Od nenufarów do „sucharów”

Aktor, gospodarz „Familiady”, autor dowcipów nazywanych „sucharami”. Całe życie uprawia sport, czemu zawdzięcza świetną kondycję i sylwetkę, której może mu pozazdrościć niejeden trzydziestolatek. Z Karolem Strasburgerem o niespełnionym śnie marynarza, zauroczeniach fanek, zdrowym stylu życia i „Familiadzie” rozmawia Anna Komorowska.

Niewiele brakowało, a zamiast aktorem zostałby pan marynarzem! Marzył pan o dalekich podróżach czy o dziewczynie w każdym porcie?

Podróże i możliwość poznawania świata to były moje główne motywacje. Był to czas, kiedy nie można było wyjeżdżać za granicę, więc szkołę morską postrzegaliśmy jako okno na świat. Dziewczyny to nie była moja specjalność w tym czasie. (śmiech) Nawet byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że życie marynarza może być atrakcyjne pod tym względem. Szkoła morska zwalniała z obowiązkowej służby wojskowej, co było dla mnie dużym plusem.

Coś jednak nie poszło.

No nie poszło, bo te wyobrażenia okazały się nieco inne. Przede wszystkim moja choroba morska sprawiła, że na morzu czułem się fatalnie. Poza tym podróże, o których marzyłem, były bardziej teoretyczne, bo chociaż dużo pływaliśmy, to pobyty w portach były krótkie, więc na zwiedzanie i oglądanie innego świata nie starczało już czasu. Problemem okazało się dla mnie także oddalenie od ludzi, zamknięcie się tylko na towarzystwo, z którym się pływało. Nie czułem się z tym najlepiej. To wszystko spowodowało, że uświadomiłem sobie, że to chybiona decyzja, ale za to doświadczenie, które wiele mnie nauczyło. To świetna szkoła życia dla młodego mężczyzny.

Jeden z portali przygotował ranking „ciach w polskim show-biznesie”. Uplasował się pan w czołówce, obok Filipa Bobka. Czuje się pan przystojniakiem?

Nie czuję się jakoś specjalnie ciachem, jestem przyzwyczajony do tego, jak wyglądam. Oczywiście włożyłem w to dużo pracy. Nie chodzi mi tu o wygląd, bo patrzenia w lustro oduczono mnie w szkole morskiej, ale o dbanie o kondycję fizyczną i sprawność. Przez całe życie uprawiam sport, co ukształtowało moją sylwetkę. To, jak się postrzegamy, dają nam odczuć też ci, w których oczach się przeglądamy. Mam tu na myśli dziewczyny i kobiety, które rzeczywiście dawały mi odczuć, że jestem dla nich atrakcyjny.

No właśnie. Przeczytałam, że po roli w dramacie wojennym „Agent nr 1” przychodziły do pana tony listów od zakochanych fanek. Zdarzało się panu z którąś umówić?

Listów było faktycznie dużo. Trzymam je nawet w worku, do którego od wielu lat nie zaglądałem, bo nie czuję takiej potrzeby. Był to burzliwy okres. Pamiętam, jak te dziewczyny przychodziły do Teatru Dramatycznego, w którym grałem na początku studiów, i siadały w pierwszych rzędach. Czy ja to wykorzystywałem? Owszem, zdarzało mi się umówić, ale są to przypadki, które mogę policzyć na palcach jednej ręki. Kilka razy poddałem się uwielbieniu jakiejś dziewczyny, która słała mi listy, przychodziła na spektakle i przynosiła kwiaty. Teraz można by to nawet uznać za jakiś mobbing czy stalking, ale wtedy nikt tak tego nie odbierał. Traktowaliśmy to jako coś normalnego, jako objaw pewnej miłości do artysty. Nawet mi to schlebiało.

Były to jednorazowe spotkania czy któraś ze znajomości trwała dłużej?

Nie przypominam sobie, żeby były to jakieś dłuższe romanse. Myślę, że takie przypadkowe znajomości – jak np. teraz przez internet – nie są pełne. Tamte kontakty też były powierzchowne, więc nie miały przyszłości. Bywało, że kończyły się rozczarowaniem, bo dziewczyna okazywała się nie taka, jak sobie wyobrażałem. Dlatego wolałem unikać tego typu spotkań, bo nie lubię komuś sprawiać przykrości.

Lubi pan oglądać siebie w filmach sprzed lat?

W tych sprzed lat, np. „Agencie nr 1” czy „Polskich drogach”, już tak, chociaż ogólnie to niespecjalnie lubię oglądać siebie na ekranie.

A jak pan siebie ogląda, to towarzyszy temu nutka nostalgii: „jaki byłem piękny i młody” czy raczej myśl: „mogłem to lepiej zagrać”?

Zdecydowanie to drugie. Gdy siebie oglądam, to wyłapuję raczej to, co zrobiłem źle i chciałbym naprawić. Nie jestem typem narcystycznym, nie nasładzam się sobą. (śmiech) Przyzwyczaiłem się już do swojego wizerunku ekranowego, więc nie siedzę i nie zachwycam się, jaki to byłem cudowny.

Aktualnie gra pan w serialu „Pierwsza miłość”. Pana postać, Karol Weksler, to twardy biznesmen, często szorstki w obyciu. Dobrze się pan czuje w skórze Wekslera?

Muszę przyznać, że bardzo dobrze. Polubiłem tę postać i jest mi bliska. Teraz, gdy scenarzyści dobrze mnie poznali, jest już pisana pode mnie. Mam wpływ na to, jaki jest Karol Weksler. Chcieliśmy, żeby miał różne odcienie – by był trochę dobry, trochę zły. W życiu też tak jest, że czasami robimy złe rzeczy, chociaż mamy zupełnie inne intencje. Jeżeli walczymy z ludźmi, ale potem okazuje się, że walczymy w słusznej sprawie, bo np. chcemy chronić swoje dziecko, to możemy zostać odebrani pozytywnie. Staram się, aby Weksler nie był jednoznacznie zły. To jest fajne.

Właśnie skończył pan 70 lat, a ciągle pan świetnie wygląda! Jak pan to robi?

Z tym wiekiem to nie jest wcale takie zachwycające. Ktoś mądry powiedział, że gdybyśmy nie wiedzieli, ile mamy lat, tobyśmy żyli znacznie dłużej. Dlatego niechętnie sobie przywołuję te moje lata. Chciałbym uniknąć sytuacji, że zaczynam myśleć: „O kurczę, mam 70 lat, jestem już starszym człowiekiem, już mi wielu rzeczy nie wolno”. Właśnie przez to ludzie sami sobie włączają autocenzurę w działaniach. Próbuję tego unikać, to chyba moja recepta na młodość. Staram się żyć jak dotychczas, nie zmieniam niczego i z niczego nie rezygnuję. Uważam, że ludzie często sami sobie szkodzą.

W jakim sensie?

Palą, dużo piją, nie śpią. Nie wspomnę już o innych używkach, jak narkotyki czy dopalacze. Są to tematy zupełnie mi nieznane. Nie mogę wręcz pojąć, dlaczego ludzie sami siebie skazują na taki los. Dla mnie są pozbawieni wyobraźni. Nie mają świadomości, że życie trwa dłużej niż rok czy dwa. Pamiętam, jak na ostatnim roku studiów w szkole teatralnej jeden z profesorów powiedział nam: „Macie przed sobą co najmniej 20 lat intensywnej pracy, budowania kariery i nazwiska, a bawić się będziecie później. Tylko pamiętajcie, żebyście mieli zdrowie na tę zabawę”. To zdanie zapadło mi w pamięć. Postanowiłem dbać o zdrowie, by móc kiedyś korzystać z życia. Nigdy nie paliłem papierosów, o narkotykach w ogóle nie wspomnę. Alkoholu używam w ilościach umiarkowanych, bo mój organizm na więcej mi nie pozwala. W całym moim życiu obecny jest sport.

Jakie sporty pan uprawia?

Biegam, pływam, jeżdżę na nartach, uprawiam surfing. Od lat gram w tenisa. Trenuję też na siłowni. Nie powiem, że zawsze mi się chce, ale ze względu na dyscyplinę, którą sobie narzuciłem, nie odpuszczam. Gdy wracam po takim godzinnym treningu, to od razu lepiej się czuję.

Jest pan młody duchem?

Na pewno nie mam głowy człowieka starego. Żyję i pracuję z młodymi, rozumiemy się doskonale, nie widzę między nami jakiejś specjalnej różnicy. Nie jestem typem stetryczałego dziada, który stara się ich ciągle pouczać, jak mają żyć. Raczej wyciągam od nich takie fajne elementy jak optymizm i chęć do życia. A jeśli mogę im oddać trochę swojego doświadczenia czy spojrzenia z dystansem na niektóre sprawy, to im to daję. Tak się nawzajem uzupełniamy.

Uważa pan na to, co je, czy niespecjalnie się tym przejmuje?

Oczywiście, uważam. Najgorsze jest „przeżeranie się” i łapczywość, gdy nie patrzymy na to, co i ile jemy, a jedzenie jest tylko zaspokajaczem głodu. Nie mam czegoś takiego. Wiem, co jest zdrowe, a co nie, i zwracam uwagę na to, co jem. Unikam rzeczy tłustych i białego pieczywa, lubię owoce i warzywa. Aczkolwiek muszę się przyznać do pewnych błędów. Bardzo lubię słodycze i powinienem czasem odmówić sobie kolejnego ciasteczka, ale każdy ma jakieś słabości. (śmiech) Nie lubię narzucania sobie przesadnych ograniczeń we wszystkim. Po prostu słucham siebie.

Jest pan autorem książki „Apetyt na życie”, w której obok przepisów podzielił się pan swoimi wspomnieniami. Jakie jest pana popisowe danie?

Od razu powiem to, co napisałem też w książce – nie jestem osobą, która fantastycznie gotuje. W książce zebrałem przepisy mojej żony, znajomych, ludzi, którzy zawodowo zajmują się gotowaniem. Sam jestem raczej człowiekiem od zakupów. Lubię zaopatrywać lodówkę, a także kuchnię w różne sprzęty. Jestem za to dość wykwalifikowany w grillowaniu. Robię to często na urlopie i w domu. Potrafię smacznie przygotować łososia, ziemniaki w folii i warzywa. Jestem też specjalistą od robienia dobrej jajecznicy i pieczenia chleba. Na kempingach zawsze piekę dobre pieczywo, które rozchodzi się w pięć minut, więc trzeba go pilnować. (śmiech)

Od 23 lat prowadzi pan „Familiadę”. Aktorom czy kabareciarzom zdarza się „zagotować” w trakcie występu na żywo. Czy panu zdarza się parsknąć śmiechem podczas nagrywania programu?

W programie mogę się śmiać, muszę tylko zrobić to w odpowiednim momencie. Chodzi o to, że jak ktoś palnie jakieś głupstwo, to nie mam się śmiać z niego, tylko razem z nim. Tym bardziej, że uczestnicy często zdają sobie sprawę ze swojej pomyłki i sami się śmieją. Gdy razem się pośmiejemy, to nie ma w tym nic złego. Staram się być osobą taktowną i nie wyśmiewać czyichś nieporadności. Pozostawiam to tym, którzy oglądają program, niech się śmieją w domu, nawet głośno. Wtedy uczestnik tego nie widzi i nie słyszy.

Ale jak tu się nie śmiać, słysząc niektóre odpowiedzi. Na przykład kultowe już: „Więcej niż jedno zwierzę to…”. Odpowiedź: owca? lama? Były też takie perełki, jak: „Nazwa przylądka? – Przylądek Zdrój”, albo moje ulubione: „Biblijna para? – Zeus i Hera”. Jak udaje się panu zachować powagę?

Być może dlatego, że ten program opiera się na tym, że zła odpowiedź może być dobra, bo wcześniej odpowiadają respondenci. Jeżeli większość ludzi się pomyli, a mylimy się często, to ta błędna odpowiedź może być wysoko punktowana. Na przykład gdy zapytamy, jak miał na imię Marks i 10 osób odpowie, że Engels, bo im się tak skojarzy, to gdy taka odpowiedź padnie w programie, rodzina zarobi punkty. Moją rolą jest na koniec to wyprostować i powiedzieć, że jednak Karol.

To magazyn ze zdrowiem w tytule. Czy na zakończenie mogę liczyć na jakąś anegdotę związaną z tym tematem?

Mam taki jeden dowcip, dosyć zabawny:

Do sali szpitalnej wchodzi facet i pyta pacjenta leżącego w rogu:

– Ile pan ma wzrostu?

– Metr sześćdziesiąt.

– Aha. – Facet odwraca się na pięcie i wychodzi.

– Panie doktorze, jak wypadły moje ostatnie badania? – woła za nim chory.

– Bardzo pana przepraszam, ale ja nie jestem lekarzem, tylko stolarzem – odpowiada tamten.

No, może dla tego pacjenta żart nie był najśmieszniejszy. (śmiech)


Karol Strasburger

Polski aktor teatralny, filmowy i telewizyjny. Gospodarz popularnego teleturnieju „Familiada”. Początkowo studiował w Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie, dopiero później rozpoczął studia w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie, które ukończył w 1971 roku. Od razu otrzymał angaż w stołecznym Teatrze Dramatycznym, gdzie pracował ponad 10 lat.

Na ekranie zadebiutował w 1970 roku w serialu „Kolumbowie”. Rok później zagrał w filmie „Agent nr 1”. W 1973 roku pojawił się w serialu „Czarne chmury”, a następnie wcielił się w rolę trenera w serialu dla młodzieży „Karino”. W 1975 roku zagrał Józefa Toliboskiego w adaptacji „Nocy i dni” Marii Dąbrowskiej. Słynna scena z nenufarami z jego udziałem została okrzyknięta najbardziej romantyczną w historii polskiego kina. W 1976 roku pojawił się w „Polskich drogach”. Za rolę w tym serialu otrzymał Nagrodę Przewodniczącego Komitetu ds. Radia i Telewizji. Zagrał także wiele ról w filmach wschodnioniemieckich i czechosłowackich. Przez wiele lat współpracował z Teatrem Komedia i Teatrem Bajka w Warszawie. Obecnie gra w dwóch spektaklach komediowych – „Dzikie żądze” oraz „Prawda”.

Na swoim koncie ma także role w serialach, m.in. „W labiryncie”, „Klan”, „Ekstradycja 2”, „Świat według Kiepskich”, „Sąsiedzi”. Obecnie występuje w serialu „Pierwsza miłość”.

W młodości uprawiał gimnastykę sportową w klubie Legia Warszawa (największe osiągnięcie to drużynowe mistrzostwo Polski w 1964 roku) oraz występował w cyrku. Od wielu lat jest fanem rozmaitych sportów – tenisa, jazdy konnej, windsurfingu, narciarstwa, nurkowania, pływania. Jest także autorem książki podróżniczo-kulinarnej „Apetyt na życie”.

Autor:

Komentarze