Wolę zacisnąć pasa i być w zgodzie z sobą

Uważam, że dobre rzeczy same do nas przychodzą w odpowiednim czasie. Szukanie sobie na siłę pracy, szukanie na siłę szczęścia powoduje, że czujemy się tylko sfrustrowani i nic więcej. Z Magdaleną Schejbal, aktorką, rozmawia Barbara Jagas.

Ja zaczynam dzień od roweru, a pani?


Super! Ja też bardzo lubię jeździć na rowerze. Ale jak ja zaczynam dzień? U nas to zaczynamy dzień od zbierania dzieci do przedszkola.


To chyba stawia na nogi...


Na pewno mnie rozkręca (śmiech). Wstajemy codziennie o 7 rano, w weekendy podobnie. Taki mamy rytm dnia. Stwierdziłam zresztą, że jak dłużej śpię, to gorzej się czuję. A gdy wstaję wcześniej, podnosi mnie lepsza energia, a potem jeszcze dzień mam dłuższy.


Czy dba pani o swoje zdrowie?


Oczywiście. Człowiek już nie ma dwudziestu lat, tak szybko się nie regeneruje. Dawniej mogłam chodzić przeziębiona przez dwa tygodnie, zarywać noce, i nic się nie działo. Teraz bardziej cierpię. Dlatego profilaktycznie biorę witaminę C i magnez, by ochronić się przed infekcjami, które dzieciaki ciągle przynoszą nam z przedszkola. A my jesteśmy non stop w dużym zgrupowaniu, jakim jest nasza rodzina.


Lubicie ze sobą przebywać?


Jesteśmy zintegrowaną rodziną i wszystko staramy się robić razem. Zresztą sprawia nam to ogromną radość. Razem spędzamy czas w domu, ale też razem gdzieś wyjeżdżamy - tam kąpiemy się, pływamy kajakami, chodzimy po górach i - jeśli jest taka możliwość - jeździmy konno.


To mi pani zaimponowała. Z małymi dziećmi tu i tam?


Bo my jesteśmy ruchliwą rodzinką i lubimy sportowe życie.


A jakie sporty pani uprawia?


Prawie wszystkie (śmiech). Dawniej pływałam wyczynowo - przez całą podstawówkę. Potem zamieniłam pływanie na jazdę konną. Dziś robię jedno i drugie, jeśli tylko znajdę czas. Podróżujemy rodziną po całej Polsce i wykorzystujemy różne plenery i miejsca, gdzie można pojeździć konno albo popływać. Zaglądamy do ludzi, którzy mają zwierzęta i kochają je. Zresztą lubię wieś i tzw. swojskie klimaty, życie blisko natury.


Moja sąsiadka prosiła, aby zapytać, czy kocha pani zwierzęta.


Ooo, jestem wychowana w takim domu, gdzie kocha się zwierzęta. Najpierw mieszkaliśmy w bloku, więc zaczęło się od kotów. A potem przyszedł do nas Oskar, wielki wilczur, niestety już nie żyje. Teraz mamy we Wrocławiu koty i nowego psa.


Mówi pani o domu rodzinnym.


Tak. Ale u siebie też mieliśmy psa! Niestety, na razie nie możemy być razem, bo nasz czarny kochany przyjaciel źle znosi nasze tempo życia. Na razie mieszka „u babci" i ma tam doborowe towarzystwo.


I co teraz?


Czas pokaże. Wszyscy bardzo tęsknimy za czworonogiem w domu.


Mam wrażenie, że lubi pani w życiu zmiany, te przeprowadzki i podróże o czymś świadczą.


Był taki czas, że dłużej niż tydzień nie mogłam usiedzieć w jednym miejscu, a to podróżowaliśmy, a to przeprowadzaliśmy się. Teraz trochę zwolniliśmy. Inna rzecz, że mogliśmy sobie na to pozwolić, mając małe dzieci. Czuliśmy się wolni...


To małe dzieci nie ograniczają wolności?


Wielu naszych znajomych tak twierdzi. Dzieci im przeszkadzają w różnych rzeczach, samorealizacji, podróżach itp. Ja tego nie rozumiem. Kocham swoje dzieci - być z nimi i dzielić się wszystkim, co mnie spotyka. One też. Jak muszę gdzieś jechać sama, bo nie da się inaczej, to widzę w ich oczach wielką rozpacz. I wtedy pęka mi serce.


Przypomnijmy, że dzieci mają 3 i 5 lat. Ale wystarczy o dzieciach, tym bardziej że obiecałam pani partnerowi, że nie będę o nie pytała. Tymczasem rozmowa - chciał nie chciał - wokół rodziny się kręci.


Wracamy wobec tego do naszego głównego tematu...


Chciałabym zapytać panią, jaką jest pani pacjentką, gdy choruje. A może pani nigdy nie była w szpitalu?


Oczywiście, że byłam, niejednokrotnie. Ja uwielbiam szpitale.


Co takiego?


Tak, to dobre słowo - uwielbiam. I zdarzyło mi się kilkukrotnie, że pobyt w szpitalu, kroplówki, doprowadziły mnie do stanu używalności. Mam duży respekt i szacunek dla lekarzy. Jestem bardzo pokorną pacjentką. Moje wizyty w szpitalu wspominam tak miło także z tego powodu, że mogę wtedy nadrobić zaległości w czytaniu.


Każdemu lekarzowi pani ufa?


Chciałabym, ale okazuje się, że nie zawsze można. W przeszłości zostałam źle zdiagnozowana. Stwierdzono u mnie guza piersi i w związku z tym wycięto mi węzły chłonne. Okazało się, że niepotrzebnie. Byłam już przygotowywana do brania chemii i radioterapii. Całe szczęście, że poszukałam konsultacji u innych lekarzy. Okazało się, że tamta diagnoza była błędna.


No coś takiego! Piszemy o tym?


Może tyle wystarczy.


Zbliża się brzydka jesień. Ma pani jakąś receptę na przeziębienie? Może leczy się pani herbatą z malinami?


Nie. Ja sobie robię inhalacje z roztworu soli fizjologicznej, kiedy tylko czuję, że coś mi jest.


Pomaga?


Zapadam dość często na infekcje gardła, krtani, oskrzeli, to schorzenia zawodowe. I takie inhalacje z soli są na to doskonałe. Tylko pod warunkiem, że się je stosuje regularnie.


Teraz zapytam o dietę. Zawsze o to pytam.


Nigdy nie byłam na żadnej diecie. Natomiast wszyscy lubimy dobrze zjeść. Nie jestem wegetarianką, ale rozumiem ludzi, którzy nie jedzą mięsa. Co to znaczy zdrowo jeść? Ja wychodzę z założenia, że nie można żyć tylko kiełkami i wodą mineralną. A my jemy wszystko! Zwracam tylko uwagę na jakość produktów, czytam daty ważności, skład. Naprawdę nie mam fiksacji na punkcie zdrowego i eko odżywiania się. Nie wydaję majątku na owoce goi czy kasze. Moje dzieci lubią kasze, to im robię, ale ja za kaszami nie przepadam. Mam uraz z dzieciństwa, pamiętam jak moja mama chowała garnek kaszy pod kołdrę, aby nie wystygła i nie zapomnę tego okropnego zapachu, który roznosił się po całym mieszkaniu. Nie liczę też nigdy kalorii. Chociaż bardzo szanuję moje koleżanki, które przychodzą z pudełkami sałatek do pracy i jedzą 5 razy dziennie. Ja tak nie mogę. Niestety jem na noc, jadam wieczorami.


Czyli: jem jak chcę.


Tak (śmiech). Ale myślę, że to się na mnie za chwilę zemści. Z drugiej strony wróciłam do sportu i chyba te nadwyżki w jedzeniu po prostu spalam.


Biega pani?


Nie, nie lubię. Te wszystkie maratony i siłowanie się ze sobą jest mi obce. Ale ćwiczę, nie zaprzeczę...


Ale wakacji w tym roku miała pani niewiele.


To prawda, pracowałam właściwie non stop. Byłam na planie filmowym „Blondynki", „Prawa Agaty" i przygotowywaliśmy premierę spektaklu Marka Rębacza „Podobno Marian", którą wystawiamy w Teatrze Nowym w Łodzi od października, a już graliśmy w Ciechocinku i Szczecinie. Do tego doszły jeszcze spektakle w stołecznym Teatrze Kapitol, gdzie gram w „Następnego dnia rano". Istny kociołek. Ale wykorzystywaliśmy każdą wolną chwilę, aby wyjechać i skorzystać z lata.


O czym jest sztuka „Podobno Marian" i kogo pani gra?


Spektakl jest o współczesnych Polakach, gram w nim główną rolę Basi, która na Podkarpaciu sama ledwo prowadzi pensjonat, ma kłopoty natury życiowej i finansowej, a na dodatek w wigilijny wieczór w jej progach zjawia się niespodziewanie trzech facetów...


Czy lubi pani tę rolę?


Lubię wszystkie swoje role, bo sama się na nie godzę, sama je wybieram i potem spędzam nad nimi i z „nimi" jeszcze trochę czasu. Żeby czerpać przyjemność i satysfakcję ze swojej pracy po prostu staram się polubić swoje postacie. Nigdy nie wezmę roli, która mi nie odpowiada... Co czasem kończy się tym, że nie ma kasy przez jakiś czas (śmiech). Mam kolegów, aktorów, którzy nie rozumieją takiego podejścia. Mówią, że jak jest praca (jakakolwiek), to trzeba ją brać, bo potem może jej nie być. Na szczęście nie wszyscy tak myślą.


W dzisiejszych czasach to chyba dość popularny pogląd. Chociaż z drugiej strony panią rozumiem.


Brać cokolwiek, aby parę groszy uciułać? To ja już wolę zacisnąć pasa przez chwilę, nie kupować dwudziestej ósmej pary butów, tym bardziej, że nie niszczę szybko butów, więc po co mi kolejna para, i być w zgodzie ze sobą. Uważam, że dobre rzeczy same do nas przychodzą w odpowiednim czasie. Szukanie sobie na siłę pracy, szukanie na siłę szczęścia powoduje, że czujemy się tylko sfrustrowani i nic więcej. A tymczasem trzeba dać „czas czasowi", szansę, aby samo coś się stało. Raz mi się tylko zdarzyło, że coś wzięłam na ślepo i... potem tego żałowałam. Więcej nie popełnię takiego błędu.


Zawsze mnie ciekawiło, jak to jest, że aktor, grając jakąś rolę, potem spokojnie wraca do swojej tożsamości i znowu jest sobą. Pytanie do pani jest takie: jak sobie pani radzi z wychodzeniem z roli i staniem się znowu Magdą?


Ja, grając jakąś postać, nie angażuję całej siebie tak na sto procent, zawsze część mnie pozostaje. Mam takie umiejętności, które pozwalają na to, by zżyć się z tą postacią, dać jej jak najwięcej z siebie, a także z innych źródeł, które wcześniej poznałam, ale nigdy nie jest tak, że zatracam się w roli bez pamięci.


Ale są reżyserzy, którzy prawie że zmuszają aktorów do tego.


Nie mam takich doświadczeń. Dotąd nie wymagano ode mnie, abym stawała się postacią na okres jej tworzenia, ani ja sama nie czułam, że rola tego wymaga. Nigdy jeszcze nie „utopiłam" się w roli. Ale nigdy nie mów nigdy. Może jeszcze trafi się rola, dla której zanurzę się po samą szyję?!


Lubi pani jesień?


Kiedyś najbardziej lubiłam wiosnę, teraz podobają mi się wszystkie pory roku, każda ma swój klimat. Uwielbiam też jesień, zwłaszcza tę wczesną, a w górach to jest obłęd - tam się wtedy robi cieplej, bo ziemia oddaje całe ciepło, jest bajecznie kolorowo i wszystko pachnie. A poza tym spokój, nie ma tego zgiełku, co latem.


Nie żałuje pani gór? W końcu mieszkała pani w Zakopanem przez kilka lat.

Nie, nie żałuję. Mam do kogo i czego wracać, mam do kogo i czego tęsknić... Zostawiłam tam cząstkę siebie. Lubię wracać do ukochanych miejsc.


Jesienne melancholie. Czy to pani coś mówi?

Ja miewam melancholię o każdej porze roku.


I co wtedy?


Co wtedy robię? Nic nie robię. To są takie momenty, kiedy można sobie powzdychać, popłakać, porozmyślać. I to jest OK. Przecież nie da się być cały czas radosnym. Potrzebujemy zmian nastroju, w ogóle przeżywania różnych emocji, na pewno w każdym razie tak jest ze mną.


Pani smakuje melancholię.


Tak jest. Ale nie rozsiadam się w niej, broń Boże. Jestem w niej tyle, ile potrzebuję. Potem delikatnie ją żegnam. Ale tak... lubię być sama i lubię swoją samotność. Zdecydowanie nie potrzebuję ludzi dookoła, aby dobrze się czuć. Tak więc melancholia jest częścią mnie i cieszę się na jej przyjście. Gdyby było inaczej, byłabym innym człowiekiem.


Zadam pani pytanie, które może się pani nie spodobać. Zobaczymy. Czy będąc dzieckiem znanych aktorów, nie porównuje się pani do rodziców?


Nie... Myślę, że także dlatego, że moi rodzice moment rozkwitu swojej kariery mieli w zupełnie innej „czasoprzestrzeni". Ta branża wtedy była inna, zawód inaczej się traktowało.


Bycie aktorem to było coś...


Trudno byłoby mi się porównywać, bo w dzisiejszych czasach zawód aktora uległ pewnej degradacji - sprowadzono nas do roli wyrobników, celebrytów. Natomiast świat, który reprezentowali i tworzyli rodzice, minął i bardzo mi go brakuje. Ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy ten zawód był ważny i szanowany, i traktowany z należytą estymą. Był potrzebny ludziom, by mogli coś przeżywać. A teraz nie wiem do czego służy... Odpowiadając więc na pani pytanie, powtórzę, że nie umiem się porównywać do rodziców, bo nie ma wspólnej skali. Mnie jest szkoda, mnie jest żal, że nie mogłam pracować w tym zawodzie 20-30 lat temu. Bo myślałabym o sobie inaczej...


Ostatnio była pani na planie serialu „Blondynka".


Pracowałam przez cztery miesiące: od czerwca do września. Grałam ponownie postać Jagny. Cieszę się, że mogłam spotkać wspaniałych aktorów, którzy zagrali również w tym serialu: Andrzeja Grabowskiego, Hanię Śleszyńską, Krzyśka Pluskotę, Krzyśka Gosztyłę, Krzyśka Kiersznowskiego oraz Izę Dąbrowską. Mogłam poobserwować, z jakim pietyzmem i uwagą przygotowują się, a potem bawią się tym, co robią.


Która z ról serialowych jest pani najbliższa?


W tej chwili już chyba żadna, one odeszły wraz ze swoim czasem.


Ale ludzie pamiętają „Kryminalnych" i komisarz Barbarę Storosz.


Właśnie mam w przyszłą sobotę zlot po latach „Kryminalnych" i fanów. Spotykamy się z widzami, fanami, którzy byli dziećmi, kiedy serial był na antenie, a teraz ci sami ludzie są dorośli, pokończyli studia. Pamiętam te wcześniejsze spotkania i zloty, na które przyjeżdżali rodzice z małymi chłopcami i dziewczynkami z całej Polski. Te dziewczynki są teraz wyższe ode mnie o głowę, niektóre spotykam na ulicy, mówią do mnie „Cześć, Magda", a ja ich nie rozpoznaję. Okazuje się, że całe pokolenie wychowało się na serialu, któremu poświęciliśmy pięć lat ciężkiej pracy.


Jakie ma pani plany zawodowe na najbliższy czas?


Planów nie mam żadnych. Dwa dni temu dopiero skończyłam próby do spektaklu. Odpoczywam, a potem ruszamy w Polskę.


A czego pani oczekuje, na jakie propozycje liczy?


Niczego nie oczekuję. Staram się sama powodować różne sytuacje, mam swoje plany, które już realizuję.


Założyła pani jakąś firmę, czy te plany dotyczą aktorstwa?


Też. Ale na razie nic więcej nie mogę powiedzieć.


OK, niech to będzie tajemnica, a ja pani życzę powodzenia we wszystkich pani przedsięwzięciach.

Autor: Barbara Jagas

Komentarze

  • 2016-03-31 gość

    "Dobre rzeczy same do nas przychodzą" pięknie powiedziane,lecz myślę,że czasem warto walczyć o swoje