Żyję dla siebie

Chciałabym nie spalić się w miłości ani nie zagubić w oczekiwaniach i nadziejach. Staram się rozsądnie korzystać z życia i dbać o nie. Może to już taki wiek, w którym czas na równowagę.

Skąd zamiłowanie do sportu w pani życiu?


Już jako dziecko chodziłam z ojcem na mecze piłki nożnej. Tata w młodości sam również uprawiał sporty, m.in. boks i bieganie. Biega zresztą do dziś. Wychowywał mnie tak, abym nie była gorsza od chłopaka. Wspinałam się więc z kolegami po drzewach i skakałam po dachach. Zostałam też wychowana w duchu sportowym, jak większość dzieci w byłym ZSRR. Uprawiałam gimnastykę artystyczną, zajmowałam się pantomimą, tańczyłam, jeździłam na łyżwach. Grałam też w piłkę ręczną, ale niestety złamałam palec i przestałam. W tamtym czasie na Ukrainie na porządku dziennym było to, że dziewczyna jest zuchem.


Jakie dziewczyny spotkała pani w Polsce?


To pytanie zmusza do porównania, które ciężko jest przeprowadzić, bo jak przyjechałam do Polski, to były zupełnie inne czasy. Dziś wychowuje się głównie księżniczki, ale przecież na pewno nie zawsze tak było. Wątpię, że obecnie któryś polski ojciec powie do córki: jak cię ktoś uderzy, to musisz oddać. Mój tata tego, między innymi, mnie uczył.


Musiała być pani dzielna i już.


Dziewczyn wychowywanych tak jak ja było w tamtym czasie na Ukrainie sporo. Musiałyśmy być odważne. Z drugiej strony mój tata stawiał przede mną również bardzo ambitne cele, na przykład chciał, żebym została panią prokurator.


Ten zawód nie jest zbyt popularny.


Na początku myślałam, że żartuje, aż w końcu powiedział: „Wyobraź sobie, moje dziecko, że wracasz do domu. Przywozi cię kierowca czarną wołgą. Samochód zatrzymuje się. I co robi twój mąż? Otóż, twój mąż - jaki by tam nie był kozak - wygląda z dziewiątego piętra, bo my tak mieszkamy, i widzi: podjeżdża czarna wołga i wychodzi z niej żona. Co wtedy robi? Zasuwa na dół, by pomóc ci wyjąć zakupy czy bagaże. On nigdy nie zrobi ci krzywdy, bo wie, że wsadziłabyś go do więzienia, gdyby tylko na ciebie rękę podniósł". Zrozumiałam wtedy, że to nie żarty. Tata wiedział doskonale, że mnóstwo mężczyzn na Ukrainie pozwala sobie na zbyt wiele. Dlatego uczył mnie, żeby się nie dawać chłopakom, nie bać się i walczyć z nimi.


Czy taki zimny chów pomógł pani przeżyć zatrzymanie przez CBA?


Nie do końca. Z jednej strony uczono mnie walki, a z drugiej zaufania do ludzi. W całej sprawie z agentem Tomkiem to właśnie ta bezgraniczna ufność mi zaszkodziła. W Polsce dziś uczy się dzieci koncentracji na sobie i życia w strachu przed innymi ludźmi. Na Ukrainie wciąż jest odwrotnie - trzeba być przede wszystkim lojalnym, bronić innych do utraty tchu, a nawet ginąć za kolegów. Kiedy okazało się, że zostałam podstępnie oszukana i niesłusznie oskarżona, odchodziłam od zmysłów. Nie byłam w stanie zrozumieć jak człowiek człowiekowi może coś takiego zrobić. Nie mówiąc już o tym, jak państwo może w ogóle dopuszczać do tego typu sytuacji.


Ale dosyć szybko stanęła pani na nogi.


Jeśli ponad dwa lata to szybko... Walczyłam o sprawiedliwość, bo nikt inny by tego za mnie nie zrobił. Jakie miałam inne wyjście?


Czy ta trudna sytuacja panią zmieniła?


Zasadniczo nie, chociaż na pewno trochę mniej ufam dziś ludziom.


Skąd dziś bierze pani energię do działania?


Z miłości do życia.


A konkretnie?


Jak coś robię, to z pasją, entuzjazmem. Lubię być liderem, lubię tworzyć, budować.


Nie lubi pani być wykonawcą.


Nie. Z łatwością odnajduję się w nowych sytuacjach i niemalże od razu jestem gotowa do działania. Kiedy któregoś dnia przyszli do mnie tancerze z „Tańca z gwiazdami" i powiedzieli, że programu już nie będzie, ale oni chcieliby stworzyć własny projekt, jakiego jeszcze nie było i proszą mnie o pomoc, nie zastanawiałam się długo. Rzuciłam wszystko i zajęłam się produkcją spektaklu tanecznego. Nie rozmyślałam, czy mi to przyniesie pieniądze, czy nie. Działałam. Równolegle robiłam projekty czysto komercyjne, np. reklamy, bo przecież muszę z czegoś opłacić mój zespół ludzi i żyć. Nigdy nie zdarzyło mi się wstać rano i powiedzieć: „Jak mi się nie chce iść do pracy". Idę z radością.


Jest pani teraz zakochana?


Nie chcę używać wielkich słów i opowiadać o miłości czy moim partnerze. Jesteśmy sobie bardzo bliscy. Mieszkamy razem, troszczymy się o siebie, świetnie się rozumiemy. Umiem się dziś cieszyć drobiazgami. Miałam świetną szkołę w czasie przymusowego pobytu w domu. To było po aferze z agentem Tomkiem. Nie mogłam wyjrzeć przez okno, bo przy płocie czatowali paparazzi. Kiedy musiałam już wyjść z domu, było oczywiście jeszcze gorzej, nieraz odbywały się wyścigi po mieście, bo ze wszystkich sił chciałam ich zgubić i mieć trochę spokoju. Dzięki temu doświadczeniu nauczyłam się, że można się cieszyć naprawdę drobnymi sprawami, na przykład tym, że tulipan zakwitł w ogródku. On kwitnie bez względu na to, czy agent Tomek jest, czy go nie ma oraz bez względu na wszystkie inne otaczające nas okoliczności. Dziś to jest dla mnie najważniejsze - aby dostrzegać takie rzeczy. I aby nie bać się kolejnego dnia.


Miała pani takie lęki?


Oczywiście, wtedy bałam się, że nie zwrócą mi paszportu, wsadzą do więzienia i koniec. Miałam naprawdę okropne myśli. Na szczęście to już za mną.


Jak wygląda pani życie prywatne. Już nie pytam o tajemniczego mężczyznę u pani boku.


Wiadomo, że miłość jest najważniejsza. Poza tym codziennie muszę mieć kontakt z rodzicami. Lubię słyszeć ich radosne głosy w słuchawce. Nigdy nie zaczynają od narzekania. Mój ojciec wciąż przebiega codziennie 12 kilometrów, chociaż jest schorowany i nie przychodzi mu to lekko. Mam wspaniałą rodzinę, siedmioro chrześniaków i najlepszych przyjaciół. Wszystkim im jestem wdzięczna za wsparcie, jakie mi okazali w trudnych chwilach.


Miała pani depresję?


Typowa depresja mnie nie dotknęła. Ale miałam nerwicę lękową.

Z powodu afery z agentem Tomkiem?


Tak. Ale wcześniej miewałam już ataki nerwicy. Mój organizm tak reaguje na przeciążenie.


Jak sobie pani poradziła?


Wszystkie objawy minęły, kiedy postanowiłam żyć dla siebie.


Jaką ma pani metodę na gorszy stan ducha?


Świetnie robi mi aktywność fizyczna. Wysportowane ciało rzadko kiedy odczuwa niepokój psychiczny. Muszę jednak przyznać, że nie zawsze starcza mi czasu i siły na ćwiczenia. Regularnie ćwiczę tylko jogę, bo mogę to robić również w domu. Bardzo uspokaja umysł. Czytam również książki, które uczą pracy nad sobą, nad umysłem, duchem. Lubię m.in. Luizę Hay i Anthony'ego de Mello.


Czego się pani nauczyła z tych książek?


Że negatywne myśli zatruwają umysł i źle wpływają na kondycję ciała. Nauczyłam się je ignorować. Powtarzam sobie, że wszystko jest dobrze i to działa.


Chorowała pani kiedyś poważnie?


Miałam wycinany wyrostek. Byłam też w szpitalu z powodu angin ropnych. Generalnie jestem zdrowa, jedynie te anginy dokuczają mi co jakiś czas.


Czy pani słucha się lekarza, jak się przeziębi, i bierze grzecznie leki?


Chodzę do lekarzy, do których mam zaufanie, nie mam więc powodów, żeby nie stosować się do ich zaleceń. Bardzo ostrożnie podchodzę do antybiotyków. Jak mogę, to ich nie biorę.


Jak pani jeszcze dba o siebie?


Zdrowo się odżywiam. Nie lubię przesady, przesada może doprowadzić do fanatyzmu. Trzeba w życiu próbować wszystkiego, tylko z umiarem.


Ale chyba ta kupna kanapka, którą pani teraz je, nie jest taka zdrowa...


Jest, bo składa się z chleba na zakwasie, jajka i sałaty.


A to przepraszam. Czyli przywiązuje pani wagę do tego, co je?


Tak, mam swoje zasady. Na przykład nie łączę wielu rzeczy naraz, w jedym posiłku. Jeśli jestem na ognisku, gdzie jest kilka rodzajów kiełbasy i kaszanka, to wybiorę tylko kaszankę, bo jest ona zgodna z moją grupą krwi. Zresztą kasza gryczana z odrobiną krwi jest zdrowsza od każdej kiełbasy. Prawie nie jadam mięsa, ale czasami nie potrafię sobie odmówić słoniny. Zostało mi to z dzieciństwa. Na Ukrainie mówimy na to snickers: gruba kromka razowego chleba ze słoninką. W domu zawsze rano jem kaszę, warzywa i wypijam napój cytrynowo-imbirowy. Nie piję kawy, bo nie lubię. Nie jadam słodyczy. Nie znoszę czekolady. Od czasu do czasu robię sobie dietę przeczyszczającą.


Wychodzi na to, że pani dba o siebie.


Może i tak, ale powtarzam - bez fanatyzmu. Potrafię też nieraz zjeść coś ciężkostrawnego, albo napić się whisky na imprezie. I chociaż wiem, że na drugi dzień to odchoruję, to i tak uważam, że raz na jakiś czas warto.


A zwykły dzień zaczyna pani teraz jak, od gimnastyki?

Najczęściej od jogi.


Gdzie są pani źródła energii?


To ludzie, przyjaciele, dobre kontakty. Miałam ostatnio do wyboru: pojechać do Rzymu lub na wyspę wulkaniczną, gdzie nie ma nic oprócz paru domków, ale za to mieszka tam od kilku lat mój przyjaciel z rodziną. Wybrałam wyspę. Wiedziałam, że poznam prawdziwe życie poprzez ludzi, którzy są stamtąd i wolę to niż zasuwanie z mapą po Rzymie w poszukiwaniu Koloseum.


Woli pani towarzystwo ludzi niż przedmiotów...


Zdecydowanie. Wolę poznawać świat poznając ludzi, nawiązując nowe kontakty. Cenię też wszystkie moje stare znajomości. Dla przykładu: 10 lat temu zaprzyjaźniłam się z członkami artystycznej litewskiej drużyny piłkarskiej. Można z nimi konie kraść - to Wikingowie, honorowi, śmieszni, prawdziwi, a przy tym przystojni. Do dziś jesteśmy wszyscy w kontakcie, a raz na dwa lata spędzamy razem sylwestra. Jak pomyślę, że na planecie jest banda moich kochanych Litwinów, to od razu robi mi się ciepło na sercu. A takich osób mam więcej i to jest dla mnie budujące.


Słyszałam, że nie planuje pani swego życia. To prawda?

Dawniej musiałam mieć wszystko poukładane. Sztywno trzymałam się planu i nie przewidywałam jakichkolwiek zmian. Kiedy coś mi nie wychodziło, miałam do siebie żal i cierpiałam. W pewnym momencie swego życia zobaczyłam jednak, że takie skrupulatne planowanie nie ma żadnego sensu. Jak coś ma się zawalić, to i tak się zawali. Od tamtej pory żyję dniem dzisiejszym.


Jak można tak funkcjonować?


Jakieś tam plany oczywiście mam, ale są luźne i w większości krótkoterminowe.


W jakim jest pani momencie swego życia?


W pewnym sensie zaczynam je na nowo. Mam nadzieję, że w mądrzejszy sposób. Chciałabym nie spalić się w miłości ani nie zagubić w oczekiwaniach i nadziejach. Staram się rozsądnie korzystać z życia i dbać o nie. Może to już taki wiek, w którym czas na równowagę.


Czyli na co?


Warto mieć świadomość, że pomimo tego, że dziś jest tak, a jutro może być inaczej, wszystko jesteśmy w stanie przeżyć, jeśli tylko zachowamy spokój ducha. Trzeba żyć zgodnie z własnymi wartościami, działać według zasad i spać spokojnie. Przy tym wszystkim dobrze unikać skrajności - nie być Matką Teresą, ale też nie krzywdzić ludzi. Złoty środek.


Lubi pani jak jest ciepło...


Ogromną przyjemność sprawił mi dwukilometrowy spacer na spotkanie z panią. Rozkoszowałam się piękną pogodą i przyrodą, którą kocham. Moja mama jak widzi kwiatek, to też piszczy ze szczęścia. Kiedy jedziemy gdzieś samochodem, potrafi nagle krzyknąć: „Ojej, maki, maki, maki!"


Tak głośno?!


Ja też tak reaguję.

Autor: Barbara Jagas

Komentarze