardu?

 

Przede wszystkim mówić, że to jest choroba i że hazardzista powinien się leczyć. Umożliwić uzależnionemu ponoszenie wszelkich konsekwencji związanych z jego grą. Nie wybaczać, nie prosić, nie spłacać długów. Owszem, bywa, że u kierowanej wyrzutami sumienia osoby przynosi to skutek, zazwyczaj jednak chwilowy. Trzeba powiedzieć wprost - „lecz się". To jest ważne. Jak w przypadku alkoholizmu, tak hazardzista musi uświadomić sobie, że jest chory i wtedy podjąć leczenie. Z moich obserwacji wynika, że gra obecnie bardzo dużo młodych ludzi. Głównie na automatach. Problem tkwi w tym, że nikt się temu nie sprzeciwia. Ich nałóg trwa przez wiele lat, bo uczestniczą w tym ich bliscy - pozwalając sobą manipulować, przebaczając, dając pieniądze. Nikt tym młodym ludziom nie mówi: „człowieku, ty się lecz, albo cię nie wpuścimy do domu". Czasami, żeby pomóc i uratować czyjeś życie, sprawę trzeba postawić ostro.

 

 

Na czym polega leczenie?

 

Najpierw człowiek musi dostać wiedzę o uzależnieniu, aby poznał, przed jakim problemem staje i by sam mógł się zdiagnozować oraz upewnić się, że jest chory, że nie są to jedynie wymysły żony, dzieci lub znajomych z pracy. Chodzi o to, aby otrzymana od terapeuty wiedza została skonfrontowana z własnymi doświadczeniami. I od tego momentu zaczyna się psychoterapia. Ponieważ prowadzona jest grupowo, pacjent może dostrzec pewne zbieżności w zachowaniach własnych i innych osób. Poza tym lepiej się czuje w towarzystwie ludzi podobnych do niego.

 

 

Nie wystarczy po prostu nie grać?

 

W uproszczeniu, uzależnienie jest ucieczką od pewnych sytuacji, problemów, kłopotów, emocji, myślenia o sobie. Nie wystarczy nie grać, trzeba uporać się z podłożem hazardu, z tym wszystkim, co człowieka pcha w nałóg. Terapia to przyśpieszony kurs dojrzewania, w czasie którego człowiek uczy się radzić sobie z tymi wszystkimi sprawami, które były przyczynkiem do hazardu.

Autor: Jerzy Dziekoński