Wiara daje mi siłę - joanna bartel

"Piszę teksty, szyję, rysuję, maluję, a przebywanie z ludźmi strasznie mnie rozprasza. Dlatego potrzebuję trochę samotności, żeby coś zrobić." Rozmowa z Joanną Bartel.

- Co daje pani większą satysfakcję: praca w filmie czy występy estradowe?


W filmie nie bardzo lubię grać, bo trzeba rano wstawać. Poza tym długo czeka się na każde ujęcie, ale jest na to rada. Trzeba znaleźć sobie jakieś towarzystwo i przeczekać. Uwielbiam natomiast pracować na estradzie, choć równocześnie potwornie się tego boję. Trema jest ogromna, bo często jest to improwizacja, której skutków nie da się przewidzieć. Staram się robić takie "tok szok" z publicznością. Wchodzę w widownię i wciągam ludzi do rozmowy. Nigdy nie wiem, na jaką publiczność trafię, ale mówię sobie: "Bartel, czego się boisz, przecież ty wiesz, jak to się robi, ty się im nie dasz”. I choć przed wejściem na scenę mam czasem kompletną pustkę w głowie, to gdy tylko staję przed publicznością, wszystko samo się układa. Najśmieszniejsze żarty wymyślam w trakcie występu. Kiedyś podczas jakiejś imprezy, ktoś zapytał mnie: "Czy może pani pić?': Odpowiedziałam na to: "Oczywiście, przecież mam to zapisane w nazwisku. Nazywam się BARTEL, czyli mam siedzieć w barze i występować w telewizji”. Takie rzeczy same przychodzą mi do głowy.


- Potrafi pani rozbawić wielotysięczną publiczność. A jak jest w życiu?


Staram się żyć według zasady: "Być szczęśliwą, ale używać rozumu tak, aby nie krzywdzić innych”. Nie chcę się chwalić, ale wydaje mi się, że jestem lubiana. Zawsze staram się pomagać innym. Nie tylko dlatego, że w danym momencie ktoś tej pomocy potrzebuje, ale jak komuś pomogę, to sama lepiej się czuję. Zresztą tak samo jest w mojej branży. Choć istnieje opinia, że w show-biznesie jest wielka konkurencja, rywalizacja i zawiść. A ja spotykam wielu artystów, którzy sobie pomagają, wspierają się. Dostrzegam wielką życzliwość wśród kolegów. A ponieważ poczucie humoru mam w genach, to jest mi łatwiej żyć, a na scenie grać.


- Jakie cechy drażnią panią u innych?


Jestem bardzo nietolerancyjna. Nigdy nie będę tolerowała okrucieństwa wobec zwierząt, dzieci czy osób słabszych. Zresztą zdarzyło mi się w Niemczech, gdzie mieszkałam, że złapałam za łeb faceta, który kopał psa. W takiej sytuacji jestem w stanie zrobić krzywdę.


- A ludzka głupota?


Głupotę wybaczam. Dzielę ludzi na cztery kategorie: inteligentni i pracowici, inteligentni i leniwi, głupi i leniwi, którzy nie robią wiele szkód, oraz głupi i pracowici - tacy są najgorsi, bo mogą narozrabiać. Chcą posiadać władzę, bo nic nie potrafią. Ludzie mądrzy zajmują się tym, co umieją: sztuką, architekturą, nauką czy produkcją. A ci, którzy nic nie potrafią, chcą rządzić, interesuje ich polityka. Ale jestem dobrej myśli. Teraz takie czasy nadeszły, że ludzka głupota szybko zostaje wykryta. Głupcy nie mają większej szansy na przetrwanie. Na przykład pracując na planie filmu "Skazany na bluesa” obserwowałam młodych ludzi, którzy są mądrzy, zdolni, pracowici. Przychodzą, robią, co potrzeba, aż miło patrzeć. Ktoś, kto nic nie umie i nie chce się uczyć, z takiej roboty wyleci w pięć minut. To samo jest na planie "Świętej wojny”. Każdy zna swoje miejsce i swoją robotę.


- Kiedyś przytoczyła pani słowa swojej mamy, która powiedziała: "Jesteś fajna kobitka. Szkoda cię dla jednego faceta!”.


Nigdy nie marzyłam o ślubie i nie cierpię z tego powodu, że go nie mam. A poza tym nie ma w czym wybierać. Teraz muszę poczekać, aż utworzy się grupa wdowców albo choć kilku takich, co zmądrzeli na starość. Pochodzę z tradycyjnej rodziny. Tata pracował, mama zajmowała się domem. Nigdy nie biegałam z kluczem na szyi i taki wzorzec powinnam dalej powielać. Jednak tak się nie stało. A mama raczej podświadomie tłumaczy moje zachowanie.

Może nigdy nie spotkałam takiego chłopa, za którego chciałabym wyjść za mąż. Choć w moim życiu było kilku mężczyzn, z którymi mieszkałam więcej niż trzy lata. Zawsze trafiałam na takich, dla których musiałam być matką lub opiekunką. Jeżeli facet miał jakieś problemy ze sobą, to był dla mnie większym wyzwaniem. Jednak gdy przez trzy lata co wieczór mówi się takiemu delikwentowi: "To trzeba zrobić tak, a to tak” a tu jak grochem o ścianę, to jest koniec znajomości. Muszę jednak przyznać, że gdy mieszkałam w Niemczech, mój ówczesny partner był osobą, na której mogłam się oprzeć. Nie miałam wtedy stałej pracy i malowałam obrazki do jego galerii. Oprócz tego, że był spóźnialski, ważył 61 kilo i był mniejszy ode mnie, to był prawdziwym facetem. Liczyłam się z jego zdaniem i mogłam na nim polegać. Do dzisiaj się z nim przyjaźnię.


- To dlaczego ten związek nie zakończył się ślubem?


Wróciłam do Polski, gdzie zaczęłam grać w serialu, i nasz związek zaczął się rozpadać. Po jakimś czasie on mi powiedział, że nie potrafi być sam, i znalazł sobie wesołą księgową z Bundeswehry. Może piękna ona nie jest, ale to przemiła kobitka, bardzo ją lubię.


- Niezwykle ważną rolę odgrywają w pani życiu rodzice.


Mój dom rodzinny był pełen ciepła i miłości moich rodziców. Oni się bardzo kochali i nadal się kochają. Mój tata po wylewie leży już trzy lata, mama przez dwa i pół roku bez przerwy się nim opiekowała. Teraz sama ciężko zachorowała, ale codziennie jeździ do niego do hospicjum. Pobrali się sześćdziesiąt lat temu, ale ciągle widzę ich miłość. Mój tata nigdy nie miał kolegów. Jego najlepszym kolegą i przyjacielem zawsze była mama. Był też znakomitym ojcem. Potrafił zajmować się mną i bratem, wymyślał dla nas wspaniałe zabawy. To właśnie mój dom rodzinny tak mnie ukształtował. Mam wielkie szczęście, że jestem dzieckiem moich rodziców.


- Wybudowała pani dom, stworzyła. swoje miejsce na ziemi. Czy tam pani ucieka, aby odpocząć od ludzi?


Uwielbiam być wśród ludzi, jestem towarzyska. Ale czuję się najszczęśliwsza, gdy jadę do mojego ukochanego domu. Oczywiście nigdy nie będę odludkiem, ale od czasu do czasu potrzebuję pobyć sama ze sobą. Poza tym jestem bardzo zajęta. Piszę teksty, szyję, rysuję, maluję, a przebywanie z ludźmi strasznie mnie rozprasza. Dlatego potrzebuję trochę samotności, żeby coś zrobić. A nie zawsze to się udaje. Na przykład w mojej wsi poznałam dziewczynę - młodszą ode mnie o kilkanaście lat - jest bardzo do mnie podobna. Bardzo się ze sobą zaprzyjaźniłyśmy, spędzamy razem dużo czasu. Przez ostatnie tygodnie nic nie zrobiłam, bo siedziałyśmy razem i analizowałyśmy życie. Oczywiście nie mam do niej o to żalu, ale nie da się ukryć, że nic nie zrobiłam.


- Umie pani odpoczywać?


Niestety, tego nie potrafię. Jedynym moim ratunkiem jest to, że mogę długo spać, nawet do południa. Co prawda od dwóch lat mam pieska Manię, która punkt dziesiąta krąży wokół mojego łóżka i liże tę część ciała, która wystaje spod kołdry. Jeżeli nie reaguję na te sygnały, to bierze mnie na litość i cichutko wzdycha. Nie mam wyjścia, muszę wstać i wyjść z nią na spacerek. Obiecuję sobie wtedy, że wychodzę tylko na piętnaście minut. Ale gdzie tam. Spotkam jakąś emerytkę, która chce pokazać mi drzewo, które zwalił wiatr, albo jakieś menele mnie proszą o 5 złotych na piwo i muszę ich zawstydzić, że chcą pieniądze od kobity. Koniec końców z piętnastu minut robi się godzina. Często biorę ze sobą komórkę, żeby nie tracąc czasu, załatwić kilka spraw telefonicznie.


- Zdarzają się zapewne i gorsze dni. Jak pani sobie radzi z chandrą?


Moje poczucie humoru zawdzięczam genom odziedziczonym po rodzicach. Ale mimo to miewam spadki nastroju. Wtedy jedynym ratunkiem jest dla mnie praca. Gdy dopada mnie zły nastrój, najgorsze, co mogę zrobić, to zacząć wszystko analizować. Odczuwam różne dolegliwości, które nasuwają ponure myśli o chorobach. Albo patrzę na siebie w lustrze i myślę: ,,O Boże, ale jestem gruba, wstrętna”. A najgorzej, jak zobaczę siebie w telewizji ...


- Co panią może doprowadzić do płaczu?


Hymn Polski. Tak miałam od dziecka. Jak tylko go słyszałam, np. na olimpiadzie, to od razu płakałam. Tym bardziej wzruszam się, bo przez wiele lat mieszkałam za granicą. Teraz zawsze płaczę, gdy śpiewają hymn górniczy. Niedawno prowadziłam imprezę dla kompanii węglowej. Przychodzi do mnie organizatorka i mówi: "Pani Joasiu, zaśpiewa pani z górnikami hymn?”. "Oczywiście" - odpowiedziałam, bo od dzieciństwa ten hymn znam. Stanęłam z orkiestrą górniczą na scenie, ale gdy usłyszałam pierwsze słowa: "Górniczy stan, hej, niech nam żyje ... „ to już płakałam. I tyle było mojego śpiewania. Płaczę również na filmach, a ostatnio nawet płakałam podczas telewizyjnych wiadomości. Pokazano, jak babcia pewnego gruzińskiego chłopca zoperowanego w Polsce chciała całować po rękach polskiego chirurga, który uratował jej wnuka. Takie sceny doprowadzają mnie do łez.

Natomiast wcale się nie przejmuję, gdy ktoś chce mnie obrazić albo mnie obgaduje. Wcale mnie to nie obchodzi. Nie kłócę się z nikim, bo szkoda jest mi na to energii. W sporach między ludźmi staram się zawsze łagodzić napięcia i występuję w roli negocjatora.


- Nie wierzę, że nigdy się pani z nikim nie pokłóciła.


Nie potrafię się kłócić. Może trzy albo cztery razy w życiu podniosłam głos i zdziwiłam się, że to zadziałało. Jeżeli używa się tego zabiegu rzadko, to on jest skuteczniejszy. Gdy mieszkałam w Niemczech, czułam się tam jak obywatel nie trzeciej, ale nawet czwartej kategorii. Miałam wyższe wykształcenie, znałam kilka języków obcych, ale nie miałam pracy. Było mi ciężko. Ciągle dawano mi do zrozumienia, że jestem obca, i wiele razy mnie upokarzano. Teraz, gdy jadę przez ukochaną Kolonię w moim porządnym, amerykańskim samochodzie kupionym za pieniądze zarobione w Polsce, czuję się fantastycznie, bo znam swoją wartość i nie mam żadnych kompleksów.


- Jakie ma pani marzenia?


Zdrową być. To jest moje największe marzenie. Moje ostatnie lata bardzo doświadczyły mnie pod tym względem. Najpierw choroba ojca, potem seria chorób mojej mamy, śmierć moich przyjaciół. To wszystko dało mi przeświadczenie, że póki człowiek jest zdrowy, to wszystko może. Ja potrafię bardzo wiele rzeczy naprawić, mam zdolności manualne, np. naprawię maszynę do szycia. I tak sobie myślę, że jeżeli coś się popsuje, to przecież da się to naprawić, i ze zdrowiem jest tak samo.

Kiedyś miałam wypadnięty obustronnie dysk. Okropny ból, leżałam unieruchomiona w łóżku, ale myślałam sobie: "To się musi naprawić”. I się naprawiło. Wiara, że wszystko da się naprawić, poprawić, zreperować, poskładać, skleić, złożyć daje mi siłę.

Autor: Małgorzata Iwanicka

Komentarze

  • 2016-08-09 Joanna Majchrzak Niewiadomska

    Pani Joanna to naprawdę bardzo sympatyczna kobieta. Bardzo miło się

    z nią rozmawia. Jest szczerą, inteligentną, pracowitą, życzliwą osobą. Pozdrawiam serdecznie Panią Joannę z zachodniopomorskiego