Wszystko zależy ode mnie - Olga Borys

Lubię siebie, naturę mam raczej dobrą. Jak próbuję zrobić coś złego, to natychmiast dostaję karę.

Czy po tak pięknym zwycięstwie w programie „Gwiazdy tańczą na lodzie" nie miała Pani ochoty wystartować w jakimś nowym show?


Przeciwnie. Na razie powiedziałam sobie: żadnego show. Mimo że nie mam nic przeciwko tego typu programom. Są teraz bardzo modne, jest to wręcz siła napędowa telewizji. Ludzie lubią decydować o losie innych, w tym wypadku nas, czyli gwiazd. Obecnie w programie „Gwiazdy tańczą na lodzie" prowadzę swój kącik plotkarski. Dzięki temu mogę się sprawdzić w nowej, innej niż aktorska, roli. Staram się przy tym stwarzać ciepłą, rodzinną atmosferę, bo przecież ja ich wszystkich znam, przyjaźnimy się, spotykamy na imprezach. Do maja na pewno będę się tym zajmować. Tyle mam wspólnego z show. I to wystarczy.


Warto było podjąć wyzwanie na lodzie? Wielogodzinne codzienne treningi, upadki, bolesne kontuzje...


Rzeczywiście, udział w programie „Gwiazdy tańczą na lodzie" był dla mnie wyzwaniem. Tak naprawdę, decydując się na występ w tym show, zaczęłam uprawiać sport ekstremalny. Codziennie budziłam się z jakimś bólem żeber czy kolan. Dwa tygodnie po zwycięstwie zdziwiłam się: Ojej, nic mnie nie boli (śmiech).


Czy to prawda, że w finale z poświęceniem tańczyła Pani z połamanymi żebrami?


Na szczęście nie było aż tak źle. Ból był potworny, ale pochodził od wielkich krwiaków, które umiejscowiły się pod żebrami. Jednak w pewnym momencie rzeczywiście się przeraziłam: „Co mnie tak boli?" Zrobiłam prześwietlenie i okazało się, że żebra są całe. Te krwiaki powstają pod wpływem uścisku, kiedy w tańcu łyżwiarz unosi partnerkę do góry, i przy piruetach, gdy partner chwyta zazwyczaj za żebra. Sławek łapał mnie w pasie, żeby nie sprawiać mi bólu.
Jednak łyżwy były dla mnie czymś zupełnie nowym. Wcześniej znałam je jedynie z wystawy sklepowej. Nawet na rolkach nie jeździłam, bo kiedy byłam młodą dziewczyną, panowała raczej moda na wrotki. Jedyny problem z utrzymaniem równowagi miałam tylko wtedy, gdy wkładałam szpilki. Choć łyżwy też udało mi się oswoić. I dzięki intensywnym treningom do tej pory mam fajną figurę (śmiech). Nadal od czasu do czasu bywam na lodzie i nie chcę z tego rezygnować.


Liczyła Pani na to, że po zwycięstwie w programie posypią się propozycje zawodowe?


Chyba jestem już na to za dużą dziewczyną. Znam mechanizmy, które rządzą moim zawodem. Wiem, jak wygląda show-biznes i jak wiele zależy od łutu szczęścia, od spotkania odpowiedniego człowieka do współpracy w odpowiednim czasie i miejscu. Byłabym naiwna, sądząc, że wygrana otworzy mi jakieś drzwi. Bo niby jakie? Do „Holiday on ice"? Czy że Coppola do mnie zadzwoni? To nie był casting do filmu, to był show. Zarobiłam przy tym pieniądze, pokazałam ludziom, co potrafię, sama sobie także coś udowodniłam. A reszta jest cały czas w moich rękach, czyli muszę brać udział w castingach, zdjęciach próbnych, uczestniczyć w różnych spotkaniach. Zwyczajnie szukać sobie pracy. Tutaj nic się nie zmieniło. Owszem, to miłe, że ludzie z branży doceniają moje zwycięstwo, gratulują mi. Czasami, jak słyszę, jakich rzeczy tam dokonałam, to sama w to nie wierzę (śmiech). Dowiedziałam się przy tym, ile podjęcie tak wielkiego wysiłku może oznaczać dla innych ludzi. Matka mojej koleżanki powiedziała tak: „Jak Borys wygra ten program, to ja wygram walkę z rakiem" Jak to usłyszałam, to aż mi łzy napłynęły do oczu.


To piękne, rzeczywiście. W ludziach budzi się wiara, kiedy widzą, jak inni walczą. Ma Pani tyle energii, prawdziwe żywe srebro. Trudno było Panią "poskromić" na lodzie?


Jestem obowiązkowa, za to mniej miałam w sobie dyscypliny. Zawsze ni się wydawało, że to domena sportowców, bo muszą się postarać, żeby: zawieść milionów kibiców, czy żołnierzy, którzy ponoszą odpowiedzialność za los innych osób. Ale na lodzie skupiłam się na słuchaniu Sławka i całkowitemu - na tyle, na ile jest to w moim przypadku możliwe - podporządkowaniu się mu. Mam rogatą duszę, to prawda, lecz na lodowisku byłam pełna pokory. Przyznaję, że kłóciliśmy się, bardzo żywiołowo dyskutowaliśmy, cały czas iskrzyło. Podejrzewam, że hasło „Zobacz, jak płonie lód" wpadło komuś do głowy po naszych treningach (śmiech). Gdy z lodowiska dochodziły wrzaski, był to dla wszystkich czytelny komunikat, że Borys z Borowieckim próbują...


A co dalej zawodowo?


Pojawiły się nowe propozycje, ale jeszcze za wcześnie, by o tym mówić. Na razie gram w teatrze w spektaklu impresaryjnym „Goło i wesoło" Ostatnio więc sporo wyjeżdżam na kilka dni. Po przedstawieniu, kiedy siedzę w hotelu i czytam książkę, tęsknię za rodzinką, ale to taki zawód. Czasami trzeba też wyjechać z domu, żeby zarabiać. A poza tym wszystkim tworzymy sympatyczną grupę, w której jestem jedyną kobietą, więc czuję się jak taki fantastyczny rodzynek w serniku (śmiech).


To normalne, że tęskni Pani za córeczką i mężem. Tym bardziej że Państwo bardzo czekali na upragnione dziecko.


Tak. Był czas, kiedy mówiliśmy sobie, jeszcze nie, jeszcze nie teraz. Zdawało nam się, że kiedy już zapragniemy dziecka i dojdziemy do wniosku, że jesteśmy na nie gotowi, to będzie natychmiast, jak pstryknięcie palcami. A tu przykra niespodzianka! Okazało się, że wcale nie. Jeszcze przez rok jakoś specjalnie się nie niepokoiliśmy, bo nadal nie byliśmy pewni, czy już jesteśmy dostatecznie przygotowani. Potem zaczęliśmy się trochę martwić, że ja mam już ponad 30 lat i co będzie, jak się okaże, że na przykład będę musiała poddać się leczeniu, które przecież może potrwać. Wpadłam w lekką panikę. Na szczęście okazało się, że po wyrównaniu hormonalnym wszystko wróciło do normy. Wreszcie wskaźnik ciążowy pokazał dwie kreski i było cacy!


Jak się Pani czuła w ciąży?


Samą ciążę wspominam cudownie. Chyba nigdy wcześniej nie czułam się taka piękna i fantastyczna, jak w tym czasie. I bezkarnie mogłam jeść wszystko, na co miałam ochotę. Co prawda przytyłam 25 kilo i przeistoczyłam się w smoczycę... (śmiech), ale co tam. Słuchałam swojego organizmu, który żądał ode mnie węglowodanów. A ja mówiłam: „Chcesz, to masz" Potrafiłam upiec pączki i naraz zjeść 24 sztuki. To samo było z pieczonym przeze mnie chlebem. Sama pochłaniałam cały bez trudu. Uwielbiam pierogi, ale zazwyczaj nie chce mi się ich lepić. Ale w czasie ciąży stałam i wytrwale lepiłam, ciesząc się już na samą myśl, że kilkadziesiąt z nich zaraz sobie zjem. To taniec na lodzie uratował moją figurę! (śmiech)


Jednak poród był podobno dla Pani trudny.


To prawda! Miałam już potworne bóle, a skurcze były cały czas bardzo słabe. Lekarze nie bardzo wiedzieli, jak reagować. W końcu podjęli decyzję o cesarskim cięciu. Ale teraz nic już z tego koszmarnego czasu nie pamiętam. To się nazywa amnezja poporodowa. Wiem, że coś się takiego działo, ale szczegółów sobie nie przypominam. Rozwój sytuacji znam głównie z opowiadań męża, który cały czas mi towarzyszył. Wydawało mi się, że mając tak straszne bóle, będę tam klęła, złościła się. A ja tylko skuliłam się w kąciku i płakałam przy tych skurczach z bezsilności i bólu. Właściwie żadnego głośnego dźwięku z siebie nie wydałam, jak taki mały biedny chomiczek. Mąż był bardzo wzruszony tym obrazkiem, który zobaczył, czyli mnie w postaci łagodnego elfa... (śmiech). To właśnie Wojtek nie pozwolił na zwiększenie mi dawki środka znieczulającego, bo mogłoby być już po mnie. W końcu nawet anestezjolog się przestraszył, bo miałam kilka wkłuć ze znieczuleniem w kręgosłup i nic nie pomagało. Wtedy zdecydował: „Natychmiast na stół!"


Czy widok córki zrekompensował cały tamten ból?


Kiedy tylko wyciągnęli mi Mirę z brzucha i pokazali, to Wojtek się śmiał, że ja instynktownie jak zwierzę zareagowałam, bo od razu chciałam ją dotknąć i pocałować. Nie miałam siły na najmniejszy ruch, a całą sobą jakbym mówiła: „Dajcie mi ją, to moje, moje... (śmiech). A ona od początku wiedziała, co i jak. Wie, kiedy ma spać, a kiedy jeść. A jak nie chce, to nie nalegam. To jest dziecko, które bardzo uważnie słucha swoich potrzeb i daje nam bardzo wyraźne sygnały. Nie zmuszam jej do niczego. Jest fantastycznym dzieckiem, nawet nie choruje. Katar miała chyba ze dwa razy, praktycznie żadnych przeziębień. Jest za to bardzo temperamentna...


Po mamie?


Chyba tak. Na razie nie chce mówić. Mówi tylko: „Myjka" na siebie oraz „Tata" na mnie i na Wojtka. Mam nadzieję, że w końcu zacznie mówić, bo na razie porozumiewa się z nami swoim językiem. Jest bardzo pogodnym dzieckiem, otwartym na ludzi, którzy zresztą do niej lgną. Całuje wszystkich, psa, telefon, co ma pod ręką. Bardzo kochana! To właśnie dzięki dziecku zmienia się sposób patrzenia na życie, nabiera się dystansu do wielu spraw. Oczywiście jesteśmy egoistami, ale trzeba sobie uświadomić, że to nas niszczy. Zwracamy uwagę tylko na siebie i bardzo się napinamy. A mając dziecko, wiemy, że warto dla niego pracować, podejmować jakiś wysiłek.



Myślą Państwo o drugim dziecku?


Tak, rozmawialiśmy o tym, ale nie do końca jesteśmy zdecydowani. W naszym zawodzie musimy się liczyć z tym, ze raz jest praca, raz jej nie ma. Decydując się na dziecko, mamy świadomość także obciążenia finansowego. Zanim Mirka pójdzie do przedszkola, szkoły, a chcemy ją dobrze wyedukować, na pewno czekają nas wydatki. Zobaczymy. To nie jest prosta decyzja. Na szczęście mogę liczyć na męża, jest nieoceniony. Gdybym wiedziała, że na przykład, kiedy ja pracuję, dziecko nie ma właściwej opieki, to nie mogłabym się skupić na niczym. Ale mamy także do pomocy nianię i, gdy ona przychodzi, Wojtek ma też czas dla siebie. Więc myślę, że udało się nam właściwie zorganizować życie rodzinne.


A jaka jest naprawdę Olga Borys?


Podobno nie lubi Pani porównań ze swoją bohaterką - Zuzią Śnieżanką - z serialu „Lokatorzy"? Śmieszy mnie, jak ktoś mówi, że jestem do tej postaci podobna. Owszem, jestem żywa, lubię się zgrywać i nie mam problemu, żeby nawet powygłupiać się ku uciesze kolegów. Lubię się z siebie śmiać. Byleby ktoś tego nie wykorzystywał, bo każda przesada jest niesmaczna. Z Zuzią było tak, że sprawdzałam - dzięki temu, że reżyser zostawiał mi pole do popisu - na ile wygłupów mogę sobie jeszcze pozwolić. Szłam na całość, nawet śmiech sobie wymyśliłam, tak zwany „tylny wciągany" Potem ktoś mnie prosił, niech się pani tak zaśmieje, więc rżałam jak osioł... (śmiech). Ale nadszedł w końcu moment, że pomyślałam sobie, że czas się odciąć od tej postaci, bo nagle dla nikogo nie miało znaczenia, że dostawałam nagrody za role dramatyczne w teatrze. Wszyscy widzieli we mnie tylko głupiutką Zuzię. A jaka jestem? Lubię siebie, naturę mam raczej dobrą. Jak próbuję zrobić coś złego, to natychmiast dostaję karę. Kiedy parę dni temu zrugałam taksówkarza, to natychmiast dostałam mandat za nieopłacenie parkingu (śmiech).


Trzeba być dobrym?


Nie każdemu to wychodzi. Trzeba działać w zgodzie ze swoją naturą. Tak przynajmniej jest w moim przypadku. Jestem bardzo otwarta do ludzi, lubię ich. Na wiele im pozwalam, ale staję się potworem, kiedy przekroczą cienką czerwoną linię. Wtedy chcę, żeby poczuli, że mnie skrzywdzili, i to mocniej, niż ja to odczułam. I tego sama w sobie się boję, muszę się wyzbyć tej cechy, bo to nie jest dobre. Ogólnie jestem pogodna, a moje motto brzmi: „Peace and love" chciałabym, żeby wszyscy się kochali, żeby było fantastycznie, miło. Tak mało mamy czasu dla siebie, ludzie tak szybko odchodzą. Nie zaganiajmy się w kozi róg, nie oblewajmy się pomyjami, nie wylewajmy żółci.


A nie miała Pani żalu do wykładowców, którzy wyrzucili Panią z wrocławskiej PWST? To musiało zaboleć.


Kiedy się dostałam na studia, miałam zaledwie 18 lat i byłam kompletnie niedojrzała. W rezultacie wyleciałam ze szkoły. Moja wizja tego, co chcę robić i jak w ogóle chciałabym żyć, nie pasowała do tego, co proponowano mi na uczelni. I wiem, że bardzo dobrze, że ten cios mnie spotkał. Bo ja siebie znam. Wiem, że jak dotknę dna, to natychmiast idę w górę, odbijam się jak piłka, natychmiast potrafię właściwie ocenić wiele spraw. Po tym, jak mnie po drugim roku wylano ze studiów, miałam pomysł, żeby zdawać na germanistykę. Ale Wojtek szybko mi to wybił z głowy. Pojechałam do filmówki do Łodzi i spotkałam się z Janem Machulskim, który przyjął mnie do szkoły i pozwolił poprawić drugi rok. To mój ukochany dobroczyńca, dzięki któremu skończyłam studia. Doceniam, że się wtedy nade mną pochylił, zainteresował moją sprawą, przyjął mnie z całą życzliwością i okazał mi zaufanie.


A jak można wyjaśnić, że dla Pani aktorstwo nie oznacza: „Mam dwie rączki, mam dwie nóżki, proszę ustaw mi paluszki"?


Od zawsze wiedziałam, co mi w duszy gra, że chcę być aktorką. Tradycyjnie: udział w szkolnych akademiach, recytowanie wierszy. Miałam w podstawówce kolegę, który nerwowo gryzł ołówki, kiedy ja zaczynałam recytację. Tak strasznie tego nienawidził, kiedy ja pełna natchnienia, z emfazą mówiłam wiersz. Ale tak naprawdę dopiero później uświadomiłam sobie, że artystką jestem ja. I wszystko zależy ode mnie: to są moje warunki, moja wrażliwość, moje ruchy i to ja muszę umieć nad tym panować, wiedzieć, gdzie co wyeksponować, gdzie co schować. To także kwestia indywidualności. Aktor powinien ufać reżyserowi, ale sam musi mieć coś do za¬proponowania.


Jak się Państwo lubią relaksować po trudach pracy?


Najchętniej byśmy więcej z małą pojeździli, pozwiedzali. Jednak jest problem, bo Mira ma potworną chorobę lokomocyjną. Już 10 minut jazdy samochodem kończy się zawsze w jednakowy sposób. Dlatego staramy się nie wyjeżdżać, chociaż ona bardzo lubi. Uwielbia towarzystwo ludzi, lubi inne dzieci, place zabaw. Miło spędzamy także czas w naszym domu, na luzie, w dresie, na przykład bawimy się razem, tarzamy się z dzieckiem i psem po podłodze (śmiech).


A co Pani planuje na wakacje?


Pojedziemy na urlop z mężem do Kanady, do naszych przyjaciół Borowieckich, czyli do Sławka z żoną. Ale bez Mireczki. Mała zostanie z moimi rodzicami. Już się boję do nich jechać, bo mój partner z lodowiska znowu mnie będzie terroryzował (śmiech). I\la pewno będzie mnie zmuszał do wysiłku, bo oni lubią aktywnie spędzać czas: a to skutery wodne, a to narty. Ja lubię aktywność sportową, ale nie do przesady, a tutaj obawiam się, że to będzie urlop pod hasłem: „Włóż łyżwy albo zgiń!" (śmiech).

Autor: Monika Sadowska

Komentarze