Wiosna idzie! ludzie, kochajcie się!

Od niepamiętnych czasów ludzie szukali środków, które mogłyby działać tak, jak to potrafiła tylko bogini miłości: budzić miłość tam, gdzie jej nie ma, rozpalać pożądanie miłosne tam, gdzie istnieje tylko obojętność, dawać rozkosz miłosną tam, gdzie panuje tylko nuda, stwarzać erotyczną przygodę tam, gdzie nie ma wyobraźni.

Ba! Łatwo powiedzieć! Gorzej może być tylko z „wykonawstwem”. Zwłaszcza ze strony panów. Toteż przewidująca amerykańska firma Pfizer zadbała o tę „stronę medalu” i wypuściła na rynek cytrynian sildenafilu, znaczy się viagrę. To lek z grupy inhibitorów fosfodiesterazy typu 5/PDE5/, stosowany w zaburzeniach erekcji. Prawda, jak to uczenie brzmi? Słyszałem nawet opinię, że to lek stulecia w XX wieku.


Rodzi się jednak pytanie, jak w tej męsko-damskiej kwestii radzono sobie 100, 200 czy 500 lat temu? Bo przecież tego rodzaju chęci nie były obce naszym przodkom. Jakie były środki, a więc ziółka, które pobudzały do wzniosłych uczuć, do miłości? Prawda jest taka, że na tej „specjalności” najlepiej znały się baby leśne, znachorki, wiedźmy, czarownice. A czy teraz mamy takie? Niektórzy twierdzą, że tak, choć ja mam co do tego nieco wątpliwości, ale … pomarzyć można.

Bardzo ciekawie te właśnie kwestie „międzyludzkie” ujął znakomity historyk medycyny, prof. Władysław Szumowski, pisząc o wiedźmach, o babach leśnych następująco:

„Czarownice (i czarownicy), jako postacie obdarzone intuicją i biegłością, otoczone urokiem tajemniczości i supranaturalizmu, bynajmniej nie są wyłącznie wytworem fantazji średniowiecznej”.

No, właśnie… Odznaczały się „biegłością” także w sferze miłosnej – jak wzbudzić miłość „tej czy tamtej boginki serca” czy u innego wybrańca zakochanej w nim kobiety.


Szumowski pisze:

„Obcując wciąż z przyrodą i z roślinami, którymi się żywiła, z czasem (czarownica – ma się rozumieć) nabierała tak wielkiej znajomości traw, ziół, korzeni, owoców, że ludność okoliczna do niej udawała się po poradę. W chorobie można było u niej dostać lekarstwo. Dawała również truciznę dla wroga, środek poronny dla niewiasty, która chciała się płodu pozbyć, dawała wreszcie ś r o d k i m i ł o s n e (podkr. – A.D.), żeby obudzić ogień miłości. I zjawiała się u czarownicy w chacie nawet pani zamku, może ta sama, która ją niegdyś sponiewierała, obecnie rozbierała się do naga i na jej pięknym ciele, gorejącym z miłości i wstydu, czarownica teraz ze złośliwym spokojem przygotowywała placek miłosny przeznaczony dla upragnionego kochanka, niezawodny, o tak, niezawodny, bo upieczony na ogniu rozkochanego żywego ciała (to według Micheleta)”.

A zatem mnie nie pozostaje nic innego, jak zabawić się w… czarownika i podpowiedzieć tym wszystkim, którzy mają „rozkochane żywe ciało” – jakim ziółkiem, korzeniem, miodem czy plastrem mogą „podbudować” wielkie swoje miłosne zachcianki. A zatem zagłębiam się w temat!

Jak się przegląda różne książki i wszelakie inne materiały o roślinach miłości , to czasami wręcz mózg „wyskakuje z zawiasów”, tyle tego jest. Oczywiście, nie sposób napisać tu o wszystkim ze względu na szczupłość felietonowego „metrażu”, ale o niektórych spróbuję.

Na występie wyjaśnijmy sobie tylko znaczenie jednego słowa, jakie znajdzie się w tym tekście, mianowicie: afrodyzjak. To środek specyficznie pobudzający seksualnie lub zwiększający doznania seksualne. A samo słowo „afrodyzjak” jest pochodzenia greckiego, powstałe na cześć Afrodyty, bogini miłości, która wyłoniła się z fal – naga, powabna, uwodzicielska, piękna i zmysłowa. To piękna mitologia, ale prawdą jest, że już od czasów starożytnych ludzie wiedzieli, co to miłość i pociąg seksualny. W końcu, spójrzmy prawdzie w oczy – gdyby nie te dwie „sprawy”, nie powstałaby LUDZKOŚĆ.

A jak komuś „mocy” zabrakło do uprawiania miłości, znaleziono i na to sposób. Od niepamiętnych przecież czasów słynny jest korzeń żeń-szeń, a ściślej wino z niego zrobione. I nie tylko ongiś, ale także dzisiaj wino z żeń-szenia w całej Azji Wschodniej cieszy się wielką popularnością (należy dodać, że w naszych polskich aptekach też nie brakuje preparatów z tym „ziółkiem”). Z kolei na subkontynencie indyjskim pierwszym afrodyzjakiem od dawna jest… haszysz. Wspominają o nim najstarsze pisma religijne. Wszędzie zaś tam, gdzie rosną konopie (indyjskie), dostawca haszyszu, zażywane były one dla spotęgowania doznań erotycznych. Co ciekawe, w świecie islamu używanie dawno wypróbowanych afrodyzjaków (jak konopie, opium czy bielunia dziędzierzawy) nie zostało wyklęte w procesie islamizacji. Wyznawcom Proroka dozwolone były rozkosze płciowe wszelkiego rodzaju. W średniowieczu natomiast powstały nawet liczne księgi poświęcone sprawom miłości, w których sławiono zalety afrodyzjaków.

No, tak, ale zejdźmy na ziemię. W Polsce takie środki, jak konopie, haszysz, opium itp. są prawem zabronione. Można pójść do ciupy za ich posiadanie, stosowanie, nie mówiąc już o polecaniu czy sprzedaży. Czyż byśmy zatem byli pozbawieni naturalnych środków miłosnych? Pewną nadzieję daje tu stary przepis Mosze Majmonidesa (1135-1204), żydowskiego filozofa, który w traktacie o obcowaniu płciowym odsłonił tajemnicę skutecznego przepisu:


Jest to cudowna tajemnica, która dotąd nie została przez nikogo spisana:

Weź jeden litr oleju z marchwi i rzepy, ćwierć litra oleju musztardowego, pomieszaj wszystko i dodaj pół litra żywych szafranoworóżowych mrówek. Postaw olej na cztery, siedem dni na słońcu. Potem można go używać. Nacieraj tym członek na cztery lub dwie godziny przed spółkowaniem. Obmyj go potem ciepłą wodą, a będziesz miał erekcję nawet po wytrysku!”.

Nigdy nie sporządzono do tego celu nic bardziej skutecznego.

Jak się orientuję – „marchwi i rzepy ci u nas dostatek”. Zresztą, nie tylko tych warzyw. Godzi się tu przypomnieć nasz ogrodowy lubczyk, kolendrę czy krwawnik, które działają pobudzająco. A także seler i słonecznik, które również nie są pozbawione „walorów” afrodyzjakowych.

Z takiego lubczyka – na przykład – oczywiście ze świeżego korzenia sporządza się napój, któremu nie może się oprzeć (podobno) nawet najbardziej oporna dziewczyna. Nic więc dziwnego, że roślina ta w Polsce uchodzi za symbol miłości.

A kolendra? Wszyscy wiemy, że to ceniona przyprawa. Jednak medycyna ludowa wierzy, że przywraca ona „siłę” osłabionym mężczyznom. A seler? To przecież w Europie jeden z najbardziej znanych afrodyzjaków. To niezliczone pieśni ludowe nawiązują do pobudzających siły miłosnych korzeni. A najlepiej konsumować go na surowo w postaci tzw. surówki; to właśnie ona podsyca (podobno) żar miłosny i wzmacnia odpowiednie organy w kacie miłosnym nieodzowne. A już śmiertelnie poważnie powiem: spożywanie surowego selera dodaje ciału sił i utrzymuje je w zdrowiu.

Jest zatem w czym wybierać i przebierać, nie popadając w kolizję z prawem. A w ogóle warto pamiętać o tym, że „od niepamiętnych czasów ludzie szukali środków, które mogłyby działać tak, jak to potrafiła tylko bogini miłości: „budzić miłość tam, gdzie jej nie ma, rozpalać pożądanie miłosne tam, gdzie istnieje tylko obojętność, dawać rozkosz miłosną tam, gdzie panuje tylko nuda, stwarzać erotyczną przygodę tam, gdzie nie ma wyobraźni”.


A ja liczę na Państwa wyobraźnię! Pozostaję do usług.

Autor: dr hab. n. farm. Aleksander Drygas

Komentarze