Nigdy dość. Biorę z życia wszystko

Radca prawny i aktorka. Jak tlenu potrzebuje sportu. Nam opowiedziała o swojej sportowej pasji, programie „Agent” i nowej książce, w której udowadnia, że nigdy nie ma dość. Z Joanną Jabłczyńską rozmawia Anna Komorowska.

Moja mama, gdy dowiedziała się, że będę z panią przeprowadzać wywiad, powiedziała: „O! to ta sympatyczna dziewuszka z dziecięcym głosem, na pewno jest bardzo miła”. Zapytam więc przewrotnie − co panią wyprowadza z równowagi?

Wyprowadzić mnie z równowagi jest ciężko! Zastanawiam się, kiedy to ostatnio miało miejsce. Na pewno denerwuje mnie dużo rzeczy, np. hejt internetowy, ocenianie sytuacji, zdarzeń czy innych ludzi kompletnie ich nie znając. Te oceny dotyczą również mnie, choć mimo wszystko jestem raczej łaskawie traktowana.

Sport z pewnością pomaga dać upust negatywnej energii. Podobno pani nie może bez niego żyć?

Oj tak! Nawet moja mama, gdy widzi, że mam zły humor, jestem nieznośna albo odpowiem jej coś niemiłego, to mówi do mnie: „Wiesz co, dziecko, idź ty lepiej potrenować” (śmiech). Każdy musi mieć jakieś ujście negatywnych emocji. Jedni uzależniają się od używek, imprez, a dla mnie sposobem na odreagowanie jest sport.

Wyczytałam, że jeździ pani na rowerze, rolkach, na snowboardzie, łyżwach, nartach (także tych biegowych), nurkuje, biega...

Biegam dopiero od trzech sezonów. Jeszcze trzy lata temu uważałam, że bieganie to sport nie dla mnie. Moje podejście wynikało wyłącznie z braku pokory. Wydawało mi się, że jestem już TAK aktywną osobą, że powinnam od razu biegać sprintem maratony. Okazało się, że trzeba włączyć pokorę i zacząć od mniejszych dystansów, od marszobiegu, a potem stopniowo zwiększać odległości. Teraz biegać bardzo lubię.

A czy jest sport, którego pani spróbowała, ale − jak to się mówi − „nie zażarło”?

Na pewno nie przekonam się do golfa. Próbowałam trzy razy i w ogóle nie uznaję tego za sport. Jest dla mnie za statyczny. W pracy często muszę być przez wiele godzin skupiona, siedzieć przy biurku. Kiedy więc mam możliwość spędzenia gdzieś wolnego czasu, to musi to być na świeżym powietrzu i najlepiej, żeby mnie zmęczyło i nie wymagało aż tak dużego skupienia. Podziwiam ludzi, którzy uprawiają ten − mimo wszystko − sport. Ja nie mam do tego cierpliwości i przy okazji przyznaję, że niezwykle ciężko jest tak uderzyć w tę piłeczkę, żeby trafiła do dołka.

Została pani ambasadorką biegu The Color Run. Co panią przekonało?

W zeszłym roku po raz pierwszy wzięłam udział w tym biegu. Wcześniej nie skusiłam się na tego typu imprezę, głównie ze względu na dystans, który jest do pokonania. Myślałam: „Kurczę, czy chce mi się specjalnie jechać po to, żeby przebiec 5 kilometrów? Przecież to śmieszny dystans”. Ubiegłoroczny The Color Run odbywał się w Warszawie, a że miałam akurat wolne, zapisałam się na bieg. Okazał się najweselszym, najpogodniejszym i najszczęśliwszym biegiem, w jakim brałam do tej pory udział. Mogą w nim uczestniczyć naprawdę wszyscy, od małych dzieci po osoby starsze. Co więcej, nie ma tam absolutnie żadnej osoby, która by rywalizowała. Ten bieg to czysta radość, szczęście i takie odkrycie dziecka w sobie. Dlatego od razu zgodziłam się, gdy organizator zaproponował mi, żebym została tegoroczną ambasadorką biegu.

Czym różni się ten bieg od innych?

Po pierwsze, trudno to nazwać biegiem, bo tradycyjnego biegu to nie przypomina (śmiech). Na imprezę trzeba przede wszystkim zabrać dobry humor i mieć czas. Wszystko odbywa się w wolniejszym tempie, w atmosferze jednej, wielkiej radości, którą człowiek odczuwa już na starcie. Organizatorzy już wtedy zagrzewają wszystkich do zabawy, gra muzyka, wszyscy skaczą i cieszą się, że są w tym miejscu. Ja się świetnie bawiłam już od linii startu. Uczestnicy są wypuszczani seriami, nie biegną wszyscy naraz. W trakcie biegu jesteśmy obsypywani przez wolontariuszy kolorowymi farbkami. Na mecie, kiedy wszyscy są tacy kolorowi, nie sposób się po prostu nie uśmiechać. Kto tego doświadczył, ten wie, jaka jest z tego frajda i dziecięca radość. Chodzi o to, żeby dzielić się szczęściem, zarażać optymizmem i znaleźć pozytywy w tym, często przygnębiającym, świecie.

Taki pięciokilometrowy bieg to dla Joasi Jabłczyńskiej pestka w porównaniu z Beskid Extreme Triathlon Diablak, w którym startowała pani w czerwcu. Proszę opowiedzieć, jak wyglądają takie zawody?

To pierwsza edycja tych zawodów. Miałam, póki co, doświadczenie, jeżeli chodzi o Połówkę Ironmana (wyścigi organizowane na dystansie: 1,9 km pływanie, 90 km jazda na rowerze i 21,1 km bieg − przyp.red.) i wiem, jakie to jest ogromne obciążenie. Kiedy wyobrażałam sobie, że mam zrobić dwa razy tyle i to w górach, to miałam świadomość, że jest to absolutnie ponad moje siły i że to wariactwo. Nigdy czegoś takiego nie robiłam. Tak racjonalnie rzecz ujmując, to nie miało prawa się udać (śmiech).

Co było do pokonania?

Na początek pływanie − 3,8 km w Jeziorze Żywieckim, potem 180 km na rowerze po górach, a następnie 44 km biegu pod Babią Górę...

Jak się pani przygotowywała?

Trenuję wszystkie trzy dyscypliny triathlonu − bieganie, rower i pływanie. Dodatkowo siłownia i ćwiczenia stabilizacyjne, żeby wzmocnić mięśnie przed takim ekstremalnym wysiłkiem. Moim trenerem był współorganizator Diablaka, więc on wiedział, „z czym to się je” i rozpisywał mi treningi. Planowo miałam sześć treningów w tygodniu. Starałam się realizować wszystko, choć nie zawsze mi się to udawało ze względu na obowiązki zawodowe, których jest niemało.

Nie mam wątpliwości − lubi się pani „katować” i jest nadaktywna. Nie mogła pani znaleźć lepszego tytułu dla swojej książki „Nigdy dość. Biorę z życia wszystko”.

Chciałabym coś najpierw wyjaśnić. Nie ja wymyśliłam tytuł i nawet nie ja wymyśliłam, żeby tę książkę napisać (śmiech). Gdy zgłosiło się do mnie wydawnictwo, to powiedziałam, że nie mam czasu pisać książki, bo mam za dużo innych zajęć. Pomyślałam też: „Co ja mam sama o sobie powiedzieć?”. Najtrudniej jest opowiadać o sobie, a poza tym wyszłabym na narcyza. Dlatego poprosiłam, żeby było to zrobione w formie wywiadu. Przeprowadzał go Kuba, który jest sportowcem, poznaliśmy się podczas maratonu warszawskiego. Rozumiał mnie świetnie, a nawet brał udział w moim treningu. Kiedy książka już powstała i pokazano mi tytuł, to rzeczywiście okazał się strzałem w dziesiątkę. Ja faktycznie „nigdy nie mam dość” i czasami sama się siebie obawiam.

Aż tak?

Kiedyś uważałam, że bieganie jest do bani, później zaczęłam biegać, a w zeszłym roku zrobiłam maraton. Ja nie mam limitów w głowie. Wcześniej niektórzy uważali, że nie uda mi się skończyć studiów prawniczych. Nie dość, że je ukończyłam, to jeszcze poszłam na aplikację, postanowiłam zdobyć tytuł radcy prawnego, a teraz jestem w trakcie pisania doktoratu. I tak jest w każdej dziedzinie, w której zaczynam działać. Jakby to patetycznie nie zabrzmiało − chciałabym czerpać z życia pełnymi garściami. Nikt z nas nie wie, ile dni mu jeszcze pozostało, więc chcę każdy przeżyć na tyle intensywnie i zgodnie ze swoimi marzeniami, na ile to się da. Ja nigdy nie mam dość. Dlatego tytuł książki jest w punkt, idealnie do mnie pasuje (śmiech).

To bardziej poradnik, motywator czy biografia?

Najbliżej jest biografii, ale mam nadzieję, że także motywatora. Zapewne można w książce znaleźć jakieś porady, chociaż nie chciałabym jej nazywać poradnikiem. Są tam odpowiedzi na pytania, które zadają mi ludzie, które można uznać za porady w danej kwestii. Przede wszystkim tą książką chcę pokazać, że jestem najzwyklejszą dziewczyną, która po prostu wierzy, że każdy z nas, gdy tylko chce i systematycznie dąży do celu, może spełnić wszystkie swoje marzenia. To książka o marzeniach i o tym, że upór, silna wola i systematyczność zawsze nas doprowadzą do celu.

A czy znajdziemy w niej przepis na to, jak rozciągnąć dobę, dopasowując ją do własnych potrzeb? Pani jest mistrzynią w tej dziedzinie.

Jak najbardziej, chociaż jest to bardzo trudne do osiągnięcia. Receptą jest robienie w życiu tego, co się kocha. Wtedy nie trzeba się specjalnie mobilizować, nie trzeba szukać motywacji gdzie indziej, tylko wygospodarować na to czas. Znalazłam takie rzeczy w moim życiu. Uwielbiam się rozwijać jako radca prawny, ogromną przyjemność sprawia mi gra w serialu „Na Wspólnej” i jak tlenu potrzebuję sportu. Wiem, że bez każdej z tych rzeczy nie potrafiłabym funkcjonować. I dlatego mam ogromną wewnętrzną mobilizację do tego, żeby znaleźć na nie czas. Poza tym odrzucam wiele propozycji, które po prostu nie są zgodne z moim stylem życia, z tym, co chciałabym robić. One by mnie spowalniały, a ja mam co robić. Wiem, jakie są moje priorytety.

Brała pani udział w kilku programach rozrywkowych, ale „Agent” był po prostu stworzony dla wysportowanej, ambitnej aktorki. Czy program spełnił pani oczekiwania?

O, jak najbardziej! To była wspaniała przygoda. Chętnie wzięłabym w niej udział raz jeszcze, nawet co roku mogłabym się zgłaszać do „Agenta” (śmiech). Choć oczywiście było ciężko na miesiąc zostawić wszystkie swoje obowiązki i tak to zorganizować, żeby wszystko działało, bo w niektórych miejscach jestem rzeczywiście niezastąpiona. Na szczęście się udało. Konkurencje, które mieliśmy, były wprost idealne dla mnie, tak że było to spełnienie moich marzeń.

Najfajniejsze wspomnienie z programu...

Na pewno jest to zejście z 70-metrowego budynku twarzą w dół, prostopadle do ściany. Po prostu mój wzrok był wbity w przepaść!

To był moment, kiedy się pani najbardziej bała?

Rzeczywiście, musiałam wtedy przełamać swoje lęki i nie zaprzeczam, że okrutnie się bałam. Właśnie dlatego jest to jednocześnie moje najpiękniejsze wspomnienie. Lubię stawiać sobie trudne cele, bo gdy uda mi się je osiągnąć, to mam wtedy ogromną satysfakcję. Jeśli chodzi o „Agenta”, to ten cel był dla mnie najtrudniejszy. W programie skakałam też m.in. na bungee, ale na bungee skakałam już wcześniej. Wiedziałam, z czym to się wiąże, że to nie boli, że to jest tylko jedna decyzja, wystarczy zrobić jeden krok, a wtedy rzeczy już się same dzieją (śmiech). Przy zejściu ze ściany wiele zależało ode mnie. To dłużej trwało, trzeba było zachować trzeźwość umysłu, mieć odwagę na całe 70 m. W dodatku na ostatnie 10 m trzeba było odskoczyć od ściany, oderwać się i zaufać osobie, która jest na dole. Czułam ogromną dumę, że to zrobiłam.

A czy była taka chwila, że żałowała pani, że bierze w tym udział?

Absolutnie nie! Ja niezwykle rzadko żałuję swoich decyzji, dlatego że od długiego już czasu są one zawsze przemyślane. Mam ten komfort w życiu, że wybieram to, co naprawdę chcę robić. Tak było też z programem „Agent”. Nikt by mnie nie przekonał w żaden sposób, jeżeli ja nie byłabym wewnętrznie przekonana, że chcę to zrobić.

Czego się pani dowiedziała o sobie albo o innych ludziach? Ktoś panią zaskoczył?

Sama utwierdziłam się tylko we własnych opiniach na swój temat. Było za to wiele zaskoczeń, jeżeli chodzi o inne osoby. Najbardziej zaskoczył mnie Michał Szpak. Przyznam, że się go obawiałam. Myślałam, że będzie to bardzo głośna osoba, taka diwa (śmiech). Myślałam, że się nie dogadamy, że to chłopak z zupełnie innego świata. Okazało się, że to przesympatyczny człowiek, który jest po prostu chodzącą muzyką i ma ogromny talent. W tym, jaki jest − a nie ulega wątpliwości, że jest bardzo charakterystyczny − jest całkowicie sobą, jest całkowicie prawdziwy. Ja takich ludzi uwielbiam.

Poza aktorstwem ma pani też inny fach w ręku. Jest pani radcą prawnym. Skąd ten wybór?

Wybór stąd, że już od 20 lat jestem aktorką. Oczywiście bez szkoły, bo zaczynałam jako ośmiolatka i nie dałabym rady skończyć wtedy szkoły aktorskiej (śmiech). Wiem, z czym się wiąże aktorstwo. Przede wszystkim z tym, że jestem bardzo subiektywnie oceniana i że jest to bardzo próżny zawód. Rodzice zawsze mi mówili, że mogę chodzić na próby „Fasolek”, mogę występować, jeździć na koncerty, jeżeli będę miała dobre oceny w szkole. Od samego początku byłam nauczona, że edukacja jest najważniejsza. Kiedy miałam decydować, jakie studia wybrać, to istniały dla mnie tylko dwa kierunki − prawo albo medycyna. Od zawsze stawiałam sobie poprzeczkę jak najwyżej. Uważałam, że nawet jak się nie uda, to nie będę potem żałować, że nie spróbowałam.

Medycyna odpadła w przedbiegach?

Poszłam nawet na kursy przygotowawcze z medycyny. Chciałam być chirurgiem dziecięcym. Moja mama jest położną, tata biologiem, więc jakieś tradycje rodzinne mam. Ale wtedy dostałam się do serialu „Na Wspólnej” i doszłam do wniosku, że medycyny z serialem nie połączę. Uznałam jednak, że przydałoby się wybrać coś humanistycznego, więc zdawałam na prawo. Absolutnie nie żałuję tej decyzji. Z drugiej strony jestem taką osobą, że gdyby teraz ktoś dał mi indeks na medycynę albo nawet na ASP, to znalazłabym tam taką dziedzinę, która mnie interesuje. Wszędzie bym się odnalazła.

Niektórzy aktorzy otwierają restauracje, a pani otworzyła kancelarię prawną. Zdarza się, że klienci proszą panią o autograf?

Nie, nie zdarza się. To jest zbyt poważny zawód, żeby ktoś się bawił w takie rzeczy. Klienci zazwyczaj nie dają mi do zrozumienia, że mnie poznają. No, chyba że są to osoby z show-biznesu, a bardzo wielu mam takich klientów. Dla nich nie jest to jednak żadna atrakcja, bo jesteśmy z tej samej branży (śmiech).

Niezwykle zajęta z pani osoba... Ma pani w planach jakiś odpoczynek, wakacje?

Zależy, jak kto rozumie wakacje. Ja nawet na wakacje zabieram rower, buty do biegania i każdego dnia robię trening (śmiech). Nie mogę jednak narzekać. W tym roku dużo podróżowałam. Dla mnie „Agent” był jak wakacje. Miesiąc w Afryce, bez mojego biurka, to już są takie wakacje, że do końca roku nie powinnam mieć nawet czelności myśleć o jakichkolwiek innych! Nie planuję wakacji ze względu na to, że pracy jest bardzo dużo. Zresztą nie potrzebuję nawet planować, bo gdy mam dzień czy dwa wolnego albo trafi się jakiś wolny tydzień, to pakuję walizkę i wyjeżdżam z dnia na dzień. Nie jest to dla mnie jakiś problem.

Joanna Jabłczyńska − aktorka, radca prawny i wielka miłośniczka sportu. Będąc dzieckiem, występowała w zespole „Fasolki”, telewizyjnych programach dla dzieci „Tik-Tak” i „Teleranek”. Największą popularność przyniosła jej rola Marty (kiedyś Hoffer, dziś Konarskiej) w serialu „Na Wspólnej”. Brała udział w telewizyjnych programach „Taniec z Gwiazdami”, „Jak Oni Śpiewają”, „Agent – Gwiazdy”. Prowadzi kancelarię prawną. Jej pasją jest sport, m.in. przebiegła maraton i ukończyła triathlon w Beskidach. W maju ukazała się jej biografia „Nigdy dość. Biorę z życia wszystko”.

Autor: Anna Komorowska

Komentarze

  • 2016-10-12 Monika

    Bardzo lubię Asię, jej postawa przekonała mnie do bardziej aktywnego trybu życia na co dzień, no i zaczęłam nawet dojeżdżać do na rowerze na uczelnię. Słyszałam o stacjach do naprawy rowerów (coś takiego http://biklo.pl/) dobrze byłoby aby na mojej trasie coś takiego powstało w razie potzreby napompowania koła czy broń boze jakiejs poważniejszej usterki