W kontakcie z duchami

Świat Majów zawsze wypełniony był duchami. Zrobił się tłok, kiedy z Hiszpanami przybyli tu chrześcijańscy święci. Na szczęście wszyscy wciąż się jakoś mieszczą. Bo ziemia Majów jest bardzo gościnna dla istot nadprzyrodzonych.

– Oto Ceiba, święte drzewo Majów – mówi przewodnik i wskazuje grupie wysokie drzewo przy wejściu do ruin Tikal w Gwatemali. W tym momencie, jak na komendę, wszyscy wyciągają aparaty i zaczynają strzelać w drzewo fleszami. Salwa migawek zagłusza następną informację: – Majowie wierzyli, że Ceiba łączy świat podziemny z ziemią i niebem. To po jej konarach wspinały się pokolenia X’manów, jak Majowie nazywają swoich szamanów, podczas swych duchowych podróży – nawet nie dodał, że wciąż odbywają te wędrówki.


Wyżej niż w niebie

Za chwilę znalazłam się u stóp schodów do nieba. Przede mną piramida o nazwie Templo IV zwana Świątynią Dwugłowego Węża. Drewniane schody prowadzące na szczyt najwyższej odkopanej piramidy Majów pną się po jednej ze ścian. Trzy razy zawracam, zanim rozpoczynam wspinaczkę. Im wyżej, tym większy strach wzbudza nawet najlżejszy podmuch wiatru. W połowie drogi kolejne zwątpienie. Tylko że już nie ma odwrotu. Tak samo boję się schodząc, na domiar złego z góry dojrzeli mnie ludzie i zaczynają dopingować. Teraz już nie mogę się cofnąć… Pokonanie 64 m trwa wieczność, a kiedy wreszcie docieram na wąską platformę, lęk wcale nie mija. W miejscu, gdzie kapłani Majów składali swe ofiary, wciąż czuję ducha ich dawnych bogów. W końcu najwyższe ceiby są wiele metrów pode mną.

– Daj aparat, muszę ci zrobić zdjęcie – zaczepia mnie jeden z turystów. – Jesteś tak pięknie przerażona.
On też potrzebował kilka dobrych minut, by rozproszyć panikę i cieszyć oczy panoramą Tikal. Poniżej widać korony drzew i wystające ponad nimi szczyty kilku innych piramid. Znam ten widok z… „Gwiezdnych wojen”. Właśnie tutaj w dalekiej przyszłości i dalekiej galaktyce wylądował Millennium Falcon Hana Solo w czwartej części kosmicznej sagi. W filmie Tikal zagrało księżyc Yavin 4.

Z góry wszystko wydaje się tak blisko, jednak przejście od jednej grupy piramid do drugiej zajmuje czasem ponad pół godziny. Po drodze mijam porośnięte trawą wzgórza. Prawie na pewno pod warstwą ziemi znajdują się kolejne piramidy. Do dzisiaj odkopano zaledwie 16 z ok. 120 km2, które zajmuje całe miasto. Jego budowa i rozbudowa trwała od I do IX w. n.e. Sto lat później miasto opuścili ostatni mieszkańcy, a piramidy, pałace, stele i domy objął w posiadanie las deszczowy.

Tikal skrywa wiele tajemnic, jak choćby odpowiedź na pytanie, ile osób tu mieszkało. Liczby wahają się od 50 do 200 tys. W jaki sposób mogła tu wyżyć tak ogromna liczba osób, skoro najbliższe całoroczne źródło wody – jezioro Peten Itza – znajduje się 33 km od miasta? Odpowiedź kryje się pod ziemią – w postaci olbrzymich cystern, w których przechowywano wodę.


Świat bogów

Nieco łatwiej mieli Majowie z miast położonych na Jukatanie w Meksyku. Dla nich zbiorniki wodne stworzyła sama natura. Na Jukatanie nie ma bowiem rzek. Woda deszczowa przesiąka przez wapienne podłoże i zbiera się w podziemnych jeziorach – cenotach. To wokół nich zakładali swoje największe miasta – Chichen Itza, Dibilchaltun… Majowie wierzyli, że w tych tajemniczych grotach z życiodajną wodą niegdyś mieszkali bogowie, a teraz na ich straży stoją aluxes. Dlatego składali im ofiary. Robią to do dziś.

– Aluxes mają wygląd starożytnych Majów – tłumaczy mi Olivier, kiedy schodzimy do dziewiczego cenotu, o którym wiedzą tylko okoliczni mieszkańcy. – Strzegą też ruin, pól, lasów. Zanim wejdziesz na ich teren, musisz zapytać się o pozwolenie. Indianie co jakiś czas zostawiają im w ofierze kilka papierosów, palą świeczki, składają kwiaty. Bo aluxes, jak się zdenerwują, to potrafią być naprawdę złośliwe. Rzucają kamieniami, straszą zwierzęta, przestawiają rzeczy… – wylicza Olivier. W myślach prosimy więc strażników cenotu o przychylność i za chwilę przeciskamy się przez wąską szczelinę do wnętrza olbrzymiej groty. Jedynym źródłem światła jest niewielka dziura w sklepieniu. Strumień światła nadaje kształty skałom. Zamykamy oczy, by się przyzwyczaiły do ciemności. W ciszy słyszymy tylko spadające krople.

– Witaj w Inframundo… – mówi Olivier, a ja w ciszy i ciemności czuję na sobie wzrok trzech zirytowanych duchów…
Cenoty mają różne formy. W Tulum społeczność Majów udostępniła zbiornik Dos Ojos. Za 300 peso kupuję bilet i wypożyczam sprzęt do snoorkelingu. Przede mną półtoragodzinna przygoda w labiryntach wypełnionych wodą. Na wyciągnięcie ręki są ryby, pode mną w błękitnej wodzie widzę zatopione głazy, stalagmity i stalaktyty. Nieopodal, kierując się od Dos Ojos w stronę głównej drogi na Tulum, mijamy jeszcze jeden cenot – Nicte Ha. Wygląda jak niepozorne leśne jeziorko, ale to właśnie tam wciąż żywy jest duch utraconego świata Majów. Cały teren wokół Nicte Ha należy do wspólnoty Muuchxiimbal, która stawia przed sobą dwa główne cele: ochronę środowiska naturalnego i kultury Majów. Zatem regularnie w wodach cenotu wychładzają swe ciała amatorzy temascalu, czyli indiańskiej sauny z metafizyczną ideologią.


Powrót do dawnych rytuałów

Budynek temascalu, w formie igloo, symbolizuje łono matki ziemi. – W jego wnętrzu otwieramy się na żywioł ognia, który rozgrzewa kamienie – tłumaczy Don Gabriel – żywioł wody, którą polewam kamienie oraz powietrza, które tam wdychamy. Wrota temascalu wychodzą na południe, czyli wprost na ścieżkę zmarłych, która łączy narodziny ze śmiercią. Zanim Don Gabriel pozwala nam wejść w tę świętą przestrzeń, wzywa duchy i energię wszechświata oraz składa im ofiary. Rytuały sprawuje również we wnętrzu temascalu. W ten sposób Don Gabriel oczyszcza nasze myśli i ciała. Nie do takiej roli przygotowywali go rodzice i dziadkowie. Tak jak oni miał zostać curandero, czyli znachorem i leczyć miksturami wykonanymi z ziół, okadzać chorych dymem z copalu, palić kolorowe świece świętym i duchom.

Jak takie zabiegi wyglądają w teorii, zobaczyłam dopiero w Muzeum Medycyny Majów w San Cristobal de las Casas. Jak wygląda leczenie w praktyce, doświadczyłam kilkanaście kilometrów dalej – w kościele w San Juan Chamula.
Bilet wstępu do świątyni kosztuje 20 peso. Wewnątrz uderza mnie intensywny zapach kadzideł i igliwia, którym wysypana jest posadzka. Za chwilę, kiedy wzrok przyzwyczaja się do półmroku i przebija się przez kłęby dymu, dostrzegam trupioblade twarze świętych podpierających ściany kościoła. Większość z nich ma lusterka na szyi, krzyże zaś owinięte są liśćmi. Przy ołtarzu pod centralną figurą Jana Chrzciciela modlą się ludzie i zawodzi orkiestra. –

Dlaczego Jezus jest taki mały, a Jan Chrzciciel taki duży? – pytam się „kościelnego”. – Bo Jan Chrzciciel jest bardzo potężny i skuteczny. Nie to co Jezus – odpowiada. Wokoło na posadzce siedzą grupki Indian. Curandero, którego wynajmuje się przy wejściu, zapala dla nich rzędy kolorowych świec, a na końcu ustawia rząd butelek coca- coli, sprite’a i wody. Widać aluxes lubią nie tylko papierosy… – Chcesz, oczyszczę cię – proponuje mi jeden z wolnych w tej chwili curandero. – Mam wszystko, co potrzeba – zioła, świeczki i prawdziwy mezcal. – A ja myślałam, że ta ciecz w butelce jest wodą… – Nie, to mezcal albo posh – tłumaczy mężczyzna – a napoje są na popitkę. Dla ludzi, żeby dopełnić rytuału, trzeba też złożyć w ofierze dwa koguty. To jak? Odprawię rytuał za jedyne 250 peso – nalega curandero. Tylko że ja właściwie wolałabym się spotkać X’manem. Ale niełatwo jest go spotkać. Majowie nie ufają obcym.


Kiedy po długiej podróży docieramy do chaty jednego z nich, okazuje się, że szaman w tej chwili w Cancun za murarza robi. Również następny stawia hotel na riwierze. Przyjął mnie dopiero trzeci z X’manów. Za 50 peso zgodził się powróżyć. Zza figurki Madonny z Gwadelupy wyciąga woreczek z magicznymi nasionami i kamykami. Zaczyna je mieszać i układać powtarzając modlitwę. Co chwila słyszę imiona chrześcijańskich świętych. To oni wyruszą z nim w podróż po świętym drzewie Ceiba, kiedy w podziemiach i w niebie dopytywać się będzie o moją najbliższą przyszłość.

Autor: Dorota Chojnowska

Komentarze