Tak, jak w znanej fraszce – nie cenimy zdrowia, dopóki trwa. Ale kiedy się zepsuje, walczymy z chorobą, uciekając się wtedy do każdego rodzaju pomocy.
Od zarania dziejów zdrowie było jedną z najważniejszych wartości. Tak ważną, że pojawienie się choroby uważano za karę bogów czy gniew opiekuńczych duchów. Dlatego w prymitywnych społeczeństwach starano się odegnać chorobę przy pomocy różnego rodzaju ofiar, składanych rozgniewanym bóstwom: czasem wystarczyło poderznięcie gardła kogutowi, czasem trzeba było poświęcić jakieś większe zwierzę. W „rozmowie” z gniewnymi duchami pośredniczyli szamani, którzy pomagali ludności określić, za jakie przewiny spadła na nich choroba i w jaki sposób trzeba za nią zapłacić.
Zioła, korzonki, napary
Często sama ofiara nie wystarczała – trzeba było oprócz niej przeprowadzić jeszcze różnego rodzaju rytuały, służące uzdrawianiu. Niektóre rzeczywiście miały sens, inne były - o czym wiemy dziś – kompletnie nieskuteczne, ale za to dawały poczucie obcowania z boskimi mocami i uczestnictwa w wiedzy tajemnej. Na wsiach można było znaleźć mądre babki, różnego rodzaju znachorki, zielarki czy zamawiaczki chorób, które „wiedziały” jak te rytuały powinny wyglądać i jakich rekwizytów należało użyć. I tak, aby wyleczyć chorego z róży należało ukręcić, a następnie podpalić lniane kulki - robiła to znachorka, odmawiając podczas zabiegu specjalne zaklęcia. Ten zabieg „wypalał” chorobę.
Nerwowe dzieci uspokajały zabiegi, polegające na przelaniu jajka przez miotłę lub lania wosku na wodę. Potłuczenia kurowano okładami z prażonego świńskiego gnoju. Ważne było także pozbycie się kołtuna – którego nie łączono z brakiem higieny, ale raczej z manifestacją bólu, pomieszania i nerwów. Ponieważ towarzyszył chorobie, nie wolno go było po prostu obciąć, ale przed zabiegiem trzeba go było koniecznie „zamówić”. A i wtedy usunąć można go było tylko w bezchmurny, majowy dzień, najlepiej wypalając.
Upuścimy trochę krwi…
Inną, bardzo popularną w dawnych czasach metodą leczenia była flebotomia, czyli upuszczanie krwi. Wielu dawnych „lekarzy” wierzyło, że choroby biorą się ze „złej krwi”, więc jej upuszczenie – czy to za pomocą nacinania nadgarstków, czy – łagodniej – przy pomocy przystawiani pijawek – miało pomóc w zmniejszeniu ilości tej „złej” i zmuszeniu organizmu, by wyprodukował więcej „dobrej”. Upuszczaniem krwi trudnili się specjaliści, wędrujący od wioski do wioski. Ich przybycie było tak ważnym wydarzeniem, że często nawet zdrowi ludzie ustawiali się do nich w kolejce, by nie przepuścić takiej okazji.
Dlaczego ludzie wierzyli w te wszystkie bajki? Ponieważ zależało im na zdrowiu, a zabiegi flebotomistów czy opowieści znachorek były wszystkim, na co mogli liczyć. Zresztą wiele zalecanych przez znachorów i zielarki recept wcale nie było niemądrych. Przygotowywali oni mieszanki ziołowe, napary i dekokty, naprawdę skutecznie pomagające w przypadku wielu chorób. Wiedzę swą zdobywali powoli, często eksperymentując na własnej skórze i swoich pacjentach. W sumie, obok dziwacznych metod leczniczych, wiejscy znachorzy posiadali naprawdę imponującą wiedzę na temat ziołolecznictwa.
Ale nie tylko na wsiach się nim interesowano. Ziołolecznictwo prężnie rozwijało się także w klasztorach, gdzie zwłaszcza benedyktyni, cystersi i augustianie zgłębiali tajniki działania roślin i klasyfikowali je w herbarzach. Od XVI wieku herbarze takie stają się coraz bardziej popularne, początkowo tylko po łacinie, z czasem też w języku polskim.
Tradycyjna medycyna
Wielu uczonych nie chciało patrzeć na choroby tylko jak na dopust Boży, upatrując w nich po prostu wadliwego funkcjonowania ludzkiego organizmu. Badania nad działaniem ciała, sposobami, w jaki to działanie może się „zepsuć” i metodami leczenia były bardzo popularne w wielu starożytnych kulturach – od starożytnych Chin, przez kulturę arabską, po dawnych Greków, którzy stanowili europejską czołówkę „badawczą”. Początki medycyny były ściśle związane z życiem religijnym, ponieważ leczenie było głównie domeną kapłanów, zwłaszcza wyznawców boga Asklepiosa (w wersji rzymskiej nosił on imię Eskulap). Nie pobierali oni honorariów za swą pomoc, ustanawiając obyczaj, że pomoc chorym jest obowiązkiem lekarza – choć trzeba przyznać, że prosili o datki dla samej świątyni.
Aby korzystać z Mojego Konta zaloguj się lub zarejestruj!
Zawsze najświeższe informacje! Nowe opinie na interesujące Ciebie tematy. Zapisz się na newsletter.