Wierzę w intuicję - wywiad z Iwoną Schymallą (część 1)

Iwona Schymalla do telewizji trafiła z konkursu. Szybko odkryto jej talent dziennikarski i prezenterski. Zaproponowano jej pracę w TVP1, gdzie pracowała jako prezenterka dnia. Prowadziła relacje telewizyjne wizyt papieskich i studio po śmierci Jana Pawła II. Widzowie cenią jej spokój i profesjonalizm. W roku 1998 otrzymała Wiktora Publiczności, natomiast rok później kolejnego dla najlepszej prezenterki. Jest autorką programu o zdrowiu „Od A do Zdrowia". Prowadzi program redakcji katolickiej „Między ziemią a niebem". W TVP1 prowadzi razem z Pawłem Pochwałą niezwykle popularny poranny program „Kawa czy Herbata". Natomiast w Radiu VOX wieczorny program publicystyczny.

- Ukończyłaś resocjalizację i socjologię, co skłoniło cię do wzięcia udziału w konkursie, w wyniku którego zmieniłaś zawód?


Wierzyłam w idee resocjalizacyjne i byłam przekonana, że mogę pomóc tym, których spotkały w życiu różnego rodzaju zawirowania. Skończyłam wielokierunkowe studia, a wiedza, którą na nich zdobyłam procentuje cały czas. Co prawda praca jako wychowawca mi nie wyszła, ale pracowałam trzy lata w instytucie zajmującym się badaniami nad trudną młodzieżą. Następnie jako wykładowca w Wyższej Szkole Pedagogiki Specjalnej, gdzie uczyłam socjologii. Okazało się jednak, że mój temperament nie odpowiada rytmowi pracy naukowej. Nie potrafię ślęczeć długo nad książkami i cierpliwie czekać na efekt tego, co robię.

Moja siostra podsunęła mi pomysł o wysłaniu konkursowego zgłoszenia na prezentera-dziennikarza telewizyjnego. Po wieloetapowej selekcji zostałam przyjęta. Zaczynałam swoją karierę od tzw. przynieś, wynieś, pozamiataj. Taki był początek mojej przygody z zawodem.


- Pamiętasz jakieś ciekawe zdarzenia z pierwszych swoich występów?


Po roku pracy zaproponowano mi prowadzenie programu pt. „Tylko w Jedynce". Byłam gospodynią całości. Nie prowadziłam rozmów publicystycznych, ale scalałam poszczególne elementy programu w jedną całość. To były początki widowisk telewizyjnych. Przypominam sobie, że chyba w drugim programie z tego cyklu zaproszono grupę polityków i rozgorzała między nimi bardzo ożywiona dyskusja. Ponieważ jako prowadząca miałam pilnować czasu programu, to zaproszeni goście w ogóle się tym nie przejmowali. Dyskusja trwała w najlepsze, a ja usłyszałam w słuchawce, że czas programu się kończy. Niestety, nie wiedziałam, jak mam przerwać tak ważną i zażartą rozmowę. W słuchawce słyszałam coraz bardziej ostre polecenia. Po przekroczeniu 5 minut czasu antenowego zaczęły się wrzaski pod moim adresem, a potem groźby. Tym sposobem zostałam chyba rekordzistką w „przewaleniu" czasu antenowego, bo udało mi się przedłużyć program o 10 minut.

Pamiętam, że po zakończeniu emisji, gdy wszyscy przyszli do redakcji, żeby na gorąco wymienić między sobą opinie o programie, nikt się do mnie nie odzywał. Było to dla mnie okropne przeżycie.


- A jakieś zabawne zdarzenia na wizji?


Nie zdarza mi się to, może na szczęście. Choć może powinnam wspomnieć o takich sytuacjach, gdy czasem pojawiają się w najmniej oczekiwanej chwili tzw. dziury w głowie. Mam kogoś przedstawić i nie pamiętam kto to jest, jak się nazywa i o czym mam z nim rozmawiać. Ale to są sekundy albo ułamki sekund i wszystko wraca na swoje miejsce. Być może są to chwile nie zauważane przez telewidzów, ale kosztują wiele stresu i, przynajmniej dla mnie, nie należą do zabawnych.


- Czy odczuwasz stres przed programem, a jeżeli tak, to jak sobie z nim radzisz


Myślę, że stres towarzyszy wszystkim, nawet takim artystom jak Zbyszek Wodecki czy Halina Frąckowiak. Nie wierzę, że z upływem czasu, nabytym doświadczeniem stres staje się mniejszy. Im dalej w las, tym trudniej. Tym większa odpowiedzialność za słowa, za to jak się zachowujemy, za popełnione błędy. Wpadka znanej osoby więcej waży niż osoby początkującej w jakimkolwiek zawodzie.

Na opanowanie stresu nie ma jednej metody, uniwersalnej recepty. Ja na przykład bardzo denerwuję się już na tydzień przed programem, imprezą, koncertem. Stres wręcz mnie paralizuje. Im bliżej danego wydarzenia, tym jest lepiej. Być może wynika to z tego, że staram się zawsze być dobrze przygotowana i panować nad materią . Czuję się też pewniejsza. Wiem, że nawet w trudnej sytuacji dam sobie radę i wiem jak ważne jest nie dać się zaskoczyć. Poza tym doświadczenie jest moim sprzymierzeńcem.


- Podobno masz jakieś żelazne zasady, którymi się kierujesz przed wejściem na wizję?


Trudno mówić o zasadach, ale wiem na pewno, że przed publicznym występem nie mogę jeść żadnych słodyczy czy czekoladek. Głos odmawia mi posłuszeństwa i mam zamazaną dykcję.

Zresztą tego rodzaju przypadki były opisywane w pamiętnikach sławnych aktorek. Gdy starsze, wytrawne aktorki chciały zrobić figiel swoim młodszym koleżankom, to przed wyjściem na scenę częstowały je czekoladą.


- Programy wolisz prowadzić sama, czy z kimś w duecie?


Jeżeli zasadą programu jest, że prowadzi go duet, to obie strony muszą siebie na nawzajem akceptować. W tandemie jedna osoba nie może kreować się na gwiazdę. \

Czasem zdarza mi się, że dostaję propozycję prowadzenia programu w parze z kimś kogo nie znam. To loteria. Jeżeli trafię na indywidualistę, to jasno ustalam reguły gry, żeby potem nie było nieporozumień. Jednak wydaje mi się, że umiem się dogadywać i dotychczas nie miałam jakichś przykrych doświadczeń.


- Co jest dla ciebie większym wyzwaniem: praca przed kamerą, radiowym mikrofonem czy konferansjerka?


Ze studiem telewizyjnym czy radiowym jestem oswojona. Chyba że wydarzenie, w którym uczestniczę jest tak ważne, że być może ogląda mnie w tym momencie 8 milionów ludzi. Tak było przy pielgrzymkach papieskich. Taka świadomość może sparaliżować. Jednak w tej chwili mój warsztat dziennikarski pozwala zatuszować pewne nieprzewidziane wpadki lub niedociągnięcia.

Radio jest trudnym medium. Przy ograniczonych środkach wyrazu (tylko głos, dźwięk) musimy przekazać treść w taki sposób, aby słuchacz nie tylko nie odszedł od odbiornika, ale chciał znowu powrócić. Poza tym każda przerwa, czy wpadka jest słyszalna i trudno ją zniwelować uśmiechem, wyrazem twarzy, gestem.

Największym wyzwaniem dla mnie jest występ na żywo przed publicznością. Gdy wychodzę na scenę i widzę tyle osób wpatrzonych we mnie, to jest chyba najtrudniejszy moment. Do tych sytuacji jeszcze się nie przyzwyczaiłam i nie oswoiłam ze sceną.


- Jaki wywiad, program, audycja sprawiła ci największą satysfakcję lub radość?


Najtrudniejsze, ale najbardziej satysfakcjonujące były wszystkie relacje z pielgrzymek Jana Pawła II do Polski. Szczególnie pierwsza pielgrzymka była dla mnie ogromnym wyzwaniem, ponieważ nigdy do tamtej pory nie było takich doświadczeń. Wtedy zdałam sobie sprawę, że każdy gest, słowo ma odpowiednią wagę.

Oczywiście każda następna pielgrzymka była kolejnym moim doświadczeniem i było mi troszkę łatwiej, choć odpowiedzialność pozostawała taka sama. Oczywiście najtrudniejsze emocjonalnie było prowadzenie studia po śmierci Papieża. Emocje były tak duże, że wiedziałam jedno: Nie mogę patrzeć na materiały archiwalne.

Byłam pewna, że nie mogę sobie przypominać tego wszystkiego, co było związane z Papieżem. Gdybym spojrzała w monitor to totalnie rozkleiłabym się i zawaliłabym cały program. Mogłam czytać teksty, rozmawiać z gośćmi, bo w warstwie werbalnej nie działało to na mnie tak jak obraz. Natomiast wszystkie filmy, które były emitowane podczas programu przesiedziałam patrząc w kartki.


- Prowadzenie programów religijnych wynikło właśnie z tego, że sprawdziłaś się w czasie relacji związanych z Papieżem, czy z twoich wewnętrznych potrzeb i przekonań?


To stało się przypadkiem. W 1997 roku Bogdan Sadowski, który był wiceszefem redakcji katolickiej, zaproponował mi prowadzenie pierwszej pielgrzymki Papieża. Byłam tak zaskoczona tą propozycją, że poprosiłam o dzień do zastanowienia. Po pierwsze wydawało mi się absurdalne, żebym to ja się tym zajęła, bo nie miałam żadnego doświadczenia w takich relacjach. Po drugie była to pierwsza tak czasowo rozległa transmisja na antenie telewizji. Po trzecie była to zupełnie nieznana tematyka nie tylko dla mnie. W tamtych czasach w ogóle nie mówiło się na antenie o religii. Wszystko było nowością. Po czwarte zewsząd słyszałam, że jak skojarzę się z tą tematyką, to już na zawsze pozostanę tam, w tej „kościelnej kruchcie".

Dopiero mój mąż przekonał mnie mówiąc, że jest to wydarzenie takiej rangi, że gdybym tę propozycję odrzuciła, popełniłabym największy błąd. Okazało się, że to była dobra rada, bo sprawdziłam się w tej tematyce.

Dlatego programy religijne prowadzę nadal. Najważniejsze jest to, że moja osoba została zaakceptowana przez widzów. Mimo, że nie jestem ekspertem w tych sprawach, a raczej gospodynią programu, to widzowie akceptują moją tam rolę. Być może dlatego, że staram się prowadzić program w sposób, który jest do zaakceptowania przez ludzi nie tylko wierzących, ale i tych, którzy chcą się czegoś na temat religii, wiary, kościoła dowiedzieć.


- Jak radzisz sobie z popularnością?


Muszę przyznać, że nie jest to popularność typu gwiazdy filmowej, gdzie paparazzi nie dają mi żyć, a tłumy fanów rzucają się na mnie z prośbą o autograf. Natomiast z pewną satysfakcją muszę przyznać, że nie spotykam się z negatywną reakcją na moją osobę. Czasem ktoś mi się ukłoni na ulicy albo traktuje mnie jak swoją sąsiadkę.

Ludzie rozpoznają mnie i kojarzą z telewizją. I wtedy najzabawniejsze są komentarze na temat mojego wyglądu: „W telewizji, to jest pani taka grubsza, a w rzeczywistości to jest pani szczuplejsza", albo „W telewizji, to pani wygląda lepiej, albo gorzej". Nie wiadomo, jak reagować na takie stwierdzenia. Ale najczęściej spotykam się z okazywaniem sympatii i słowami uznania w stosunku do tego, co robię. Jest to miłe i sympatyczne, bo gdy z kimś takim rozmawiam, to czuję, że jest to autentyczne. A największą radość sprawia mi poczucie, że to co robię jest pozytywnie odbierane przez ludzi.


- Co uważasz za swój największy sukces życiowy?


Bardzo się cieszę, że udało mi się zdobyć szacunek i zaufanie ludzi. Czuję, że nie jestem osobą kontrowersyjną i budzę zaufanie. Ostatnio przeprowadzono badanie wśród widzów „Kawy czy herbaty" i okazało się, że wśród prowadzących moje wypowiedzi są oceniane bardzo wysoko jako wiarygodne, interesujące i ważne. Oczywiście jest to bardzo zobowiązujące, ale równocześnie potwierdzające, że to co robię ma sens. To jest mój sukces na polu zawodowym.

W życiu prywatnym natomiast najważniejszym sukcesem dla mnie jest to, że mam udaną rodzinę i ciągle tego samego męża. Udało nam się razem przejść przez różne zawieruchy wynikające z tego, że uprawiam taki, a nie inny zawód. Bywa, że nie mamy czasu na wspólne spędzenie weekendu. Był czas, gdy mnie ciągle nie było w domu, a mój mąż przejął wszystkie obowiązki, ale nie zbuntował się. Przetrwaliśmy i to dla mnie jest najważniejsze.


- Rodzina jest dla ciebie bardzo ważna.


Najważniejsza dla mnie jest moja córka. Jest ona równocześnie największym moim wyzwaniem. Im jest starsza, tym jest więcej spraw i problemów, które wychodzą na jaw z ukrycia, a są konsekwencją jakichś moich zaniedbań z przeszłości.

Jak wychowywać dziecko, jak postępować, co robić lub czego nie robić, tego wszystkiego nie można się nauczyć przed, nie można przewidzieć. To wszystko wychodzi w trakcie wychowywania dziecka. Robimy to intuicyjnie, a potem okazuje się, że ten cały proces jest bardzo trudny, mozolny i wymaga niezwykłej intuicji, cierpliwości, wiedzy i czasu.

Dlatego dla mnie największym życiowym wyzwaniem jest właśnie wychowanie córki w taki sposób, aby miała poczucie, że jej życie jest udane i jest szczęśliwa. Jednocześnie we własnym dziecku widzę swoje odbicie, to jaka jestem i jaka chciałabym być.


- Mając szansę zacząć wszystko od nowa, zmieniłabyś coś w swoim życiu?


Myślę, że gdybym teraz zdawała maturę i mogłabym wybrać kierunek studiów, to na pewno byłaby to medycyna. Zrobiłabym wszystko, żeby być lekarzem. Czuję, że to jest zawód, w którym sprawdziłabym się, bo lubię pomagać innym.

Chciałabym zajmować się psychiatrią albo neurologią. Zajmowałabym się ludzkim mózgiem, który kryje tyle tajemnic, że odkrywanie ich jest ciągle bardzo fascynujące.

Niestety, gdy zdawałam maturę, to nie miałam odwagi wybrać tego kierunku studiów, bo wydawało mi się, że na pewno się nie dostanę. Nie wiem z czego wynikała ta moja niska samoocena, bo wybrałam resocjalizację, na którą było 12 osób na miejsce i dostałam się bez problemu.

Upłynęło sporo czasu i dopiero praca w telewizja dała mi pewność siebie i nauczyła mnie tego, że nie muszę się wszystkim podobać i zadowolić wszystkich. Teraz wiem, że mam takie cechy, które pozwalają mi wykonywać moją pracę solidnie, rzetelnie, punktualnie i jest ona akceptowana przez ludzi. Dało mi to wewnętrzny spokój i dodało pewności siebie i podbudowało własną wartość.


- Jesteś przesądna?


Raczej nie. Nie wierzę w przesądy, ale bardziej w intuicję. Gdy jadę na narty, to nigdy nie jeżdżę ostatniego dnia. Po prostu, żeby nie kusić losu. Z intuicją wiąże się też sprawa jazdy konnej. Kiedyś bardzo często jeździłam konno. Sprawiało mi to wiele frajdy, ale w ubiegłym roku pojawiła się taka obawa, że może mi się coś stać. Wtedy postanowiłam zrobić sobie przerwę, właśnie, aby nie kusić losu. To nie przesąd, ale jakieś wewnętrzne przeczucie, a ja staram się słuchać takich ostrzeżeń.

Mam takie wrażenie, że w moim życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Zawsze, gdy coś robię, to ma to jakieś uzasadnienie. Nawet, gdy w danym momencie nie widzę sensu jakiegoś działania, to przyszłość pokazuje, że miało to znaczenie. Tak było np. z językiem włoskim, którego naukę rozpoczęłam tylko dlatego, że bardzo mi się podobał. Potem okazało się, że w trakcie pracy w Instytucie Badań Problemów Młodzieży jego znajomość bardzo mi się przydała. Potem spędziłam rok we Włoszech, gdzie rozpoczęłam studia doktorskie. Było to bardzo cenne i wspaniałe doświadczenie.

Autor: Małgorzata Jaworska

Komentarze

  • 2016-03-31 gość

    a juz pani nie wierzy w idee resocjalizacjii? szkoda

  • 2016-03-30 gość

    Według mnie tzw. intuicja to po prostu sytuacja, w której mózg podejmuje jakąś decyzję na podstawie znanych sobie faktów, z których nie zdajemy sobie sprawy, że je znamy. Często jej ufam i dobrze na tym wychodzę!

  • 2016-03-30 gość

    Mądra, stonowana kobieta - szkoda, że tak mało mamy takich prezenterów, którzy przyciągają profesjonalizmem i chce się ich słuchać, a nie irytują opowiadając bzdury i robiąc z siebie błaznów. Brawo!

  • 2016-03-30 gość

    Bardzo podoba mi się to, co mówi pani Schymalla o intuicji-mam chyba trochę to samo.w sumie trudno sprawdzic, czy działa,ale czasem łatwiej podejmuje się decyzje. No i nadzieja, ze jeszcze z tą moją politologią zostanę sławna!hehe;)