Walczyłem o siebie - Krzysztof Ziemiec

W 2008 roku Krzysztof Ziemiec uległ ciężkiemu wypadkowi w wyniku pożaru w swoim mieszkaniu. Nawet optymiści nie wierzyli, że wróci do pracy. Wrócił. Silniejszy i pogodniejszy. Nam opowiedział, co pozwoliło mu przetrwać najtrudniejsze chwile.

Z Krzysztofem Ziemcem, dziennikarzem, rozmawia Alexandra Machera
.

Przeszedł pan długą rehabilitację po wypadku. Czy poziom medycyny pana zaskoczył?


Tak. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że medycyna może mieć tyle różnych rozwiązań, które ratują ludzi w wydawałoby się beznadziejnych sytuacjach. Na szczęście nie musiałem mieć przeszczepu skóry po wypadku, ponieważ miałem „tylko” drugi stopień poparzenia. Za to opiekę rehabilitacyjną po wyjściu ze szpitala wspominam jako bardzo intensywną. Oprócz zajęć ruchowych (kinetycznych) miałem tez fizykoterapię, czyli naświetlanie ran i blizn specjalnym laserem, który zmniejsza powstawanie bliznowców. Miałem zabiegi w polu elektromagnetycznym i na końcu zmniejszanie blizn za pomocą ultradźwięków. To wszystko jest ważne, bo niestety bliznowce potrafią człowieka unieruchomić na całe życie. Bliznowce powodują przykurcze mięśni, które ściągają stawy, a pacjent staje się kaleką. I w tym przypadku miałem szczęście, gdyż mnie to ominęło.


Co pana uratowało od tych bliznowców?


Częściowo na pewno także tzw. presoterapia, czyli stałe uciskanie, wcieranie blizn w ciało. Polega na tym, że chory zakłada (na całą dobę, non stop!) na poparzone miejsca ubieraniu specjalny kombinezon uciskowy, szyty na miarę z ortezą wykonaną z tkanin, z których robi się kombinezony dla kosmonautów. Strój ten powoduje ciągły ucisk i masowanie tkanek. Nieustannym uciskiem niszczone są tkanki, które powstają w ramach bliznowców.


Na szybkie wyzdrowienie wpływa też stan psychiczny. Czy korzystał pan ze wsparcia psychologa?


Pomoc psychiczna jest czasami ważniejsza niż wszystkie leki i zabiegi. Osobiście nie korzystałem ze wsparcia psychologa, ponieważ nie miałem takiej potrzeby. Codziennie była u mnie żona, często odwiedzał mnie znajomy ksiądz. Mam rodzinę, wspaniałą żonę i dzieci, znajomych i przyjaciół, którzy mnie wspierali słowem, modlitwą, dobrym czynem, który czasem polegał na pomocy finansowej. Jak każdy po wypadku znalazłem się w sytuacji, w której nie byłem w stanie pracować, miałem zniszczone mieszkanie, które trzeba było odnowić, aby móc tam zamieszkać. W takich sytuacjach wsparcie przyjaciół i bliskich jest najważniejsze. Zresztą, ja nie miałem innego wyjścia, tylko wstać i wyzdrowieć. Walczyłem o siebie, aby żyć dla żony i dzieci.


To rodzina dała panu tę siłę do walki?


Oczywiście, że tak. Na sali, na której leżałem, miałem dwóch sąsiadów, również poparzonych. Oni nie mieli takiego wsparcia ze strony rodziny i bliskich, zatem ich rehabilitacja trwała o kilka miesięcy dłużej. To najlepszy przykład, że siła psychiki i wsparcie bliskich bardzo wspomaga proces leczenia. To życzliwi ludzie uruchamiają w nas te pokłady siły i wiary, które każdy z nas w sobie ma.


Ponoć najwięksi optymiści nie liczyli na to, że pan wróci do normalnego życia.


Starałem się wyzdrowieć, bo wiedziałem, że mam dla kogo! Po drugie, jest jeszcze wiara, która czyni cuda i ułatwia nam zrozumienie złych doświadczeń. Człowiekowi wierzącemu jest znacznie łatwiej przyjąć pewnego rodzaju przykrość i nieszczęście, a nawet perspektywę, że taki stan może trwać do końca życia. Dla osoby wierzącej wszystko w życiu jest po coś.


Dlaczego łatwiej?


Ponieważ wiara sprawia, że potrafimy sobie pewne rzeczy w głowie poukładać i nie mamy pretensji o to, że to nieszczęście przytrafiło się właśnie nam. Człowiek bez wiary jest w znacznie gorszej sytuacji, ponieważ nie zrozumie, że takie doświadczenia mają głębszy sens.


Pan ten głębszy sens znalazł?


Tak. Jeszcze głębszy, bo to wiedziałem chyba zawsze. Po wypadku nabrałem jednak wiary w ludzi. Gdy jesteśmy młodzi, wydaje nam się, że otaczają nas zwykłe przyjaźnie. Będąc w starszym wieku, te przyjaźnie się czasami wykruszają. A jest przecież takie powiedzenie, że przyjaciół poznaje się w biedzie. Gdy ja się w tej biedzie znalazłem, nagle wokół mnie stanęło bardzo dużo ludzi, nawet tych, co do których miałem wątpliwości. Okazało się, że zupełnie niesłusznie. Ta cała sytuacja sprawiła, że nie musiała się zmieniać moja hierarchia wartości, którą zawsze miałem, ale uwierzyłem w ludzi, że są dobrzy! Wiem również, że nie ma sytuacji bez wyjścia, bo rozwiązanie zawsze można znaleźć.


Człowiek też nabiera pokory.


Wydaje mi się, że pokorę zawsze w sobie miałem, ale po wypadku mam jej jeszcze więcej. Takie sytuacje uczą nas nie tylko pokory, ale również cierpliwości. Nagle okazuje się, że potrafimy odnaleźć w sobie siłę, o której nie mieliśmy pojęcia, że ją mamy.


Może takie sytuacje mają jakiś ważny, ukryty cel?


Tak samo o tym myślę. Ocierając się o śmierć i wychodząc z niej obronną ręką, dostajemy poniekąd drugie życie. Albo je wykorzystujemy w dobrym celu, albo mówimy sobie, że to był zwykły, nieszczęśliwy przypadek. Ja tak nie uważam, stąd tytuł mojej książki, w której opisałem to, co się stało „Wszystko jest po coś”. Może ten wypadek był po to, abym napisał książkę, z której inni ludzie będą czerpać siłę i nadzieję – wiem od czytelników, że tak jest! A może też po to, abym poprowadził program „Niepokonani”. Przecież gdyby nie wypadek, na pewno nie byłbym jego gospodarzem, a program może by nigdy nie powstał. A tak do dziś dostaję pytania o następne odcinki, bo ten program pomógł wielu osobom… Przeszedłem przez to, co przeszedłem i mam chyba większe niż inni prawo do zadawania trudnych, osobistych pytań. Czy wie pani, ze ostatnio podszedł do mnie nauczyciel z jednej ze szkól w Skierniewicach i przyznał, że na podstawie kilku odcinków tego programu uczy dzieci w szkole moralnych zachowań!!! To jest dla mnie najlepszy dowód na to, o czym mówiłem! Jeśli jest coś takiego jak misja dziennikarska – to właśnie to jest misja!


Dość szybko wrócił pan do pracy po okresie rekonwalescencji i zagrał w filmie „Jan Paweł II. Szukałem Was...”.


Bardzo się tego bałem, chociażby dlatego, że nie jestem aktorem. Ale oprócz tego musiałem się zmagać z własną słabością. To był jeszcze czas, kiedy byłem bardzo wątły po wypadku i nie mogłem za długo stać. Już po kilku minutach stania bardzo bolały mnie nogi. Ta praca wymagała ode mnie dużo, ale ekipa była bardzo wyrozumiała i wspierająca. Nigdy nikt nie dał mi odczuć, że ma mi za złe, gdy nie dawałem rady. Bardzo mi zależało na tym filmie i zaciskałem zęby. To było po coś... Takie zdarzenia uświadamiają, że to wszystko ma bardzo głęboki sens.


Chociażby taki, że pan zagrał w tym filmie...


To było dla mnie wielkie przeżycie zawodowe. Jako narrator w tym filmie starałem się pokazać Jana Pawła jako człowieka. Towarzyszyłem mu przez wiele lat jako dziennikarz, choć nigdy go osobiście nie poznałem. 2 kwietnia ogłaszałem Polakom, że Jan Paweł II nie żyje. A potem prowadząc przez cały tydzień po 2 kwietnia Wiadomości przeżywałem wspólnie z Polakami tę narodową żałobę. Tak się złożyło, ale czy to przypadek, że w tym filmie jestem? Osobiście traktuję to w kategorii niemalże cudu. Jest tylu innych dziennikarzy, którzy mogli zagrać tę rolę, którą zagrałem ja. Akurat telefon zadzwonił do mnie. Nie było żadnego castingu. Nikogo nie prosiłem o tę rolę. Ale mnie wybrano.


Twierdzi pan, że to było przeżycie zawodowe, ale coś mówi mi, że to przeżycie również i duchowe...


Bardzo dobrze pani mówi. Byłem w miejscach, które z punktu widzenia chrześcijaństwa są miejscami świętymi. Uczestniczyłem w mszach w buszu, które trwają i po trzy godziny, a ludzie na nich śpiewają i tańczą. Widzieliśmy, jak modlą się gorliwie Indianie w Boliwii czy Meksyku. Miałem możliwość zobaczenia tego, co nie każdy człowiek może zobaczyć. Dla mnie to była przygoda życia, która miała ogromny wymiar duchowy. Poznałem wiele osób, których bym nie spotkał, gdyby nie ten film.


Podążając jego szlakiem w pewnym sensie poznał pan Karola Wojtyłę?


Poznawałem Go przez całe życie! Ale najważniejsze, że było mi dane żyć w tym samym czasie, gdy żył On. Obecna młodzież, która nie miała możliwości nawiązania z Nim duchowej więzi (bo byli to ludzi zbyt młodzi), zupełnie inaczej go pewnie teraz postrzega. W moim przypadku Jan Paweł II od dzieciństwa był w mojej świadomości i gdy odszedł, nagle Go zabrakło. Jakiś czas temu byłem na spotkaniu z czytelnikami, które było związane z promocją mojej książki. W pewnym momencie pewien starszy pan wstał i powiedział, że Jan Paweł II mnie uratował. Jeśli tak jest, to może uratował mnie po coś.

Autor: Alexandra Machera

Komentarze