Jesień w kinie należy do niego

„Wołyń”, „Jestem mordercą”, „Prosta historia o morderstwie” – Arkadiusz Jakubik tej jesieni nie znika z ekranów kin, a dodatkowo sam pojawia się za kamerą. Z Arkadiuszem Jakubikiem, aktorem i reżyserem, rozmawia Anna Komorowska

Mam dwóch ulubionych aktorów − Mariana Dziędziela i pana. Zdaje się, że jesteście też ulubieńcami Wojciecha Smarzowskiego, bo często gracie w jego filmach. Ten reżyser robi tylko mocne obrazy, „nie bierze jeńców”. Zastanawiam się, jak się dochodzi do siebie po roli u Smarzowskiego?

Niełatwo. Wojtek ma swój bardzo rozpoznawalny charakter filmowego pisma. Świat, który kreuje w swoich filmach, jest do bólu realistyczny, a aktorzy grają na najwyższych diapazonach swoich emocji. Pamiętam, jak po „Domu złym” długo nie mogłem dojść do siebie, otarłem się wtedy o depresję. Aktorzy mają przerąbane. Proszę sobie wyobrazić, że aktor żyje w wirtualnym świecie filmu od chwili, kiedy dostaje scenariusz do ręki. Przez mniej więcej rok żyje emocjami swojej postaci, relacjami z innymi postaciami. Kocha, nienawidzi, płacze. Ten świat z czasem, zwłaszcza od momentu rozpoczęcia zdjęć, staje się namacalny, prawdziwy. I nagle przychodzi koniec zdjęć. I aktor budzi się w łóżku, a tego świata już nie ma. Jest pustka, którą ciężko jest czymś wypełnić. Na szczęście znalazłem receptę na „wychodzenie” z filmów. Trzeba mieć szybko następną rzecz w swoim kalendarzu, żeby mieć gdzie uciec z głową, a jak nie ma konkretnej propozycji, to samemu trzeba sobie coś wymyślić. Tajemnicą mojej dobrej kondycji psychicznej jest dobrze, ze szwajcarską precyzją zaplanowany kalendarz.

Ostatnio zagrał pan główną rolę w „Wołyniu” (reż. Wojciech Smarzowski – przyp. red.). Podobno do tego filmu ma pan osobisty, emocjonalny stosunek?

Moi dziadkowie od strony ojca, Aniela i Franciszek, uciekali spod Stryja w 1943 roku przed Ukraińcami. Pamiętam ich opowieści, jak przerażeni, głodni, bez butów i grosza przy duszy wysiedli z bydlęcych wagonów na pierwszej polskiej stacji w Krośnie, gdzie zaopiekowała się nimi jakaś obca rodzina Przewłockich. Pamiętam, jak potem dziadkowie zaprzyjaźnili się z nimi i mimo tego, że osiedlili się w Gliwicach, często jeździli do Krosna i zabierali mnie ze sobą. Ostatnio razem z całą moją rodziną pojechałem do Marysi Przewłockiej, córki rodziny, która wtedy zaopiekowała się moimi dziadkami. Chciałem bardzo, aby moi synowie usłyszeli z pierwszej ręki historię swoich pradziadków. Byli poruszeni.

Spróbował pan też swoich sił jako reżyser. Pana debiut reżyserski − „Prosta historia o miłości” − został entuzjastycznie przyjęty i otrzymał nominację do Orłów. Trochę czasu minęło, ale pojawił się kolejny film − „Prosta historia o morderstwie”. To kontynuacja?

Nie. Podobieństwo tytułów to przypadek. Taki żarcik powiedzmy. To dwa zupełnie różne filmy. Nic ich nie łączy. Poza osobą reżysera.

Dlaczego warto obejrzeć ten film?

„Prosta historia o morderstwie” to dramat obyczajowy ubrany w garnitur kryminalnego thrillera, gdzie dwie warstwy czasowe przenikają się wzajemnie. Dla inteligentnego widza to będzie ciekawa łamigłówka. Z jednej strony, w warstwie obyczajowej, oglądamy, jak syn próbuje chronić matkę i braci przed despotycznym ojcem, po czym zaczyna zdawać sobie sprawę, że upodabnia się do ojca. Druga warstwa narracyjna zaczyna się w momencie, kiedy tą policyjną rodziną wstrząsa tajemnicza zbrodnia, a syn staje się głównym podejrzanym o zamordowanie ojca. Ja szybko się w kinie nudzę, dlatego dopilnowałem, aby ta historia trzymała widza w napięciu przez półtorej godziny. Film ma wciągającą, mroczną, zaangażowaną społecznie fabułę. Jest świetnie zagrany przez znakomitych aktorów, między innymi Filipa Pławiaka, Kingę Preis i Andrzeja Chyrę. Myślę, że zrobiliśmy kawał dobrego, uczciwego kina o czymś.

Zmieńmy temat. Zawsze pan marzył, by zostać prawdziwym rockandrollowcem?

Marzyłem. I zostałem… (śmiech) Marzenia trzeba spełniać, tak czy nie? Tylko że dzisiaj już inaczej do tego podchodzę. Już nie mam takiego napięcia. To się po prostu dzieje. W czerwcu tego roku z kolegą Olafem Deriglasoffem uwolniliśmy w necie płytę „40 przebojów”, muzycznie totalny eklektyzm, od cyberpunka do electropopu, z tekstami Vargi i Świetlickiego, przy czym proszę sobie wyobrazić, że każdy z tych czterdziestu „antyprzebojów” trwa nie dłużej niż minutę… (śmiech) Można ten album legalnie i za darmo ściągnąć ze strony www.jakubik-deriglassof.pl. Muzyczna petarda. Do „Jesieni średniowiecza” po starej znajomości zrobił nam teledysk kolega Smarzowski. A z moim zespołem Dr Misio od ośmiu lat regularnie koncertujemy po całej Polsce. Właśnie nagrywamy trzecią płytę. Będzie zupełnie inna od tego, co do tej pory graliśmy. Naszych fanów czeka duża niespodzianka. To będzie dla nich szok.

Powiedział pan kiedyś, że nie można robić muzyki dla ludzi, że trzeba ją robić dla siebie i swoich kumpli. Myśli pan, że z takim podejściem płyty zespołu Dr Misio mają szansę zyskać status platynowych, czy wcale wam na tym nie zależy?

Nie zależy. Dokładnie. Robimy muzykę dla siebie i naszych kumpli. Kto się załapie na naszą energię, wrażliwość, poczucie humoru, ten jest z nami. Ten jest naszym kumplem.

Ale chciałby pan, żeby waszą muzykę „puszczano” w radiu?

Nie robimy muzyki dla kasy. Któryś z fanów napisał kiedyś na fejsie, że moment, kiedy Dr Misio trafi na listy przebojów, będzie końcem tego zespołu. Coś w tym jest.

To jednak byłoby coś, usłyszeć w drodze do pracy kawałek „Pies” albo „Życie”, zamiast gniotów o galopujących koniach i kinie w Kętrzynie.

Znam wielu fanów, którzy na okrągło słuchają w drodze do pracy naszych piosenek. Nie trzeba do tego wcale radia. Świata nie zmienimy. Jesteśmy poza mainstreamem. I niech tak zostanie. Dla nas najważniejsze jest to, że gramy to, co chcemy. To, co czujemy.

Na waszych płytach „Młodzi” i „Pogo" sporo jest tzw. ciężkich utworów. Śpiewacie o śmierci, przemijaniu, samotności, penetrujecie ludzkie wnętrze. Czy Dr Misio życie aż tak boli?

Boli. Ale nie użalamy się nad sobą. Mamy swoje lata. Parę cystern różnych płynów przejechało przez nasze stacje i swoje wiemy. Obserwujemy świat z dystansem i gorzką nutą cynicznej ironii, ale chcemy opowiadać o rzeczach istotnych. O tym, co boli. Zresztą czasem musi boleć.

W jednej z piosenek wyznaje pan, że jest stary, głupi, brzydki i kłamliwy. Szczere do bólu i takie życiowe, bo każdy z nas czasem tak o sobie myśli i ciąży nam ta świadomość. Pan może to z siebie wyrzucić, wykrzyczeć. Czy taka publiczna spowiedź pomaga?

Pomaga. Po każdej trasie wraca do domu grzeczny i wyspowiadany „misio”. Dzięki zespołowi bezobjawowo przechodzę kryzys wieku średniego, bo dla mnie każdy koncert to kanapka psychoanalityczna. Kiedyś po koncercie powiedział mi to Dawid Bieńkowski, znany pisarz, autor moich ulubionych powieści „Nic” czy „Biało-czerwony”, który na co dzień jest czynnym psychologiem i ma swój gabinet z taką kanapką… (śmiech).

Znakomity aktor, teraz też wokalista, ale nie wszyscy wiedzą, że w młodości miał pan zacięcie sportowe. Podobno brylował pan na boisku i miał spore osiągnięcia w lekkoatletyce.

O tak. W piłkę nożną mogłem grać 24 godziny na dobę. Dzisiaj zostało mi kibicowanie, a kibicem jestem prawdziwym. Dumnym ze zwycięstwa i wiernym po porażce. Na szczęście polscy piłkarze dają radę. A w lekkoatletyce pamiętam, że zdobyłem parę medali na wojewódzkich zawodach. Najlepszy byłem w skoku w dal, ale biegałem też na krótkich dystansach. Szybki byłem. To akurat mi zostało do dzisiaj… (śmiech)

Udział w półmaratonach czy triathlonie jest teraz bardzo modny wśród aktorów i celebrytów. Nie chciałby pan sprawdzić, czy nadal ma „żelazne płuca”?

Nie, dziękuję. Mam problem z „ucelebryceniem” tych dyscyplin. Niech sobie każdy uprawia sport, jaki chce. Ale po co robić z tego show? Ja regularnie z synem gram w squasha. Nie potrzebujemy do tego kamer.

To prawda, że w ping-ponga nie ma na pana mocnych?

Niezły jestem. Z moich sparingpartnerów tylko Smarzowskiemu czasem udaje się wygrać. No dobrze... Nie grałem nigdy z Grubbą czy Kucharskim, mistrzem świata nie jestem, ale daję radę… Jak ze wszystkim.

Dziękuję i życzę kolejnych wspaniałych kreacji aktorskich, reżyserskich sukcesów, no i następnej świetnej płyty.

Jestem przesądny, dlatego nie dziękuję, żeby nie zapeszyć...

Arkadiusz Jakubik – aktor, reżyser, scenarzysta teatralny, wokalista zespołu Dr Misio. Występował w Operetce Warszawskiej i Teatrze Rampa w Warszawie. W 2005 roku otrzymał nominację do Polskiej Nagrody Filmowej Orły za najlepszą drugoplanową rolę męską w filmie „Wesele”. W 2013 roku otrzymał Orła za najlepszą drugoplanową rolę męską w filmie „Drogówka”, a rok później w tej samej kategorii za film „Chce się żyć”. Jakubik zagrał też charakterystyczne role w filmach „Dom zły”, „Pod Mocnym Aniołem” i najnowszym „Wołyniu” – wszystkie w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego. W aktorskim dorobku ma też role w filmach „Jesteś Bogiem” i „Ojcze masz”, za które również był nagradzany. Ostatnio zagrał w filmie Macieja Pieprzycy „Jestem mordercą”. Aktor świetnie sobie radzi także po drugiej stronie kamery. Jego debiut reżyserski „Prosta historia o miłości” zdobył wiele prestiżowych nagród, a 21 października 2016 roku na ekrany kin wszedł kolejny jego film −„Prosta historia o morderstwie”. Żonaty z aktorką Agnieszką Matysiak, mają dwóch synów – Jakuba i Jana.

Autor: Anna Komorowska, fot. Krzysztof Wiktor

Komentarze