W krainie ognia i wody

Odkryta przez wikingów Islandia to wyspa, która skrywa ogień pod lodem. Kraina ta w Średniowieczu nazywana była Ultima Tiule, czyli koniec świata, bo wierzono, że krater ukrytego pod lodowcem wulkanu Hekla to wejście do piekła.

Przed 65 milionami lat między Grenlandię a Skandynawię, blisko północnego kręgu polarnego, Ziemia rozdarła się pod powierzchnią morza i wylała wrzącą magmę. Roztopione skały rosły coraz wyżej, aż sięgnęły ponad lustro wody. W ten sposób powstała Islandia. Jeśli obejrzymy zdjęcia Ziemi z kosmosu, przekonamy się, że leży ona w jednym z najciekawszych miejsc na naszym globie. To jedyny taki kraj, gdzie można zobaczyć naturę w fazie jej powstawania. A wszystko to dzięki dwóm przeciwstawnym żywiołom: ogniowi i wodzie, które ukształtowały i wciąż kształtują krajobraz i środowisko geograficzne Islandii.

Nigdzie indziej nie obejrzymy w jednym miejscu kreacyjnego i niszczycielskiego działania natury. Tu wodospady i lodowce sąsiadują z gejzerami, wulkanami i termalnymi źródłami, a bezludne bazaltowe przestrzenie i pola lawy z soczyście zielonymi wzgórzami i atlantyckimi plażami. Tym jednak, co ożywia krajobraz Islandii, jest woda w każdej postaci: od jezior, przez lodowce, po gejzery. Nic więc dziwnego, że pierwsi misjonarze, którzy przybyli na wyspę, nazwali ją „pustynią oceanu”.


Ogień pod lodem

Islandia to kraj lodu. Nic dziwnego, skoro jedną dziesiątą powierzchni wyspy pokrywają lodowce. Znajdziemy tu laguny, po których pływają góry lodowe, ale także gorące źródła, rzeki oraz gejzery. Wśród lodowców występuje tam największy w Europie lodowiec Vatnajokull, który jest większy niż wszystkie lodowce alpejskie razem wzięte. Co ciekawe jednak, otaczające go jeziora nigdy nie zamarzają. To zasługa gromadzącej się pod ziemią lawy, która ogrzewa je od spodu. Połączenie ognia i lodu wyzwala trzeci żywioł panujący na wyspie: wodę. Istnieje ona we wszystkich swych postaciach: jako lód, woda i mgła. Topniejące lodowce wyzwalają niewyobrażalne ilości wody, która – spadając – tworzy wodospady, m.in. Gullfoss („Złoty Wodospad”).

Nie brak tu również gorących wód – gejzer Strokkur w Haukadalur co kilka minut strzela w górę fontanną wrzącej, parującej wody o średnicy 3 m na wysokość 30 m. W okolicy Sofatarenfeld przy Kverkfj öll pośród bloków lodu o dziwnych kształtach unoszą się obłoki pary. Obok znajduje się legenda wszystkich gejzerów na świecie – Geysir, od którego pochodzi nazwa „gejzer”. Powszechnie występują na wyspie gorące źródła o temperaturze na powierzchni ziemi dochodzącej do 100°C. Są one powszechnie wykorzystywane: od elektrowni termalnych, poprzez ogrzewanie mieszkań i ciepłą wodę w kranach, do ogrzewania szklarni, w których uprawia się warzywa i kwiaty. Wypływy ciepłej wody w określonych warunkach powodują także zjawisko wulkanów błotnych, gdzie w zbiornikach o różnej wielkości bulgocze błoto, jak gdyby gotujące się w wielkim kotle.

Islandia to obszar wciąż aktywny sejsmicznie, znajdują się tutaj czynne wulkany. Hekla, najwyższy czynny wulkan, należy też do najbardziej aktywnych. Hekla często pojawiała się w literaturze europejskiej, i to już od średniowiecza, jako „wrota piekieł”. Wulkan Hekla to niesamowite połączenie ognia i lodu, ponieważ wulkan jest ukryty pod lodowcem. Jest jedna trasa, prowadząca na szczyt poprzez zastygnięte, ostre pola lawowe, hałdy żwiru, przekładańce z tefry i lodu, stare kratery. Warto pamiętać, że wulkany nie tylko występują, ale także wykazują swoją aktywność pod pokrywą lodową. Interesującą formą krajobrazu Islandii są pojedyncze, choć pojawiające się także w grupach, stożki wygasłych wulkanów. Głębokie leje kraterów mogą być suche, pokryte porostami, mchami lub krzewami, lub też wypełnione wodą, tworząc jeziora kraterowe. Mogą mieć one nawet kilkadziesiąt metrów głębokości.


Reykjavik - maleńka stolica

Geograficzne centrum wyspy jest... pustką. To bezludna, jałowa przestrzeń, a biały, pustynny krajobraz przecinają tu i ówdzie nagie grzbiety górskie, które wtapiają się w lodowiec. Na południowo-wschodnim skraju tej białej pustyni, przy zatoce znajduje się malownicza stolica Islandii – Reykjavik. Jest ona tak mała, że wszędzie można tu dotrzeć na piechotę. Warto pamiętać o tym, że drugą co do wielkości wyspę Europy zamieszkuje tylko około ćwierć miliona ludzi, z czego połowa żyje w stolicy. Zwiedzanie warto zacząć od nowego ratusza, gdzie jest informacja turystyczna i wielka plastyczna mapa wyspy. Serce miasta bije na Placu Austurvollur, na południe od przystani, gdzie znajdziemy imponujący – jak na Reykjavik –budynek parlamentu i ruchliwe uliczne kawiarenki. Tu obraduje rząd, tu znajduje się uniwersytet. Tu produkuje się filmy o różnorodnej tematyce, stąd wywodzi się Björk, znana piosenkarka i aktorka. Z wieży górującego ponad miastem protestanckiego kościoła Hallgrimskirkja doskonale widać całe miasto i zatokę.

W samym Reykjaviku warto odwiedzić Wulcano Show i obejrzeć filmy wideo z wybuchami islandzkich wulkanów, które zostały nakręcone podczas ostatniego półwiecza. Islandczycy słyną z przywiązania do legend i historii spisanych w średniowiecznych sagach, dlatego dawne manuskrypty można obejrzeć w Instytucie Magnussona. Te bogato zdobione rękopisy powstały kilkaset lat temu w klasztorach wikingów, ale żaden, niestety, nie przetrwał do dziś. Część zatopiła lawa, inne padły ofiarą surowego klimatu, jeszcze inne zniszczono podczas krwawych średniowiecznych wojen domowych. W tym czasie pewien duński szlachcic jeździł po wyspie i skupował dzieła mnichów. Wywiezione do Danii przez Sarniego Magnussona rękopisy ocalały. Pozostałe, spisane na cielęcej skórze ksiąg, zjedzono w czasach głodu. Aby zgłębić historię wyspy, warto odwiedzić galerie i muzea, których jak na stutysięczne miasto jest całkiem sporo. Koniecznie trzeba wybrać się z Hallgrimskirkja w dół Skolavordustigur, aż do jej połączenia z Bankastraeti.

Po przejściu przez Laekjargata warto udać się na spacer wokół przystani, a w sobotę lub niedzielę zajrzeć do Kolaportid, gdzie odbywa się pchli targ. Można też wstąpić do którejś z okolicznych kawiarenek czy restauracji, a już na pewno do sklepów dla turystów, gdzie kupimy jeden z islandzkich swetrów. Jeśli szukamy nietypowej pamiątki z podróży, warto wybrać się na nadmorski targ w Reykjaviku, gdzie czasem uda się kupić skórę wieloryba lub przysmak islandzki – skruszałe mięso rekina. Islandia żyje z turystów i turystyki. O tym, że turyści są mile widziani, świadczy chociażby to, że każde ciekawe miejsce jest bardzo dobrze oznakowane (po drodze mijamy np. drogowskazy z dokładnym opisem trasy i odległości, a przy trasie znajdziemy mnóstwo małych parkingów). Poza tym wstęp na teren wielu ciekawych miejsc jest bezpłatny.


Krajobraz księżycowy w Europie

To, co najwspanialsze na wyspie, czyli dziką przestrzeń Islandii poczuć można jednak dopiero po opuszczeniu Reykjaviku, już kilka kilometrów za stolicą. Czasem szlak przecina rwącą lodowcową rzekę, gdzieniegdzie minąć można wulkaniczne stożki. Bardzo rzadko zdarzają się osiedla ludzkie, nie mówiąc już o miastach, mimo że na Islandii prawa miejskie mają już miejscowości liczące dwustu mieszkańców. Jadąc na północ, po kilkuset kilometrach dotrzemy w końcu do... granicy wyspy. Z kolei w okolicy jeziora Mývatn, które ma przyjemny, niebieski kolor, obejrzeć można Grzbiet Środkowoatlantycki, który stanowi pogranicze dwóch płyt tektonicznych: eurazjatyckiej i amerykańskiej i rozcina Islandię na całej jej długości. Co roku obie strony oddalają się od siebie o kilka centymetrów.

Jednak już kilka kilometrów dalej krajobraz zamienia się w powierzchnię zupełnie innej planety, ponieważ ziemię pokrywa zastygła czarna lawa, a pośród niej widać puste kratery i dymiące szczeliny, które przecinają skorupę ziemską. W powietrzu unosi się zapach siarki. To właśnie tu, ze względu na powierzchnię przypominającą krajobraz księżycowy, amerykańscy astronauci przygotowywali się do lądowania na Księżycu. Ów świat bezludnego i groźnego pustkowia dawno temu dawał schronienie banitom wygnanym z wybrzeży. Dziś nie trzeba się obawiać owych banitów, a już raczej wątpliwej jakości dróg wśród wulkanicznego żwiru, które zmieniają swój układ niemal każdej zimy. Niebezpieczne są również wichury, które – unosząc w powietrze lekkie drobiny wulkanicznego pumeksu – wywołują gwałtowne burze piaskowe.


Verdi ther ad gódu!

Podstawą jadłospisu Islandczyka są ryby. Nic dziwnego, przecież dobrobyt Islandii pochodzi głównie z połowów ryb: pstrągów, łososi, cierników, węgorzy, dorszy, łupaczy, soli i wielu, wielu innych. Warto jednak pamiętać o tym, że dzisiejsza kuchnia islandzka jest już przesiąknięta wpływem sztuki kulinarnej krajów całego świata. Można tu zjeść zarówno włoską pizzę, jak i amerykańskiego hamburgera, dania kuchni chińskiej czy typowe europejskie posiłki. I to nie tylko w stolicy, ale we wszystkich rejonach kraju. Ten swoisty miszmasz kulinarny powstał nieprzypadkowo. Położenie wyspy sprawiło, że warzywa i owoce były rarytasem, a jedynym łatwo dostępnym produktem spożywczym były ryby.

Tradycyjna kuchnia islandzka – częściowo z braku alternatywy, a częściowo z oszczędności – wykorzystywała dostępne produkty: ryby, baraninę i maskonury. W ten oto sposób na islandzkich stołach pojawiły się takie przysmaki jak: skruszałe mięso rekina (hákarl), gotowany w całości barani łeb (svid) lub jądra baranie (hrútspungur) czy też płetwy focze (selshreifar). Przygotowanie karla wymaga dużo cierpliwości. Pocięte w wąskie paski mięso rekina musi przez kilka tygodni leżeć na brzegu morza na deskach, które pokryte są żwirem i przykryte kamieniami, aby dojrzało. Następnie wędzi się je i długo suszy w przewiewnych szopach. Do karla obowiązkowa jest wysokoprocentowa wódka svarta daudi, czyli „czarna śmierć”, a także czarny razowy chleb. Dziś mięsa rekina można posmakować w niewielu drogich restauracjach. Dawniej był on spożywany z okazji święta Thorrablott.


Barani łeb i maskonury

Tradycyjna kuchnia islandzka opiera się także na baranim mięsie. Islandczycy potrafi ą przygotowywać potrawy w taki sposób, że prawie wszystko z mięsa owcy jest wykorzystywane, nawet oczy. Wyjątkowym przysmakiem jest svid, czyli barani łeb, który rozdziela się na dwie części, marynuje albo gotuje. Rarytasem są wędzone jądra baranie, czyli hrútspungur oraz kiełbasa z drobno pokrojonych i odpowiednio przyprawionych jąder. Statur z kolei to mięso, tłuszcz i krew zaszyte w owczym żołądku. Bardzo smaczne jest wędzone mięso baranie hangikjöt z młodymi ziemniakami, grochem i sosem. Warto wspomnieć o maskonurach, niedużych ptakach z wyglądu przypominających papugi, które dawniej, w czasach głodu, stały się w niektórych regionach wyspy podstawowym pożywieniem. Na stół trafiały marynowane lub wędzone. Również dziś gdzieniegdzie można posmakować ich mięsa.


Odrobina słodyczy

Dla lubiących słodkości też coś się znajdzie. I to już na śniadanie, podczas którego Islandczycy jedzą skyr – potrawę z przegotowanego mleka zmieszanego z twarogiem i z wystudzonym chudym mlekiem, podawany – w zależności od gustu – z solą, cukrem, owocami, bitą śmietaną. Do tego zsiadłe mleko surmjólk z palonym cukrem. A więc „Verdi ther ad gódu!”, czyli „smacznego!”.

Autor: Oprac. (KB)

Komentarze