Woda i wiatr są moimi sprzymierzeńcami

Choć uprawia sport, który przywołuje w nas romantyczne wizerunki odkrywców, Mateusz Kusznierewicz, jak sam o sobie mówi, jest twardo stąpającym po ziemi zodiakalnym Bykiem. Co prawda nie zaprząta sobie głowy horoskopami, chętnie jednak wspomina przeszłość. Doświadczenie bowiem, to jeden z jego ważniejszych życiowych drogowskazów.

Jak zaczęła się twoja przygoda z żeglarstwem?


Miałem dziewięć lat, kiedy rodzice, bez jakiś specjalnych powodów, wysłali mnie na obóz żeglarski. Takie dwutygodniowe kolonie nad Zalewem Zegrzyńskim. Tyle że ja od razu połknąłem bakcyla. Zaraz po tym obozie poprosiłem rodziców, żeby zapisali mnie na zajęcia w Yacht Klubie Polski w Warszawie. To było takie weekendowe pływanie. Z roku na rok żeglarstwo stawało się dla mnie coraz ważniejsze. W końcu stało się najważniejsze. To dyscyplina dająca niesamowite możliwości. Ja osiągnąłem sukces, trenując od dzieciństwa, ale są mistrzowie olimpijscy, którzy pierwszy raz na łódkę wsiedli w wieku 18, 19 lat.


Wróciłeś właśnie z regat, jak poszło?


Dobrze, tym bardziej, że byłem raczej na przeszpiegach. Regaty odbywały się w Anglii w Weymouth. Na tym samym akwenie w 2012 roku będziemy rywalizować na Igrzyskach Olimpijskich. Pojechaliśmy przede wszystkim po to, żeby go przetestować a jednocześnie trochę powalczyć. Razem z Dominikiem Życkim, z którym startuję na dwuosobowej łódce w klasie Star, wróciliśmy z dobrą, czwartą lokatą. Czwartą na tak zwanym remisie z trzecią, więc było blisko podium.


Rozumiem, że obecnie absolutnym priorytetem są dla ciebie Igrzyska Olimpijskie 2012. Pamiętam jednak, że planowałeś napisanie książki. To aktualne?


Nawet dwóch (śmiech). Tyle że teraz skupiłem się na sprawach biznesowych. Jestem zaangażowany w działanie trzech spółek, których mianownikiem jest oczywiście żeglarstwo. To naprawdę nie jest lekka praca. Co do książek - po prostu muszę znaleźć czas i przysiąść nad nimi. Pierwsza, ma opowiadać historię mojej przygody z żeglarstwem. Pojawi się w niej mnóstwo anegdot i przygód, o których nigdy nie opowiadałem. Tematem drugiej książki będzie marketing sportowy, w którym jak sądzę, osiągnąłem sukces. Chodzi o spojrzenie na te kwestię z perspektywy sportowca. Człowieka, który potrzebuje często ogromnych środków na uprawianie swojej dyscypliny.

Raczej nie liczysz na sportową emeryturę...


To nawet nie chodzi o finansowe zabezpieczenie. Ja lubię to robić. Lubię wyzwania i szybkie tempo życia. A nade wszystko lubię uczyć się nowych rzeczy, choć czasem nie mam już siły i padam ze zmęczenia.


Otwarta głowa, chęć poznawania nowych rzeczy. Czy to jest coś, co wyniosłeś z domu?


To właśnie rodzice rozbudzali moje zainteresowania. Posyłali mnie na mnóstwo dodatkowych zajęć, lekcje języków. Starali się pokazywać mi wszelkie możliwe sposoby na spędzanie wolnego czasu. Jeżeli nie wykazywałem większego zainteresowania daną dziedziną, szukaliśmy czegoś nowego. Nic na siłę. Jedyne, w czym musiałem wykazywać konsekwencję, to nauka w szkole (śmiech). Rodzice uświadomili mi również, że świat stoi otworem, ale kiedy już obierzemy pewną ścieżkę, to powinniśmy się jej trzymać. Doskonalić się w jednej dziedzinie. Ja akurat wybrałem żeglarstwo. Wykorzystałem szansę, talent, ale i zbieg okoliczności.


Żeglarz, który chce osiągać sukces, chyba niewiele czasu spędza w kraju?


Jeśli człowiek jest młody, jeszcze tego nie dostrzega, nie odczuwa rozłąki z rodziną. Z czasem staje się to coraz bardziej bolesne. Sprawia, że brakuje spokoju obcowania z ludźmi, których się kocha. Życie na walizkach jest ciężkie. Zdarzało się, że 280 dni w roku byłem w podróży. Teraz wcale nie jest lepiej. Może ludzie mieliby trochę więcej szacunku dla sportowców, gdyby zdawali sobie sprawę, ile wyrzeczeń - w wymiarze prywatnym - kosztuje sukces.


W tym kontekście rodzice czasem nie żałowali, że wysłali cię na ten obóz żeglarski?


Tata nie. On również żyje żeglarstwem, pomaga w moim sukcesie. Natomiast mama faktycznie nie miała mnie zbyt dużo w domu. Chyba jednak nie żałowali, bo czuję, że swoimi sukcesami sprawiłem im dużo radości.


Żyjesz bardzo intensywnie. Czy masz jeszcze czas na drobne przyjemności?


Nie bardzo, ale jeśli już, to uwielbiam wieczorem wyjść gdzieś na kawę i popatrzeć na ludzi. Zastanawiam się wtedy, w którym miejscu jestem. Staram się nabrać dystansu i zrelaksować. Poza tym… jestem spod znaku byka, mocno stąpam po ziemi.


Jak już tak zastanawiasz się nad swoim życiem, to myślisz o własnej rodzinie?


Tak. Myślę, że nadszedł już ten czas. Dorosłem do tego. Bardzo chcę założyć rodzinę, mieć dzieci...


W jednym z wywiadów przeczytałem, że na pewno będziesz miał córkę...


(Śmiech)To było wycięte z kontekstu. My żeglarze dużo czasu spędzamy w wodzie i w ten sposób wychładzamy swój organizm. Podobno mężczyzna, jeśli jest wychłodzony i później stara się o dziecko, to zazwyczaj ma córkę (śmiech). Dominik, z którym żegluję ma trzy córki. Powiedziałem taką ciekawostkę na jego przykładzie. Jego i innych żeglarzy, którym faktycznie rodzą się głównie córki. Później wyszło na to, że ja na pewno będę miał córkę.


Chcesz mieć dziecko i rodzinę. Wiesz, że wtedy będziesz musiał zrezygnować z wielu rzeczy…


Jasne. Zdaję sobie z tego sprawę i przyjmę to na pewno z pełną odpowiedzialnością.


Sukcesy sprawiły, że masz status gwiazdy, jesteś pożywką dla mediów. Jednak nie pokazujesz się w telewizyjnych show. Dlaczego?


Jako dwudziestolatek próbowałem swoich sił w takich przedsięwzięciach. Chciałem sprawdzić jak to jest. Teraz chyba z tego wyrosłem. Telewizja poszła w kierunku, w którym ja nie potrafię i nie chcę się odnajdywać. Czasem, kiedy włączam telewizor, wstydzę się za to, co widzę na ekranie. Za ludzi, których też znam. Widzom to się może podoba, natomiast ja nie muszę w tym uczestniczyć. Organizatorzy niektórych show używają przeróżnych forteli, żeby mnie namówić. To jest oczywiście bardzo miłe. Ale ja zawsze miło odmawiam.


Kolorową prasę ekscytuje twoja forma. Piszą, że się nie starzejesz. Jak to robisz?


Mam to szczęście, że uprawiam sport, który wymaga myślenia. Przed Igrzyskami w Atenach dwa lata spędziłem na intensywnej pracy z dietetykami, którzy wyjaśnili mi jakiego paliwa potrzebuje organizm, żeby działał sprawnie, szybko się regenerował i nie chorował. Jak przez dwa lata podporządkowujesz się ścisłym regułom, później staje się to nawykiem. Po pierwsze staram się dużo ruszać. Ciężko mi co prawda znaleźć motywację do systematycznej pracy na siłowni, ale za to gram w squasha, rano biegam po lesie, jeżdżę na rowerze. Jeśli chodzi o dietę, to piję dużo wody. Nie za dużo. To jest podstawa. Wodę wbrew pozorom też trzeba umieć pić. Nie za dużo naraz, ale często.

Posiłki dostosowuję do trybu dnia. Dwa razy w tygodniu jem na obiad mięso. Najczęściej jest to stek. Raz w tygodniu ryba. Także dużo warzyw i owoców. Jeżeli podjadam, to orzeszki. Unikam natomiast mleka. Żeby mieć pewność co do skuteczności mojej diety, cztery razy w roku robię badania krwi. Wtedy wychodzi, czego brakuje. Ewentualne braki uzupełniam suplementami. No i najważniejsze - nie jem zbyt późno. O ile możliwe, najpóźniej do osiemnastej. I nie chodzi nawet o utrzymanie wagi. Po prostu dzięki temu rano budzę się pełen energii i chęci do życia.


Na co dzień obcujesz z potężnymi żywiołami. Jaką stanowią dla ciebie wartość?


Woda i wiatr są moimi sprzymierzeńcami. Mam mnóstwo respektu dla morza i oceanu. Trzeba być ostrożnym. Bardzo lubię wodę. Dobrze się w niej czuję. To moje naturalne środowisko, ale mam... chorobę morską. Kiedy zaczyna mocno bujać, dajmy na to na promie, wtedy jest nieciekawie. Używam plastrów uciskowych. Receptura ze starej chińskiej medycyny. Na szczęście działa.


A czego boi się Mateusz Kusznierewicz?


Boję się burzy na wodzie. Kiedyś w Sydney widziałem na własne oczy jak piorun uderzył w łódkę. Przeszły mi ciarki po plecach. To przypadek niezbyt częsty, ale bardzo niebezpieczny. Mam również lęk wysokości, dlatego na przykład nie wchodzę na maszt. Może zabrzmi to dziwnie, ale na morzu boję się bardziej o sprzęt niż o siebie. Taki już jestem.

Autor: Michał Adaszewski

Komentarze