W moim sercu wiecznie maj! - Małgorzata Kalicińska

W mieście ludzie się nie pozdrawiają. Gdy mieszkałam na wsi, przychodziłam do sklepu i zawsze można było sobie poplotkować ze sprzedawczynią, która z troska się pytała czy już wyleczyłam się z anginy. Gdzie by ktoś w Warszawie spytał się mnie o zdrowie.

Z Małgorzatą Kalicińską, pisarka rozmawia Alexandra Machera.


Zawsze ma pani pomysły na kolejny rozdział książki?

Od godziny 13-17 zazwyczaj mam swój czas na pisanie. Oczywiście czasami zdarza się, że mam głowę pustą i niczego nie napiszę.


Zniechęca to Panią?


Skądże. Mam świetny sposób na pustkę w głowie – gotowanie. To mnie bardzo relaksuje i uwielbiam to robić.


A jakie jest pani popisowa danie?


Rosoły– znam aż 12 rodzajów, a teraz chyba nawet więcej. Zbieram te przepisy. Ale rosół bez makaronu to już dla mnie nie rosół, a ostatnio niestety nie mogę tyle makaronów jeść. Rosół bez makaronu jest jak miłość bez seksu, więc musiałam tę moją miłość bardzo ograniczyć. A ponieważ jestem taką kobieta, która musi pracować nad swoim wyglądem, ze względu na niezbyt idealną przemianę materii.


Ale przecież świetnie Pani wygląda.


Ostatnio zrzuciłam 13 kg! Chyba właśnie te przecudowne azjatyckie makarony doprowadziły mnie do istotnych rozmiarów. (śmiech).


Jak udało się Pani więc zgubić te zbędne kilogramy?


Muszę w tym miejscu opowiedzieć o czarodzieju, którego poznałam niecały rok temu. Brałam udział w sesji do jednego z magazynów, z okazji której zaproszono mnie do ośrodka i badano mi wiek moich komórek. Tam trafiłam na pana od fitnesu, który moim zdaniem jest czarodziejem. Ten Pan odczarował mnie z głębokiej niechęci do sportów i poruszania się.


Co pani zmieniła w swoim jadłospisie?


Staram się nie jadać różowych, sklepowych wędlin, nasączanych fosforanami. Absolutnie nie jadam żółtych i topionych serów. Jem tylko czasami sery dojrzewające z pleśniami. To co mnie osobiście szkodzi, to węglowodany z czystej białej mąki, więc staram się unikać chleba, klusek i pierogów. Chociaż raz w miesiącu mam dzień, w którym pozwalam sobie na miskę rosołu z makaronem. Ostatnio w Zakopanem zjadłam ogromną miskę bigosu i o mało nie umarłam ze szczęścia. Po takich sporadycznych ucztach znowu wracam do zdrowego odżywiania się, ale podkreślam, że ze smakiem! Trzeba tak gotować aby było pysznie.


Czyli jak?


Obecnie mam festiwal warzyw. Przyrządzam warzywa w każdej formie. Na parze, gotowane lub duszone a do tego jakiś drób albo ryba. Przy pomocy tego co jest w sklepie, czyli świeżych ziół, albo octu jabłkowego, który świetnie zbija tkankę tłuszczową można wszystkie dania smacznie przyprawić. Już nie solę potraw, a co za tym idzie – inaczej się czuję i inaczej oddycham. Niegdyś miałam nadciśnienie a teraz nie muszę brać żadnych pigułek, a to wszystko dzięki zdrowej żywności. U mnie w pokoju stoi duża miska z prażonymi pestkami dyni albo słonecznika.
Pesteczki drapią po jelitach i wspomagają trawienie.


A nie ma pani czasem ochoty na coś słodkiego?


Oczywiście, że mam. Czasem sobie pozwalam na kawałek czekolady, np. z papryczką chilli. Ale słodycze mi nie grożą, bo nie przepadam za nimi. Za to uwielbiam pić czekoladę. Niestety to jest bomba kaloryczna. Pusta na dodatek.


A propos pustki... kobiece torby nigdy nie są puste. Czego nie może zabraknąć w torebce Małgorzaty Kalicińskiej?


Telefonu komórkowego. Jest dla mnie łącznością ze światem, z moimi dziećmi, z moim wydawnictwem, ze studiem telewizyjnym. I bardzo dobrze, że mogę telefon ze sobą nosić w torebce, a nie tak jak to kiedyś było, że trzeba było czekać w domu na czyjś telefon. Druga rzecz bez której nie mogę żyć to internet i komputer. Pralka może mi się zepsuć. Do niedawna komputer i internet był mi obcy. Ale jak zaczęłam pisać książkę, córka podsunęła mi komputer i kazała mi się nauczyć obsługi tego sprzętu. Okazało się, że jest to bardzo proste.


Będąc w Korei, nie tęskni Pani za córką i synem? Przecież to drugi koniec świata...


Bardzo tęsknię. Między innymi dlatego nie mogłabym tam mieszkać na stałe. Mój partner wraca za niedługo na stałe do Polski. Postanowiliśmy zamieszkać na Mazurach w domu, który właśnie kończy się budować. Akurat wtedy będzie trzeba ten dom urządzać. Dzieci i wnuki nie będą musiały aż tak daleko jechać na rosół do mnie.


A za miastem i jego szumem nie będzie pani tęskniła?


Mieszkałam 6 lat na Mazurach. Jestem genetyczną wieśniarą. (śmiech). Kocham wieś. To cudowne gdy z okien widzę pastwiska z krowami. Gdzieś z daleka słyszę jak na motorku jedzie chłopak z pobliskiej miejscowości, który woła „Dzień dobry”. W mieście ludzie się nie pozdrawiają. Gdy mieszkałam na wsi, przychodziłam do sklepu i zawsze można było sobie poplotkować ze sprzedawczynią, która z troska się pytała czy już wyleczyłam się z anginy. Gdzie by ktoś w Warszawie spytał się mnie o zdrowie. A na wsi wszyscy o wszystkich wiedzą. Koleżanki mówią „to okropne”, ale ja uważam ze to wspaniałe. Gdy się przez dwa dni nie pokazuje, to znajomi pukają w okno i sprawdzają czy ja żyję. A w mieście można umrzeć i pies z kulawą nogą nie zajrzy.


Mówi Pani, że w mieście spotkała się Pani z obojętnością wobec drugiego człowieka?


Częściowo tak. Gdy jestem na wsi, nie przeszkadza mi to, że wszyscy o wszystkich wiedzą. To jest przyjemne i świadczy o zainteresowaniu, no chyba ze są to złe plotki z którymi też się spotkałam, ale ja w nich nie uczestniczę. W mieście samotność zagłuszamy shoppingiem, albo objadaniem się. Na wsi zawsze jest coś ciekawego do zrobienia.


Ostatnio jest pani zaangażowana w ruch żółtej wstążeczki.


Rozmawiałam niedawno z dziennikarką ze zbyt pięknego czasopisma. Mówię „zbyt” ponieważ chciałam aby z moją pomocą zainicjowali ruch związany z żółtą wstążeczką – po prostu chciałam otwarcie opowiedzieć o chronicznym nietrzymaniu moczu, z którym wiele kobiet w moim wieku się zmaga.


Rozumiem, że dziennikarka uznała, iż temat nie pasuje do jej pięknego czasopisma?


Dokładnie tak. Ja bardzo chętnie mogę zostać inicjatorką a nawet twarzą ruchu społecznego związanego z żółtą wstążeczką. Sama jestem po udanej operacji i jestem zadowolona i szczęśliwa. Niestety to wciąż jest wstydliwy temat. Kobiety nie wiedzą, że ten zabieg robi się w ramach NFZ-tu. Robi się go laparoskopowo. Nie ma nacięć na brzuchu i można uspokoić ten zwiotczały pęcherz. O problemach związanych z prostatą u mężczyzn, to czemu nie można mówić o problemach kobiecych? Jeśli mówi się o obcinaniu piersi, mówmy o pęcherzu, który sprawia, że na starość córki nie chcą z nami rozmawiać, bo śmierdzimy moczem. To jest sprawa naszego komfortu.


To jest bardzo odważne z pani strony, aby o tym mówić...


Ja nie uważam, żeby to było odważne. Krysia Kofta mówiła o operacji piersi, o tym że wyłysiała, że ją ręka bolała, że ma szramy – to jest odwaga i piękny gest. Krysia wiele zainicjowała. Tak jak Krzysztof Kolberger, który pozwalał nam asystować w swojej chorobie. Gdzież u mnie jest odwaga. Ja sobie tylko zreperowałam coś co mi źle działało. Nie przeżyłam traumy. Nie tym razem.


Skąd u Pani taki dystans do trudnych tematów, do gwiazdorstwa, do życia?


Takiego podejścia nauczyła mnie moja mama, która była osobą kompletnie nie małostkową. Nauczyła mnie pokory wobec życia. Takie podejście daje życiu większe profity niż ciągłe celebrowanie siebie i traktowanie siebie przez Ę. Pokorę i dystans dały mi również różne przeżycia, choćby sytuacja, gdy straciłam ośrodek na Mazurach. Również uczestniczenie w programie „Opowiedz nam swoją historię” dało mi wiele do myślenia. W obliczu tragedii jakie ludzie przechodzą, a mimo tego uśmiechają się do życia, pewne problemy życiowe, którymi się przejmujemy stają się błahe. Gdy denerwuje mnie sytuacja związana z ingerencją w treść mojej książki na potrzeby serialu, myślę sobie, że przecież ta książka wciąż jest – a czytelniczki stoją za mną murem. Niejednokrotnie mówią mi, że ta powieść coś zmieniła w ich życiu na lepsze. Właśnie takie sytuacje sprawiają, że budzę się i nie mogę uwierzyć jakie cuda w moim życiu się zadziały. To jest niepojęta frajda, że coś co napisałam dało wielu kobietom wiarę, że życie ma dla nas zawsze jakiś kawałek tortu, tylko trzeba się po niego wspiąć. To szczęście przeżywam wciąż na nowo.

Autor: Alexandra Machera

Komentarze