W rytmie życia - wywiad z Magdaleną Walach

Chciała być malarką, architektem, tłumaczką a została … aktorką. Status gwiazdy przyniosły jej seriale „Pensjonat pod Różą”, „Twarzą w twarz” oraz show „Taniec z gwiazdami”.

Spróbujmy podsumować rok 2009. Czy był to dla pani dobry czas?


Sporo się wydarzyło. Przede wszystkim premiera sztuki „Tramwaj zwany pożądaniem” w moim macierzystym Teatrze Bagatela w Krakowie.


Recenzje są co najmniej pozytywne.


To zasługa reżysera, Dariusza Starczewskiego. Za sprawą filmu Elii Kazana z niezapomnianymi kreacjami Vivien Leigh i Marlona Brando wszyscy znają temat tej historii. Dariusz zaproponował inne spojrzenie na sztukę Tennessee Williamsa.


Kreowana przez panią postać głównej bohaterki, Blanche, to niełatwe wyzwanie.


Historia opowiedziana jest z perspektywy Blanche, osoby o rozchwianej psychice, która żyje iluzją przeszłości. Pracę nad spektaklem zaczęliśmy jeszcze w zeszłym roku kalendarzowym, więc trochę czasu to zajęło. W tymże roku odbyła się również premiera „Romulusa Wielkiego” Krzysztofa Zanussiego w warszawskim Teatrze Polonia.


W tej sztuce gra pani z mężem, Pawłem Okraską. Jak pracuje się ze swoim życiowym partnerem?


W naszym przypadku wspólna praca nie jest normą. Zdarzyło się to dopiero drugi raz w naszej karierze, ale nie ukrywam, że było miło.


A czy były wzajemne uwagi?


W razie potrzeby zawsze mieliśmy na widowni osobę szczerą aż do bólu. Normalnie jednak staramy się nie przynosić pracy do domu. Potrzebujemy takiego marginesu. Czasu na nic. Wiadomo, że chwila przed premierą w życiu aktora jest czasem wyjątkowych emocji. Jeśli mamy w domu dwóch aktorów w trakcie tak zwanej gorączki przedpremierowej, udziela się to wszystkim domownikom. Im mniej takich sytuacji, tym lepiej dla rodziny.


Powtarza pani zawsze, że związek jest relacją partnerską…


Staramy się szanować swoje zainteresowania i bardzo różne osobowości. Każdego dnia poznajemy się na nowo. Najważniejsze to dużo rozmawiać. Jeżeli dowiemy się, co partnerowi leży na sercu, łatwiej sobie poradzimy z drążącym nas niepokojem.


Czy tę otwartość na drugiego człowieka wyniosła pani z domu rodzinnego?


Rozmowa buduje ogromną bliskość, a w rodzinie byliśmy bardzo zżyci. Myślę, że faktycznie jest to nauka, którą wyniosłam z domu. Staram się wprowadzać ją do swojego życia.


Podkreśla pani szczególnie istotną rolę matki. Czy to ona stanowi dla pani wzór kobiety?


Tak, jak najbardziej. Mama zawsze była najważniejszą osobą w życiu. Teraz mam już swoją własną małą przystań. Mam również swoje jeszcze bliższe sercu osoby – męża i synka. Ale oczywiście od mamy nauczyłam się wszystkiego, po prostu życia. To była relacja bardzo partnerska. Nie tylko związek matki i córki. Dla określenia tej relacji spokojnie mogłabym użyć słowa przyjaźń.


Pani mama zapytana kiedyś o przełomowy moment w pani życiu, uznała, że było to zdobycie tytułu „Miss kolonii” w Gąskach.


Ale ma pan informacje (śmiech). Bardzo słabo to pamiętam, ale rzeczywiście był taki obóz. Byłam małą dziewczynką i nie pamiętam, jak to się potoczyło. Nie brałabym na poważnie tej wypowiedzi (śmiech). Dla mnie prawdziwy przełom to zdane egzaminy do szkoły teatralnej. Aktorstwo nigdy nie było dla mnie celem samym w sobie. Nie do końca wyobrażałam sobie siebie w tym zawodzie. Spróbowałam swoich sił, żeby później nie żałować niepodjętego wyzwania. Kiedy odczytałam swoje nazwisko na liście osób przyjętych, to faktycznie był przełom.


Ale przecież nie idzie się na egzamin wstępny na próbę, poprzedzają to przygotowania...


Właśnie w moim przypadku tak było. Jedyne przygotowanie to udział w konkursach recytatorskich. Nigdy nie uczestniczyłam w żadnych kursach przygotowawczych. Przyjechałam z Raciborza na egzamin. Wynik kompletnie mnie zaskoczył. Nie wiem, jak jest teraz, ale w momencie, kiedy ja próbowałam swoich sił, o osiemnaście indeksów walczyło około siedmiuset osób. Gdyby nie udało mi się zdać tych egzaminów, więcej bym nie próbowała. Czułam się wtedy najszczęśliwszą osobą na ziemi.


Czym dla pani była przygoda z tańcem, udział w programie „Taniec z gwiazdami”?


W jakimś sensie była to przygoda mojego życia. Po pierwsze, zrealizowałam marzenie, chyba każdej dziewczynki, bycia księżniczką na balu. Po drugie, taniec zawsze był dla mnie czymś wyjątkowym. Godzinami mogłam oglądać tańczące pary. Nagle sama miałam okazję stanąć na parkiecie. Razem z moim partnerem Cezarym Olszewskim nie wierzyliśmy, że zostaniemy w programie dłużej niż kilka pierwszych odcinków, dlatego sukcesem był każdy następny.


Zależało pani?


No pewnie, że tak. Panu by nie zależało, żeby wypaść jak najlepiej? To chyba normalne. Chwilę przed wejściem na parkiet czułam nieprawdopodobny, wręcz paraliżujący stres. Przyznam, że nie pamiętam nic z pierwszych odcinków. Jedyne wspomnienie to szczotkowanie butów i czarna dziura w głowie przed występem. Później ten stres nagrodzony został ogromnym szczęściem, kiedy okazało się, że przebrnęliśmy przez kolejny program i mamy szanse na poznanie czegoś nowego. Dużo również dowiedziałam się o sobie, swojej wytrzymałości psychicznej i odporności na stres, który musiałam pokonywać przy okazji każdego odcinka. Później była praca na planie serialu „Tancerze”, cały okres przygotowań, warsztaty taneczne. Bardzo miło wspominam te doświadczenia.


W tym zapracowanym życiu stara się pani prowadzić normalny dom, sprzątać, gotować?


Nie spotkaliśmy się co prawda u mnie w domu, więc nie jestem w stanie panu tego udowodnić. Ważne jest dla mnie, żeby nie żywić się na mieście, żeby w domu zawsze był ciepły obiad, kolacja. Posiłki przygotowane przez domowników, a nie gdzieś kupione. W momencie kiedy intensywnie pracujemy, taka chwila wspólnego posiłku jest bardzo ważna. Spotykamy się wszyscy i jesteśmy tylko dla siebie.


A propos tych posiłków, czy jest to jakaś specjalna dieta?


No, nie. Nie jestem żadnym kulinarnym mistrzem, moja kuchnia jest dosyć prosta. Staram się tylko zdrowo odżywiać. Unikam różnych oczywistości jak nadmierne smażenie, zbyt ciężkostrawne potrawy, tylko tyle. Sama niestety nie potrafiłam gotować dosyć długo. Nauczyłam się dopiero krótko po studiach. Wcześniej najpierw żywiłam się w domu, później jako studentka w różnych barach. Gotowanie nie było mi do szczęścia potrzebne. W związku z tym może nie zdążyłam zarazić się światem smaków, stąd też moja prosta domowa kuchnia...


Wspomniała pani, że za wzór kobiety, matki uważa swoją mamę, czy stara się pani jej dorównać wychowując syna?


Chciałabym, by mój syn miał takie wspomnienia z dzieciństwa jak ja, a to już ogromna zasługa rodziców, zatem staram się.


Na pewno ma pani znacznie mniej czasu.


Mam mniej czasu, ale staram się go wykorzystać w stu osiemdziesięciu procentach. Poświęcam Piotrusiowi (3 lata) maksimum uwagi. Chodzi o to, żeby odczuwał w domu obecność mamy, nawet wtedy, kiedy ta mama jest w pracy. To jest możliwe choćby za sprawą obiadu, który wcześniej przygotowuję.


Czy robi pani noworoczne postanowienia?


Nie, absolutnie nie.


W jednym z wywiadów przeczytałem jednak, że było takie postanowienie – kurs bezpiecznej jazdy samochodem...


Widzi pan, tak to jest z tymi postanowieniami. To było ponad rok temu, a na kurs do tej pory się nie zapisałam (śmiech). Nie robię takich postanowień, żeby później nie mieć poczucia zawodu w stosunku do siebie. Chyba wolę realizować bardziej spontaniczne pomysły. A propos tej szkoły jazdy, mam wrażenie, że jeśli nie wypiszę sobie tego na ścianie jako postanowienia na przyszły rok, pewnie szybciej uda mi się je zrealizować.


Pozostańmy jeszcze przy motoryzacji, ponoć lubi pani szybkie samochody i szybką jazdę?


(Śmiech). Coś w tym jest, a wiąże się oczywiście z wygraną w „Tańcu z gwiazdami”. Nie pasjonuję się motoryzacją, ale nagroda, czyli chevrolet corvette, to była dla mnie fantastyczna sprawa. W życiu nie siedziałam w takim samochodzie i emocji związanych z tak szybką jazdą pewnie nigdy bym nie doświadczyła. To było naprawdę fascynujące.


Nadal prowadzi pani corvette?


Prowadziłam (śmiech). Nie, żebym traciła kontrolę nad sobą za kierownicą tego samochodu, bo jestem zbyt racjonalna, ale gdzieś tam rzeczywiście robi się cieplej, kiedy można przycisnąć pedał gazu i samochód na to odpowiada, i to jak odpowiada.


Jeżeli nie postanowienia, to może ma pani konkretne wyzwania na nowy rok?


Życzyłabym sobie, żeby to był równie udany rok co miniony.

Autor: Michał Adaszewski

Komentarze