Wojowniczka o szlachetnym sercu

Wielokrotna mistrzyni świata i Europy w kick-boxingu oraz boksie, pierwsza polska pięściarka zawodowa. Dziś nie walczy już zawodowo – jak mówi, teraz sport jest dla niej, a nie ona dla sportu. Startuje w maratonach i triatlonach, ma tytuł Ironmana. Zdobyła najwyższy szczyt Europy – Mont Blanc, była posłanką na Sejm RP, aktywnie wspiera wiele fundacji charytatywnych, a niedawno napisała autobiografię. Z twardzielką o miękkim sercu, Iwoną Guzowską, rozmawia Anna Komorowska.

Na rynku pojawiła się pani autobiografia – „Najważniejsza decyzja”. Jakie jest jej przesłanie?

Przesłanie jest proste – możesz wszystko! Dodałabym jeszcze, że to, co najważniejsze, najlepsze i najpiękniejsze, jest w każdym z nas. Nie trzeba tego szukać na zewnątrz, w sukcesach, w innych ludziach, ale znaleźć to w sobie. Wtedy wszystko inne się ułoży.

Jest pani sportowcem, nie pisarką, a jednak zdecydowała się pani napisać książkę samodzielnie. Skąd taka odważna decyzja?

Przede wszystkim nie wyobrażałam sobie, żeby najważniejsze dla mnie przeżycia opowiadał ktoś inny, kto zinterpretowałby je po swojemu. Poza tym było mi ciężko, po prostu nie mogłam się przełamać, żeby o niektórych rzeczach mówić komuś tak wprost. A kiedy siadłam do komputera i zaczęłam pisać, to znajdowałam odpowiednie słowa, wiedziałam, co chcę przekazać, i jakoś to poszło. (śmiech)

Ale obawy były?

No, oczywiście, że się bałam! Nie wiedziałam, czy umiem pisać, czy to, co napiszę, będzie wystarczająco wciągające, czy będę umiała przekazać emocje, zapach niektórych miejsc, ich klimat. Samo pisanie o sobie nie było natomiast trudne od strony pamięciowej. Wchodząc w niektóre sytuacje z przeszłości, miałam wrażenie, że byłam tam wczoraj. Pamiętałam wszystko doskonale i nie miałam problemu, żeby dokładnie to opisać. Dużo większy problem miałam z emocjami, które się przy tym pojawiały. Czasem były to trudne emocje, ale było też sporo radości i śmiechu.

Zdarzało się pani uronić łzę podczas pisania?

Zdarzało mi się wręcz zanosić od płaczu!

Ta książka to forma spowiedzi, oczyszczenia?

Myślę, że to bardziej wywietrzenie starych, zatęchłych pomieszczeń, za którymi już dawno pozamykałam ciężkie wrota. Gdy pootwierałam te drzwi na nowo, otworzyłam okna i wpuściłam powietrze, dobrze mi to zrobiło.

Co znajdziemy w książce?

Przede wszystkim życie. Drogę, którą musiałam przebyć, dużo trudnych decyzji, przed którymi stawiało mnie życie... no i konsekwencje tych podjętych przeze mnie. (śmiech) Jest w niej mnóstwo emocji, a także wiary w siebie i pięknych marzeń, które się spełniły. Nie zabraknie też sportu, który odegrał w moim życiu ogromną rolę. Czasami doprowadzał mnie do rozpaczy i łez, ale tak naprawdę uratował mi życie.

Co dał pani sport?

Przede wszystkim otworzył przede mną cały świat. Okazało się, że mając pasję i odwagę podążania swoją drogą, można osiągnąć jakieś kosmiczne sukcesy! A ci wszyscy ludzie, którzy dawno postawili już na tobie kreskę, patrzą na ciebie z zazdrością i niedowierzaniem – „Co? To ja, taki fantastyczny, taki lepszy, jestem tu, gdzie jestem, a ta znajda, córka alkoholika, jest mistrzynią świata i pokazują ją w telewizji?”. Oczywiście to żadna wartość, bo tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia, ale ten rodzaj satysfakcji z utarcia takim osobom nosa dał mi właśnie sport. Dzięki niemu weszło do mojego życia wielu pięknych ludzi, poznałam mnóstwo kultur, posmakowałam niezwykłych kuchni, zwiedziłam pół świata. Sport dał mi też szlif charakteru i kopniaka... i to nie raz. (śmiech) Sprawił mi sporo bólu, no ale dzięki temu czułam, że żyję.

Decydując się na samodzielne napisanie książki, po raz kolejny udowodniła pani, że nie lubi chodzić na skróty. W życiu też nie miała pani lekko. Był dom dziecka, później rodzina adopcyjna i choroba alkoholowa adopcyjnego ojca, a potem szybko została pani mamą. Niejeden by się poddał, ale nie pani!

Wielu ludzi ma bardzo trudne doświadczenia, ale nie potrafi sobie z nimi poradzić. Dlatego też postanowiłam napisać książkę, żeby im powiedzieć: „Słuchaj, ja też tak miałam”. Trudne doświadczenia nas kształtują i mogą nam dać dużo siły. Jeśli uporamy się z nimi i będziemy potrafili zostawić je za sobą, to pójdziemy przez życie dużo silniejsi i pewniejsi siebie. Ja absolutnie nie rozpaczam i nie podkreślam, jak to miałam ciężko w życiu, bo jest wielu ludzi, którzy przeszli istne piekło, i moje doświadczenia przy tym to „pikuś”. Najważniejsze jest to, co z tymi doświadczeniami zrobimy i jakie wyciągniemy z nich wnioski. Jeśli zaczerpniemy z nich siłę, to ona będzie potężna.

Skąd w pani ta determinacja?

Nie mam pojęcia, po prostu we mnie jest. (śmiech) Tak jak pani powiedziała – nie lubię chodzić na skróty. Ten, kto się poddaje, chodzi na skróty, nie robi nic, bo tak jest łatwiej. Dużo trudniej jest wziąć się w garść, kopnąć się w tyłek i ruszyć.

Po zakończeniu kariery nie zrezygnowała pani ze sportu. Postawiła pani na ten dla prawdziwych twardzieli i została triatlonistką. Na tym polu również ma pani sukcesy?

Tak, ale sukcesy już w tym momencie nie mają większego znaczenia. Dzięki Bogu, jestem już na takim etapie, że jak coś robię, to dla radości, nie dla wyników. Ja dla sportu już byłam, teraz sport jest dla mnie. Sukces to efekt uboczny, jeśli się pojawi, to super, ale najważniejsza jest sama radość. Czerpię ją z bycia na trasie, biegania, pływania... chociaż pływanie akurat lubię najmniej. (śmiech) Cieszy mnie pokonywanie swoich słabości i przebywanie wśród tych wszystkich zapaleńców, ludzi z pasją. Być na trasie razem z kilkoma tysiącami takich samych wariatów – to dopiero daje kopa i pozytywną energię. A jeszcze kiedy biegniesz i masz doping ukochanej osoby, to już w ogóle dostajesz skrzydeł.

Mówi pani o mężu?

Tak! Mój kochany mąż zawsze na trasie jest w tym miejscu, w którym najbardziej go potrzebuję. Dopinguje mnie wtedy: „Iwuś! Dajesz, dajesz!”. On wie, kiedy jestem wkurzona, bo nie mam siły, wie, kiedy lecę jak na skrzydłach, i to jest po prostu boskie! (śmiech)

Zdobyła pani nie tylko sportowe szczyty. Proszę opowiedzieć, skąd pomysł na zdobycie Mont Blanc?

Tu zadziałała chyba siła przyciągania, bo od kiedy pamiętam, zawsze marzyłam o tym, że fantastycznie byłoby wejść na jakiś wysoki szczyt. Góry pokochałam dawno temu, podczas mojego pierwszego zgrupowania w kick-boxingu w 1994 roku. Pierwszy raz byłam wtedy w Zakopanem i zakochałam się w górach. Po wielu latach nadarzyła się okazja, żeby spełnić marzenie o prawdziwej wspinaczce. Propozycję otrzymałam od ówczesnego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego. Powiedział, że prezydent Nicolas Sarkozy zaprasza po jednej przedstawicielce z każdego kraju Unii do wzięcia udziału w wyprawie na Mont Blanc. Miałam reprezentować polski parlament.

O co dokładnie chodziło?

Była to akcja zorganizowana z okazji obejmowania przez Francję (po Słowenii – przyp. red.) prezydencji w Radzie Unii Europejskiej. Nicolas Sarkozy uznał, że będzie to wymowne, jeżeli w nocy z 30 czerwca na 1 lipca (2008 roku – przyp. red.) Słowenia przekaże prezydencję na szczycie Mont Blanc. A ponieważ zbiegło się to z dwusetną rocznicą zdobycia Mont Blanc przez pierwszą kobietę, Marie Paradis, więc zorganizowano taką kobiecą wyprawę. Gdy minister Drzewiecki zadzwonił do mnie z tą propozycją, byłam w siódmym niebie i bez wahania się zgodziłam. Pamiętam, jak powiedział, że nie wyobraża sobie, żeby wysłać kogoś innego z parlamentu, bo zapewne umarłby po drodze. (śmiech) Na górze było fantastycznie, majestatycznie i zimno. (śmiech)

Dzięki temu, co pani przeżyła, może się teraz dzielić swoimi doświadczeniami z tymi, którzy też nie mają łatwego startu. Odwiedzając domy dziecka, ośrodki wychowawcze, daje pani ich podopiecznym nadzieję?

Ktoś musi w te dzieciaki wierzyć i dać im nadzieję. To, że znalazły się w takiej sytuacji, nie jest ich winą. Oczywiście, im starszy dzieciak, tym więcej decyzji podejmuje samodzielnie i świadomie. Tak więc świadomie nie chodzi do szkoły, popełnia jakieś przestępstwo, ale to się z czegoś bierze. Te dzieci nie mają poczucia własnej wartości, są niepewne i próbują jakoś przeżyć w trudnym środowisku. Nie są złe z natury, po prostu nikt z dorosłych nie pokazał im, jak można żyć inaczej, nie dał im wystarczająco dużo miłości i nie zadbał o nich jak należy. Najłatwiej jest kogoś skreślić, stwierdzić, że nic już z niego nie będzie i wyrzucić poza nawias. Odwiedzając je, chcę im przekazać, że wszystko, co najlepsze, jest jeszcze przed nimi. To chyba najpiękniejsza rzecz, jaką robię. Siła, którą daje mi doświadczenie sportowe oraz moje sukcesy, powoduje, że szybciej do nich docieram.

Zbliżają również podobne doświadczenia życiowe.

Tak. Kiedy im opowiadam, że miałam podobnie, to szczęki im opadają, słuchają mnie z ogromnym zainteresowaniem, wzruszają się. No i mówią mi, że zaczynają od nowa marzyć. I to jest piękne.

Czy w trakcie tych spotkań zdarza się, że opowiadają pani swoje historie?

Tak, bardzo się otwierają. Są to trudne historie, od których od razu mrozi mi się krew w żyłach i rodzi się we mnie wściekłość. Gdybym mogła, to sprawców tych wszystkich zdarzeń chyba powiesiłabym na suchej gałęzi. Te dzieci doświadczyły już tyle złego, że niejeden dorosły nie zaznał nawet jednej trzeciej tego, co przeszły. Mają za sobą twardą szkołę życia. Dlatego fajnie, że mogą spotkać się z kimś, kto osiągnął duży sukces, a wcale nie miał łatwiej. To dla nich taki pryzmat, przez który mogą spojrzeć na siebie i pomyśleć, że mają jeszcze całe życie przed sobą i naprawdę mogą zmienić swój los.

Czy pod wpływem spotkania z panią któryś z podopiecznych takiego ośrodka zaczął np. uprawiać sport?

Dotarła do mnie informacja, że po spotkaniu ze mną jeden z chłopaków zaczął trenować i został mistrzem Polski w kick-boxingu. To mnie motywuje!

Zbliżają się święta, a wiem, że lubi pani gotować. Co jest pani świąteczną specjalnością?

Robię pyszne pierogi z kapustą i grzybami, rybę po grecku, sama piekę też makowca. Mam też danie, które jest „pomiędzy”, czyli trochę wytrawne, trochę słodkie. To śledź w karmelu, którego już zamówił sobie mój mąż. (śmiech)

Zdradzi pani przepis?

No pewnie! Najpierw należy wypłukać śledzie matiasy, potem pokroić je na małe kawałeczki i ułożyć na półmisku. Na patelni z odrobiną masła i oliwy zeszklić cebulkę pokrojoną w cieniutkie talarki. Do tego dorzucić kilka goździków, jałowiec oraz koniecznie starty imbir i wszystko ładnie poddusić. Na suchej patelni zrobić z cukru karmel. Kiedy karmel będzie już płynny, trzeba go wymieszać z tą aromatyczną cebulą z przyprawami, a gdy przestygnie, polać nim śledzie. Ten zaskakujący smak jest przepyszny!

Jak pani spędza święta?

To w ogóle moje ukochane święta! Spędzam je z tymi, których kocham, w gronie najbliższych. Będą też moi cudowni teściowie. A najbardziej uwielbiam pierwszy dzień świąt. Wtedy robimy sobie taki piżamowy dzień i wszyscy chodzą w piżamkach, szlafroczkach, najlepiej takich ze świątecznym wzorem. (śmiech) Rano jemy sałatkę jarzynową, po południu jest makowiec z kawą, a w tle migocze choinka. Jest tak fajnie, bo możemy sobie poleniuchować. To są takie domowe, kochane, ciepłe święta.

To miły czas, ale niestety często czujemy się wtedy przejedzeni i ociężali. Ma pani jakąś receptę, żeby tego uniknąć?

Nie można się objadać do nieprzytomności. (śmiech) To ma być okres radosny i lekki, a nie kojarzyć się ze wzdęciami czy ciężkim, obolałym brzuchem. Jemy po trochu wszystkiego, degustujemy. A jak jest piękny śnieg, to oczywiście idziemy na spacer, rzucamy się śnieżkami i szukamy Rudolfa Czerwononosego. (śmiech)

Dziękuję za przemiłą rozmowę.


Iwona Guzowska – wielokrotna mistrzyni świata i Europy w boksie zawodowym i kick-boxingu. Po zakończeniu kariery na ringu została triatlonistką, biega i uprawia jeździectwo. Była posłanką na Sejm RP, od lat udziela się charytatywnie, a także wspiera podopiecznych domów dziecka i ośrodków wychowawczych, realizując program „Wygraj swoje życie”. Napisała autobiografię „Najważniejsza decyzja”. Prywatnie szczęśliwa żona i mama 25-letniego Wojciecha.

Autor: Anna Komorowska, fot. Szymon Szcześniak

Komentarze