Zwyczajna dziewczyna

„Aktorstwo nie predestynuje mnie do tego, żeby czuć się kimś lepszym. Mam dystans do swojej pracy i wiem, co w życiu jest najważniejsze."  Rozmowa z aktorką Joanną Koroniewską.

Wiem, że do niedawna nie uprawiała pani sportu, a teraz słyszę, że pani biega.


Tak naprawdę zaczęłam biegać dlatego, że wszyscy znajomi z okolicy i przyjaciele to robili. Pomyślałam wtedy sobie, że nie mogę być gorsza. Po drugie, skończyłam 35 lat i doszłam do wniosku, że pora o siebie zadbać. Już wcześniej zresztą zauważyłam, że moje ciało się zmienia.


Nie bardzo rozumiem.


Spostrzegłam, że jest ono mniej sprężyste, czyli ujawniło się działanie tzw. siły grawitacji (śmiech).


No coś podobnego...


Tak, tak... A ponieważ ja uprawiam taki zawód, że moje ciało jest wizytówką, postanowiłam coś z tym zrobić. Wybrałam bieganie.


Brawo! Też jestem jego entuzjastką.


To się rozumiemy... Okazało się, że to najlepszy sposób na schudnięcie i dobry wygląd. Lepszy niż upiększanie się na siłę, czego nie jestem zwolenniczką.


Myśli pani o kosmetykach i tzw. zastrzykach młodości, które wygładzają zmarszczki?


Akurat używam dobrych kosmetyków. Natomiast na razie żadnego botoksu wstrzykiwać sobie nie chcę, choć wielokrotnie byłam do tego zachęcana. Może kiedyś będę musiała to zrobić, ale raczej się nie zdecyduję, ponieważ cenię naturalność. Uważam, że tylko wtedy kobieta jest naprawdę piękna.


Myślę podobnie... I co, zaczyna pani dzień od biegania?


Jest bardzo różnie. Przy mojej pracy i obowiązkach mamy nie zawsze mogę sobie pozwolić na taki komfort. Na przykład często biegam przed próbą w teatrze, gdy już odwiozę dziecko do przedszkola. Innym razem robię to wieczorem - po pracy. A kiedy wyjeżdżam z teatrem, to biegam przed spektaklem albo po nim.


Ile czasu poświęca pani na nową aktywność?


W tej chwili biegam 30-40 minut dziennie, czasem godzinę. Ale nie więcej. Biegam na małe dystanse, często po 5-10 kilometrów.


Wcale nie takie małe...


Ale przecież nie o to chodzi, aby ustanawiać jakieś rekordy. Przede wszystkim jest to ruch na świeżym powietrzu! A on nie tylko rzeźbi naszą sylwetkę, ale też fantastycznie nas dotlenia i odpręża, nie mówiąc już o tym, że wprawia nas w doskonały nastrój! To zupełnie coś innego niż bieganie na bieżni. Zaczęłam od marszobiegów i polecam je wszystkim na początek. Moje koleżanki mnie nie posłuchały i nabawiły się od razu kontuzji albo po prostu szybko się zniechęciły.


Co jeszcze - oprócz pięknej figury i dobrego samopoczucia - dało pani bieganie?


Mam dużo lepszą odporność! Naprawdę! Od czasu, kiedy zaczęłam się ruszać, przestałam się przeziębiać. A przecież wcześniej ciągle ktoś mnie zarażał jakimś wirusem. Proszę też pamiętać, że nie jestem typem kobiety, która zajmowała się sportem. Wszystko więc, co dobre, zaczęło się od biegania.


Ale teraz podobno zrobiła sobie pani przerwę, ze względu na kontuzję nogi na nartach.


To prawda. Chwilowo z biegania musiałam zrezygnować. Ale staram się jeździć na rowerku stacjonarnym i wykonuję inne ćwiczenia, ponieważ już teraz nie wyobrażam sobie dnia bez sportu.


Jest pani także narciarką?


Nie, jeżdżę po amatorsku. Tak samo nie jestem fanką jazdy konnej, a miałam takie zajęcia w szkole teatralnej. Bałam się zawsze, że koń może mnie ponieść, bo nie wiadomo, kiedy nagle się wystraszy, a ja przecież nie mam nad tym kontroli. Identycznie było z nartami, przecież zawsze mogą nam się nie wypiąć... i kontuzja gotowa. Z bieganiem jest inaczej! Tam wszystko zależy od nas. Uważam, że to jest bardziej bezpieczny sport.


Jak się do niego przekonać?


Do biegania wystarczą dobre chęci. No i oczywiście trzeba zrobić pierwszy krok. I - co ważne - mieć dobre buty. A także - co powtarzam - zaczynać od marszobiegu i niewielkich odcinków.


Teraz zapytam panią o dietę.


Dla mnie dieta zaczęła się po prostu od zdrowego żywienia. Wcześniej nie zwracałam uwagi na to, co jem, ale jak każda kobieta, od kiedy pamiętam, zawsze się odchudzałam. Naprawdę! (śmiech). Przy wzroście 170 cm ważyłam sześćdziesiąt parę kilo i byłam normalną, dobrze zbudowaną dziewczyną. Ciągle jednak wydawało mi się, że ważę za dużo. Ale im więcej nad tym myślałam, czego nie powinnam jeść, tym bardziej tyłam, bo po prostu byłam bardziej głodna i bardzo szybko nadrabiałam zaległości w schudnięciu. To było błędne koło!


Jak pani sobie z tym poradziła?


Zwyciężyła u mnie koncepcja „MŻ", czyli „mniej żreć" (śmiech). Poza tym zaczęłam jeść regularnie - pięć posiłków dziennie z przewagą owoców i warzyw, unikając fast foodów i przekąsek między nimi. Zrezygnowałam z tych wszystkich wafelków i ciasteczek, teraz piję soki i jogurty.


Kiedy zdecydowała się pani na te zmiany?


Od kiedy urodziło mi się dziecko. Wtedy też zaczęłam czytać o tym, jakie produkty zawierają np. glutaminian i azotyn sodu. Postanowiłam tego typu jedzenia unikać, także na byle jaki catering nie dam się namówić. Raczej staram się wybierać warzywa, owoce i mięso w sklepach ekologicznych. W opracowaniu zdrowego menu pomogła mi moja dietetyczka - Ania Jelonek. Jeśli tylko mogę, sama gotuję. A kiedy nawet wypadnie mi taki tydzień, że nie mam na to czasu, to korzystam z zaprzyjaźnionej firmy cateringowej „Zielony Widelec", co do jakości produktów której jestem pewna. I wtedy też jadam pięć razy dziennie.


Postawiła pani na regularne posiłki.


Od tego czasu lepiej się czuję. I naprawdę nie mam ochoty na podjadanie. Skończyły się także problemy z nadwagą. A jak niedawno skusiłam się na jedzenie typu fast food, to od razu źle się poczułam.


Nie pije pani także alkoholu?


Szczerze? Bardzo rzadko. Alkohol zatrzymuje wodę w organizmie. Mnie zresztą już po jednej lampce wina boli głowa. Może dlatego, że organizm po prostu nie jest przyzwyczajony do alkoholu.


Chyba też pani nie pali.


Owszem! Ale powiem pani, że paliłam i to naprawdę duże ilości papierosów. Jednak skończyłam z tym parę lat temu.


Jak to się stało?


Zrobiłam to na długo przed zajściem w ciążę. Potem - chociaż koledzy namawiali nieraz przed próbą lub premierą teatralną na dymka - nie skusiłam się, i już nie wróciłam do nałogu. Dlaczego? Bo zrozumiałam, że to nic mi nie daje. Dawniej paliłam dla towarzystwa i niby na stres. Ale to przecież były pozory! Papierosy wcale mnie nie uspokajały, może jedynie odwracały na chwilę uwagę, zajmowały ręce. Jednak powodowały, że byłam potem bardziej roztrzęsiona. Teraz jestem o wiele spokojniejsza i bardziej pogodna. Między innymi dzięki temu, że nie palę.


Co panią uskrzydla w życiu?


Moje dziecko i sport!


A odstresowuje?


Oprócz biegania, wanna z ciepłą wodą i dobra książka. Ostatnio czytałam „Bez ograniczeń" Chrissie Wellington. Cudowna lektura na temat odkrywania samego siebie. Polecam także „Dogonić Kenijczyków" autorstwa Adharanand Finn. To z kolei fantastyczna rzecz dla biegaczy.


Ma pani jakieś poranne rytuały?


Ucałować i przytulić swoje dziecko. Jestem przede wszystkim matką... Daleko mi do kobiety, która tylko myśli o sobie.


Niektóre z nas nie są w stanie wyjść na ulicę bez starannego makijażu i stylizacji.


Ja taka nie jestem. Zawsze zresztą byłam zwyczajną dziewczyną. I chyba taką pozostanę. Nawet w naszym środowisku, gdzie trzeba wspaniale wyglądać, być zawsze correct, nie staram się dostosować do tych wymagań. Co nie do końca odzwierciedla też moja rola w „M jak miłość", gdzie akurat kompletnie nie mogłam sobie pozwolić na bycie sobą. Dobrze więc, że chociaż w prywatnym życiu mogłam się od niej odciąć, bo jestem zupełnie inną osobą niż Małgosia z serialu.


Jak pani kończy dzień?


Najczęściej późno (śmiech). Ale po opowiedzeniu Janinie (córka Joanny Koroniewskiej - przyp. red.) bajki na dobranoc, biorę do ręki książkę i tak zasypiam. To jest oczywiście wersja optymistyczna, bo często jeszcze muszę popracować, przygotować się do roli, powtórzyć tekst, coś znaleźć na temat mojej bohaterki albo przygotować się do prezentacji.


Jak pani odpoczywa?


Oprócz czytania książek bardzo lubię chodzić do kina. Niestety, robię to rzadko ze względu na brak czasu. Dlatego oglądam filmy głównie w domu. Ostatnio jestem bardzo wciągnięta w serial amerykański pt. „Detektyw" z Matthew McConaughey. Najbardziej lubię amerykańskie seriale. W tym świecie pogoni za materialną stroną trzeba czasem pomyśleć o sobie...


Z natury jest pani optymistką?


Chyba nie. Często narzekam. Ale uważam, że od czasu do czasu trzeba coś wyrzucić z siebie, bo prędzej czy później odbije się to na zdrowiu. Co prawda, na szczęście rzadko można znaleźć prawdziwe historie z mojego życia na forach internetowych, ale o swoich kłopotach i cierpieniach mogę porozmawiać choćby z panią sklepową.


Jest pani osobą otwartą, to się czuje.


Tak. Chętnie rozmawiam ze wszystkimi ludźmi, dla mnie każdy jest ważny. Natomiast ludzie z mojej branży to najczęściej znajomi, nie przyjaciele (śmiech).


Jakoś nie zaszkodziła pani popularność i pozostała pani normalną dziewczyną.


Myślę, że w moim zawodzie po prostu trochę lepiej mnie widać, natomiast to nie predestynuje mnie do tego, żeby czuć się kimś lepszym. Aktor, owszem, czasem leczy duszę drugiego człowieka, ale mam dystans do swojej pracy. Wiem, co w życiu jest najważniejsze.


Z czym kojarzy się pani maj?


Maj kocham, bo w tym miesiącu się urodziłam. Zaczyna być wtedy ciepło, pozytywnie. Naprawdę kocham tę porę roku.


Autor: Barbara Jagas

Komentarze