Życie w podróży - rozmowa z Martyną Wojciechowską

Interesujący wywiad z Martyną Wojciechowską

Ile świata zwiedziłaś?

Mało i ciągle mam niedosyt. Byłam na wszystkich kontynentach, w sumie w ponad 70 krajach. Ale tak naprawdę jest to tylko mikroskopijna część tego, co można jeszcze zobaczyć! Myślę, że całego życia człowiekowi by nie wystarczyło, aby każde miejsce na Ziemi poznać chociaż pobieżnie.


Co robi kobieta na krańcu świata?

„Kobieta na krańcu świata” to program, w którym ja-kobieta pokazuję różne miejsca na Ziemi oczami kobiet-bohaterek mojego programu, którym przyszło żyć w danym zakątku globu. Pokazywanie wyłącznie krajobrazów i architektury jest już chyba mało atrakcyjne dla widzów, którzy sami coraz częściej zapuszczają się w dalekie zakątki świata. Wychodzę z założenia, że to ludzie są najciekawsi! Stojąc pod piramidami w Egipcie nie fascynuje nas przecież wyłącznie sterta kamieni, lecz zastanawiamy się nad potęgą ludzkiego umysłu i pracy włożonej w tworzenie takiej budowli kilka tysięcy lat temu. Staram się więc pokazać konkretne miejsce poprzez ludzkie historie.


Która z wielu bohaterek programu zrobiła na tobie największe wrażenie?

Historia boliwijskiej zapaśniczki, która raz w tygodniu za równowartość 10 dolarów walczy na ringu, bijąc się z kobietami i mężczyznami. Jadąc do Boliwii byłam przekonana, że walki, w których bierze udział bohaterka programu, Carmen Rojas, są całkowicie wyreżyserowane. Niestety, w każdej potyczce musi być kozioł ofiarny i element zaskoczenia. Tak się złożyło, że ofiarą została właśnie Carmen. Kobieta odeszła od męża, który ją bił. Aby utrzymać swoich dwóch synów, została zapaśniczką i o ironio, nadal jest bita, tyle że za pieniądze. Bardzo mnie poruszyła jej historia.

Drugą osobą, która została w mojej pamięci, jest 33-letnia filigranowa kobieta, matka trójki dzieci, wdowa, która pracuje na polach minowych w Kambodży, jako saper. Ona tak bardzo mi nie pasowała do tego brutalnego świata, w którym się znalazła, że nadal nie mogę przestać o niej myśleć…


W jaki sposób wpłynęły na ciebie historie tych kobiet, z których wiele musi walczyć o przetrwanie?


Powinnam powiedzieć, że przewartościowałam całe swoje życie. Jednak to nie do końca prawda… Problem polega na tym, że wracając do domu, bardzo szybko wtapiamy się w nasze realia i zapominamy o tym, co ważne. Zapominamy, że w czasie podróży obiecywaliśmy sobie, że teraz będziemy doceniać najprostsze rzeczy w naszym życiu, bo zetknęliśmy się z ludźmi, którzy po prostu walczą o przetrwanie każdego dnia. Taka już jest ludzka natura… Z pewnością jestem bardzo zachłanna na życie. Poprzez swoje podróże i powroty do domu uczę się jednak nie tylko dystansu i tolerancji, ale również staram się doceniać to, co mam. Kiedy mam ochotę zacząć narzekać, że nie mam siły, nie dam rady… to przed oczami stają mi moje bohaterki z programu – Carmen z Boliwii, So Tonh z Kambodży i… robi mi się wstyd przed samą sobą.


Często robimy wielki problem z niczego…

Człowiek wiecznie chce więcej. Z jednej strony to dobrze, bo w przeciwnym razie nadal mieszkalibyśmy w jaskiniach! Z drugiej strony – zazwyczaj, kiedy nasze podstawowe potrzeby są zaspokojone, to znów czegoś chcemy – a to kolejnego samochodu, a to nowego ubrania, inwestujemy w swój wygląd… Prawda jest jednak taka, że prawdziwym problemem jest choroba i zagrożenie życia, a cała reszta – jakoś się zawsze w końcu układa. To właśnie zrozumiałam podczas moich podróży „na krańce świata”.


Czego jeszcze nauczyły cię podróże?

Najważniejsza lekcja to tolerancja! Poza tym nauczyłam się cierpliwości, wytrwałości, drążenia tematów do samego końca oraz dystansu do siebie i świata. W dalekich zakątkach Afryki nie ma czegoś takiego jak pośpiech. Jest takie abisyńskie przysłowie, że „Bóg dał Europejczykom zegarek, a Afrykańczykom czas”. My, Europejczycy, jesteśmy stale w biegu. Kiedy zderzamy się z realiami np. Nairobi, pytając, o której odjedzie autobus, uzyskamy prostą odpowiedź: „Odjedzie, jak się ludzie zbiorą”. Jakie ma znaczenie, że autobus spóźni się o kilka minut, kiedy nie jest się więźniem czasu? Ale ja też nie potrafię żyć na takim „luzie”, choć czasami bym chciała (śmiech).


Jest coś, czego się boisz?

Najbardziej boję się oczywiście o swoją córkę. Boję się również samotności, bo często potrzebuję ludzi dookoła siebie. Jeśli natomiast chodzi o strach podczas moich wypraw, to… chyba po prostu nigdy się nad tym nie zastanawiam. Nie można zakładać, że coś się złego wydarzy, bo w takim układzie należałoby nie wychodzić z domu. Choć mówi się, że większość wypadków zdarza nam się właśnie we własnym mieszkaniu. Przy zachowaniu środków bezpieczeństwa ryzyko można jednak minimalizować. Prawdę mówiąc, bardziej boję się jeździć trasą katowicką, niż wspinać w wysokich górach.


A propos wysokich gór. Krótko po urodzeniu Marysi wybrałaś się na wyprawę na Mount Vinson na Antarktydzie. Dlaczego właśnie wtedy?

Marysia miała osiem miesięcy, gdy wyjechałam na wyprawę. Jej narodziny były dla mnie całkiem nowym doświadczeniem. Rozpędzony pociąg, którym było moje życie, nagle musiał wyhamować. Pewnego dnia poczułam, że muszę się przekonać, czy nadal jestem w stanie ten pociąg z powrotem rozpędzić. Było mi to potrzebne dla mojego zdrowia i równowagi psychicznej. Chciałam, aby Marysia miała matkę, która jest szczęśliwa i spełniona. Bardzo szybko podjęłam decyzję, zorganizowałam wyprawę i wyjechałam najszybciej, jak się tylko dało, aby nie mieć czasu na przemyślenia.


Nie tęskniłaś?

Refleksja przyszła, gdy byłam już na miejscu, a planowana na trzy tygodnie wyprawa zaczęła się przedłużać. Bardzo tęskniłam, ale nie było już odwrotu. Dziś uważam, że była to dobra decyzja. Marysia była pod świetną opieką swojego taty i babci. Ja zdobyłam górę, nabrałam wiatru w żagle. Dobrze poczułam się sama ze sobą i mogłam jej dać więcej z siebie. Po tym doświadczeniu głęboko wierzę w to, że nie warto rezygnować z siebie, że nie wolno rezygnować z pasji, że szczęśliwa mama, to także szczęśliwe dziecko.


Co zobaczyłaś obserwując matki i dzieci w innych kulturach?

Tamtejsze kobiety odwołują się do bardzo pierwotnych sposobów wychowywania. Kierują się instynktem i bardzo jasno stawiają granice. My żyjemy w zupełnie innej kulturze. Każda z nas dokonuje w życiu innych wyborów, często podyktowanych właśnie wymogami miejsca, w którym przyszło nam mieszkać. Ale jedno jest pewne – matki na całym świecie są w stanie zrobić wszystko dla swoich dzieci.


Czy córka odziedziczyła ciekawość i odwagę po swojej mamie?

Marysia przypomina mi młodszą wersję mnie samej, choć ja w dzieciństwie byłam podobno bardzo grzeczna i nic nie zapowiadało, że wyrośnie ze mnie taki zakapior. Marysia jest raczej moją miniaturką. Próbuje wszystkiego, nie boi się, gdy się przewróci, wstaje, otrzepuje i biegnie dalej. Jest radosnym i otwartym dzieckiem, które bardzo lubi kontakt z innymi.


Z wszystkich miejsc, które widziałaś, jakie chciałabyś pokazać swojej Marysi?

Gdy byłam w trzecim miesiącu ciąży, wspinałam się na Elbrus. Chciałabym kiedyś móc zdobyć tę górę razem z moją córką. Kiedy dorośnie, zabiorę ją do krajów, w których 14-letnie dziewczynki wydaje się za mąż bez ich wiedzy i woli. Chciałabym, aby wiedziała, jak ciężkie życie mają kobiety w Kambodży, Boliwii czy Namibii. Chcę, aby wiedziała, jak smakuje życie i mam nadzieję, że wyrośnie na stanowczą, mądrą i silną kobietę. To jej zadedykowałam moją najnowszą książkę „Kobieta na krańcu świata”.


Czy podczas podróży często spotykasz Polaków?

Nie ma takiego miejsca na świecie, do którego bym pojechała i nie natknęła się na Polaka. Drzemie w nas wielki potencjał podróżniczy, badawczy i eksploracyjny. Znam wielu Polaków, którzy bez grosza przy duszy przejechali cały świat. I to jest ich sposób na życie.


Chciałbyś mieszkać za granicą?

Kocham Polskę! Nie mogłabym stąd wyjechać na zawsze i zostawić moich znajomych i bliskich. Ale gdyby wszyscy chcieli się ze mną przeprowadzić, to chętnie przeniosłabym się do Afryki, np. do Kapsztadu. Klimat, widoki, ludzie, zwierzęta… Można nurkować, wspinać się. Choć tak naprawdę to nie wyobrażam sobie życia poza Polską. Tu jest mój dom, moja przystań i to miejsce kocham najbardziej.

Autor: Alexandra Machera

Komentarze