Wyspa nadziei - rak szyjki macicy to nie wyrok

Kiedy Ida Karpińska w gabinecie ginekologa usłyszała diagnozę, niemalże krzyknęła: niemożliwe! To na pewno pomyłka!

Minęło ponad pięć lat od tamtego momentu. I choć jest już zdrowa, to na dobrą sprawę nadal każdego dnia nie tylko myśli, ale i dużo mówi o raku szyjki macicy. Będzie o tym myślała i mówiła jeszcze przez wiele, wiele lat. Może do końca świata i jeden dzień dłużej! Bo chce i musi.

– Codziennie na nowotwór umiera w Polsce pięć kobiet. Tym już nie pomogę! Ale kolejne dziesięć słyszy okrutną, jak wyrok, diagnozę i tym pomóc mogę! – mówi z wielkim zapałem. I szybko się poprawia. Liczbę pojedynczą zamienia na liczbę mnogą, bo choć to ona powołała do życia Ogólnopolską Organizację na Rzecz Walki z Rakiem Szyjki Macicy „Kwiat Kobiecości”, przecież nie jest w niej sama. Są dziesiątki kobiet, które dzielą się swym bólem, niepewnością i bezradnością oraz, co chyba najważniejsze, dodają sobie otuchy. A wokół nich krąży Ida, jak sam Anioł Gabriel, wraz ze swoimi wolontariuszkami, Aniołami Stróżami w damskich ciuchach.


Rodzi się kwiat

Na co dzień Ida ma wsparcie w dwudziestoparoletniej Ani Wieczorkowskiej, która dyżuruje w ich siedzibie, na warszawskich Bielanach. Sąsiadkami po prawej stronie są marymonckie Amazonki, po lewej – Akademia Raka. Takie wyspy nadziei, a one wśród nich.

Pomysł stowarzyszenia powstał przypadkowo. Najpierw był film dokumentalny. Ida po operacji i naświetlaniach, jak tylko lepiej się poczuła, wróciła do swojej ukochanej pracy. Jest wizażystką, zatrudniana jest przy sesjach zdjęciowych dla kolorowych magazynów i przy produkcji filmów.

– Mój kolega miał sprzęt do nakręcenia filmu, ale brakowało mu pomysłu. Więc pomyślałam, żeby zrobić o chorobie, która u nas, w Polsce, zbiera każdego roku „bogate” żniwo. A tak mało się o niej jeszcze wtedy mówiło. Znalazłam znajome ze szpitala, które przeszły to co ja. Dwie dziewczyny zgodziły się wystąpić przed kamerami. Trzy różne historie choroby wystarczyły reżyserce telewizyjnej Atenie Sawickis do nakręcenia dokumentu. Pracowaliśmy z przerwami, bo brakowało funduszy, ale już na początku zdjęć zrodził się pomysł na tytuł – „Kwiat Kobiecości”. To takie moje pierwsze skojarzenie. Spodobało się wszystkim.

W tym czasie do Idy odezwała się dziennikarka, która usłyszała o filmowym projekcie. Ukazał się wywiad, w którym Ida podała swój numer telefonu.

– Zaczął dzwonić coraz częściej. Kobiety z całej Polski miały do mnie pytania, setki pytań. Wtedy pomyślałam, że może założyć stowarzyszenie, usankcjonować to jakoś, mieć większe i bardziej profesjonalne szanse na działanie. Telefony były dowodem, że wszystkie te kobiety były w podobnej sytuacji, co ja. Nic nie wiedziały o chorobie, o jej przebiegu i leczeniu. Nie wiedziały też, jak mają po niej żyć. Jeśli przeżyją.


Nie zamierzam pisać testamentu…

Wszystko zaczęło się w 2003 roku. Pewnego dnia zadzwoniono do mnie z kliniki, w której robiłam parę dni wcześniej cytologię. Mam się pilnie zgłosić do lekarki. Cytologię robiłam regularnie, od chwili, gdy jako nastolatka pierwszy raz poszłam do ginekologa z mamą. Gdy weszłam do gabinetu, twarz lekarki, która znała mnie od lat, była zmieniona. „Mamy problem”, powiedziała. „Trzecia grupa, to może oznaczać raka”. Zaczęłam się śmiać: „To niemożliwe, czy ja wyglądam na kogoś, kto ma raka? Przecież dbam o siebie i regularnie się badam!”. Moja lekarka obstawała jednak przy swoim i wyznaczyła termin biopsji. Gdy wyniki potwierdziły jej przypuszczenia (RAK!), nadal uważałam, że to pomyłka. Postanowiłam szukać prawdy u innego lekarza.

Trafiłam do Centrum Onkologii. Tam potwierdzono diagnozę, ale zażądałam jeszcze jednej biopsji. Pobrano dwie próbki, a jedną z nich, korzystając z pomocy rodziny, wysłałam do analizy do Norwegii. Gdy nadeszły oba wyniki, już nie mogłam wmawiać sobie, że ktoś gdzieś popełnił błąd! Siedziałam wtedy na łóżku i po raz pierwszy płakałam… Właściwie to nie był już płacz, to był zwierzęcy niemalże ryk. Miałam 34 lat i nie zdążyłam jeszcze urodzić dziecka. Po paru dniach lekarz powiedział mi, że jeśli nawet zaszłabym w ciążę w tamtej chwili, to ani ja, ani dziecko, nie mielibyśmy żadnej szansy na przeżycie. Wszystko wydawało mi się wtedy bez sensu, bez wartości.


Operacja trwała sześć godzin, była bardziej rozległa, niż wcześniej planowano. Po kilku tygodniach mąż zabrał mnie do domu. Był dla mnie największym wsparciem od samego początku choroby. Z Wybrzeża przyjechała mama, która rzuciła pracę, dom, aby się mną opiekować. Była też siostra. Mimo bliskich osób czułam się czasem osamotniona w chorobie, o której przecież oni też wszystkiego nie wiedzieli. Internet nie zastąpi rozmowy z lekarzem, a na to tylko byłam zdana.

Przy kolejnej wizycie okazało się, że konieczna jest chemia i naświetlania. To było trudniejsze od operacji, zwłaszcza chemię źle znosiłam. Czułam się jak pakunek, który przerzuca się z miejsca na miejsce i nie bardzo widomo, dlaczego. Lekarze nie mają czasu, a może nie zawsze chce im się tłumaczyć, na czym polega terapia, co się dzieje z chorym w danym momencie, jak ma się on prawo czuć w danej chwili, a jak następnego dnia. Co robić?! Wyrzucają z siebie beznamiętne komunikaty, nazwiska lekarzy, numery gabinetów… Chory zostaje sam na sam ze swoim strachem, niepewnością. Poddaje się kolejnym zabiegom, nie wiedząc, co będzie po nich. Jest tyle niewiadomych, tyle lęku. Niektórych ten lęk zabija.

Jedynym źródłem wiedzy były inne pacjentki, ale ja na początku nie chciałam z nimi rozmawiać. Wręcz odwrotnie! Słuchawki na uszy, muzyka, pełna izolacja. To był błąd. Potem zaczęłam rozmawiać, a właściwie słuchać opowieści o tym, co przechodziły wcześniej inne towarzyszki niedoli. Niektóre z tych, które kończyły już leczenie, wpadały na chemioterapię elegancko ubrane, z pełnym makijażem, bo zaraz po zabiegu pędziły… do pracy. To one dodawały mi otuchy, mówiły jak będę się czuła na danym etapie terapii, co wtedy robić. Pomagało! I o dziwo, wkrótce i ja znalazłam się w sytuacji tej „najmądrzejszej”. To ja wlewałam w serca nadzieję tym, które przyszły po mnie, zaczynały dopiero leczenie i nic nie wiedziały.

Te wszystkie doświadczenia skłoniły mnie do szerszego spojrzenia na problem. Na własnej skórze odczułam, czego potrzebuje kobieta, która dowiaduje się, że ma raka szyjki macicy. Chcę im ułatwić przechodzenie przez chorobę, chcę, aby mogły znaleźć odpowiedź na wiele pytań, które jej towarzyszą. W szpitalu, nawet najlepszym, nikt nie ma czasu. Nawiasem mówiąc, wtedy w Centrum Onkologii był zatrudniony tylko jeden psycholog! A czasem wystarczy udzielić prostych informacji, by rzeczywistość stała się mniej stresująca.


Trudne pytania i odpowiedzi

Od czternastej w biurze „Kwiatu Kobiecości” (jedyna, spośród wielu organizacji użytku publicznego, która jest członkiem European Cervical Cancer Association ECCA), dyżuruje Ewa Siekacz, psycholog kliniczny, na co dzień pracująca z osobami onkologicznie chorymi i ich rodzinami. Odpowiada na dziesiątki maili, bo to najczęstsza forma kontaktu. Są też telefony, ale rzadziej. Telefon kosztuje!

– Trudno drogą internetową nawiązać z kimś odpowiednią relację. Nie mam szansy przytulić płaczącej dziewczyny czy pogłaskać jej po głowie… – wyznaje Ewa. – Ale dobre i to! Bardziej denerwuje mnie fakt, że zamiast pomagać kobietom przejść przez chorobę, muszę wyręczać lekarza i odpowiadać na wiele pytań, na które odpowiedzi nie otrzymały w gabinecie.

– Zawsze dużo mówię o konieczności przeprowadzania regularnych badań cytologicznych. To podstawa profilaktyki – wyjaśnia Ida. – Tłumaczę też, że czasem nie wystarczy samo badanie, ono musi być przede wszystkim prawidłowo przeprowadzone. Niech każda z nas wie, a nawet wręcz zapyta lekarza czy pielęgniarkę, czym badanie jest robione. Bardzo często wymaz pobiera się za pomocą patyczka z wacikiem na końcu. To błąd, powinny być do tego używane specjalne szczoteczki. Podaję wtedy swój własny przykład , bo przecież chodziłam regularnie na cytologię i zachorowałam! Dopiero później dowiedziałam się, że badanie, zwłaszcza źle zrobione, może nie wykryć nowotworu, jeśli wymaz pobrano z ograniczonego obszaru w szyjce macicy, tymczasem choroba rozwija się głębiej. Dziś wiem również, że gdybym nie chodziła na cytologię, nie byłoby mnie tu dzisiaj. To cytologia uratowała mi życie! Z tym rakiem można wygrać, ale trzeba tę walkę podjąć i wierzyć, że się uda. Tak jak mnie i wielu, wielu innym.

Autor: Olga Oswaldo

Komentarze

  • 2016-03-31 gość

    dolegliwości raka szyjki macicy