Uwielbiam zapach chleba - Anna Dereszowska

Bardzo lubię biegać i kiedy tylko mogę, zakładam sportowe buty i uprawiam jogging. To mnie doskonale odstresowuje, pomaga „spalić” napięcie. Rozmowa z aktorką, Anną Dereszowską.

Od dwóch lat jest pani mamą. Pamięta pani pierwszą myśl na wieść, że jest w ciąży?


Bardzo się ucieszyłam! A zaraz potem przestraszyłam, że moje życie diametralnie się zmieni. Tego obawia się chyba każda kobieta… Na szczęście z czasem okazało się, że te zmiany, choć ogromne, są zdecydowanie pozytywne: dziecko sprawia, że życie jest ciekawsze, bogatsze, piękniejsze i nabiera nowego sensu.


Marzyła pani o dziewczynce czy chłopczyku?


Marzyłam, żeby dziecko było zdrowe. Lęk o zdrowie maleństwa był moją największą bolączką w czasie ciąży. A to, czy urodzi się Lenka, czy Hubert nie miało większego znaczenia. Na szczęście urodził się nam wyjątkowo zdrowy okaz (śmiech).


Karmiła pani piersią? Wierzy pani, że to ważne?


Wierzę, choć sama nie byłam karmiona piersią przez moją mamę, mój brat też nie i żadne z nas nie narzeka na zdrowie. Ale uważam, że natura tak bilansuje pokarm matki, by był dla dziecka jak najlepszy. Dlatego, jeśli kobieta może karmić, powinna to robić jak najdłużej. Tak więc starałam się i ja. Niestety, nie było to łatwe. Po pierwsze musiałam zorganizować wszystko logistycznie, bo dość szybko po porodzie wróciłam na plan. Musiałam ściągać pokarm i zostawiać go córeczce. Poza tym karmienie było dla mnie niezwykle bolesne, więc nie była to, jak czasem twierdzą kobiety, niezwykła przyjemność.


A pamięta pani pierwsze słowo małej?


Pamiętam – to było słowo „tata”… „Mama” nauczyła się mówić nieco później. Nic dziwnego. Mój partner, Piotr, spędzał wtedy z Lenką więcej czasu.


Pierwsze dziecko często jest rozpieszczane. Czy Lenka jest traktowana jak mała księżniczka, czy też wierzy pani, że dziecku trzeba stawiać granice?


Jeśli pyta pani, czy wychowujemy córę bezstresowo to – nie, nie jesteśmy zwolennikami tego typu wychowania. Trochę dyscypliny dobrze robi. Nie stosujemy żadnych kar cielesnych, jesteśmy temu przeciwni, ale mądre stawianie granic to ważne elementy w wychowaniu dziecka. Lenka, choć jest bardzo kochana i dla nas najważniejsza na świecie, nie jest dzieckiem, któremu wszystko wolno.


A pani? Jaką pani była dziewczynką? Koronki i różowy kolor, czy spodnie i łażenie po drzewach?


Raczej spodenki i łażenie po drzewach. Bardziej od zabaw lalkami podobało mi się puszczanie samolotów z balkonu, struganie statków z drewna i wodowanie ich na rzece, gra w piłkę nożną i badmintona lub zabawa w domku na drzewie.


Nie marzyła pani wtedy, że jak dorośnie będzie aktorką?


Aktorką? Nie. W dzieciństwie marzyłam, że będę lekarzem. Jeszcze zdając na studia stałam przed wyborem, czy iść na aktorstwo, czy architekturę. A Lenka nie musi kontynuować aktorskich tradycji, tym bardziej, że ani w mojej rodzinie, ani w rodzinie Piotra nie było żadnych aktorów, więc trudno się tu jakiejś tradycji doszukać. Przyznam jednak, że wolałabym, by miała jakiś spokojniejszy i bardziej stabilny zawód. Choć oczywiście najważniejsze jest, by była szczęśliwa i sama kiedyś wybierze, co chciałaby robić.


Pani wybrała jednak aktorstwo, nie architekturę i teraz żyje pani trochę „na świeczniku”. Jak pani sobie z tym radzi?


Nie najgorzej, choć ma to swoje ciemne strony i bywa uciążliwe. Na szczęście jednak, na co dzień spotykam się raczej z miłymi oznakami popularności. Ostatnio uśmiałam się podczas wyjścia z siostrą na lody. W pewnym momencie podeszły do nas dwie pary i mówią „Dzień dobry, pani Aniu, właśnie przed chwilą spotkałyśmy na rynku drugą szaloną dziewicę, panią Anię Przybylską. To chyba macie tutaj jakiś zjazd”... To było miłe, bo pokazuje, że serial „Klub Szalonych Dziewic” jest oglądany i się podoba – co jest dla mnie ważne, bo sporo pracy i wysiłku weń włożyłam. Ale tak ogólnie nie uważam, żebym była jakoś straszliwie popularna, do tego stopnia, by nie móc wyjść spokojnie po zakupy lub anonimowo poruszać się po mieście. Tym bardziej, że w Warszawie ludzie są przyzwyczajeni do spotykania znanych twarzy i nie budzi to aż takiej sensacji.


Idąc na spacer z dzieckiem lub na zakupy robi pani makijaż, czy po prostu wychodzi pani z domu?


Zdecydowanie stawiam na naturalność i swobodę. Od eleganckich garsonek wolę dżinsy i sportowe buty. Poza tym w pracy mam dość makijażu.


Jak pani skóra znosi to wieczne malowanie?


W tej chwili makijaże nie sprawiają już, że skóra strasznie pod niemi cierpi. Na szczęście nawet sceniczny make-up umożliwiają jej oddychanie. W filmie coraz częściej używa się make-up’ów typu „no make-up”, takich bardziej niewidocznych, które bardzo lubię. Oczywiście, malowana codziennie skóra, będąca 14 godzin pod makijażem i wciąż dopudrowywana, jest zmęczona i poszarzała. Dlatego podstawą pielęgnacji w moim wypadku jest bardzo dokładne zmycie tego makijażu. Nie mogę się bez tego obejść. Wiem, że niektórym kobietom zdarza się iść spać z niezmytym makijażem, ale to jest zabójstwo dla skóry. Ja muszę go zmyć, choćby się paliło i waliło. A związany z malowaniem wysiłek rekompensuję skórze peelingami i maseczkami nawilżającymi, które w domu często nakładam. A że lubię poczuć, że coś się ze skórą robi, nie używam delikatnych peelingów enzymatycznych, ale tradycyjnych, drobnoziarnistych, które naprawdę można na skórze poczuć.

A co ma pani zawsze w torebce, pod ręką?


W mojej torebce na pewno nie może zabraknąć balsamu nawilżającego do ust. Bardzo mi wysychają, muszę je ciągle nawilżać. Jak nie mam balsamu przerażona biegnę do najbliższej drogerii, by go kupić. Choćby najtańszy, sztyftowy – ale jakiś po prostu muszę mieć zawsze. Puder lub tusz do rzęs wkładam do torebki tylko wychodząc na jakąś galę czy ważne spotkanie. Na co dzień nie są mi potrzebne, bo się nie maluję. A idąc gdzieś z córą, dokładam do torby pieluszki i wilgotne chusteczki.


Kiedy trzeba zrzucić parę kilo, woli pani dietę, czy ruch?


Zdecydowanie ruch. Bardzo lubię biegać i kiedy tylko mogę, zakładam sportowe buty i uprawiam jogging. To mnie doskonale odstresowuje, pomaga „spalić” napięcie – godzina biegu ze słuchawkami i muzyką sprawia, że czuję się jak nowonarodzona. Poza tym jeżdżę konno, gram w tenisa, jeżdżę na rowerze, bardzo lubię pływać, a zimą jeżdżę na nartach.


Podobno nieźle też pani tańczy. Czy to prawda, że taniec jest lepszy, niż seks?


Ja osobiście wolę to drugie (śmiech). Ale i taniec lubię, choć rzadko tańczę i nigdy się go nie uczyłam, więc tańczę raczej po swojemu.


A ćwiczenia ducha: uprawia pani jakąś dyscyplinę: jogę, medytację – to ostatnio dość modne?


Nie, na jogę czy medytację jestem zbyt aktywna i zawsze mi się wydawało, że to nie dla mnie. Jogi próbowałam jeszcze na studiach, ale jest za bardzo statyczna. Pewnie jeszcze kiedyś spróbuję, bo sporo znajomych mnie zachęca, twierdząc, że to fantastyczna sprawa. Jednak dziś mi się wydaje, że to nie jest aktywność, do której jestem stworzona.


Joga może i jest statyczna, ale podobno zdrowa. Dba pani o zdrowie? Robi coś w tym kierunku?


Często gotuję zdrowe potrawy. W ogóle staramy się jeść niskokalorycznie, niezbyt tłusto, na naszych talerzach jest sporo warzyw i owoców. Przyzwyczajam do tego od dzieciństwa moje dziecko i na szczęście Lenka dała się nauczyć. Ale nigdy nie starałam się wmusić w siebie czy moją rodzinę czegoś tylko dlatego, że jest zdrowe, jeśli wydaje się niefajne. Staram się, żeby było i zdrowo, i smacznie.


Zdrowe jest czerwone wino…


Bardzo je lubię, Piotr także. Czerwone wino poprawia trawienie i ma mnóstwo składników antyrodnikowych. Podobno pijąc wino jest się dłużej młodym i pięknym (śmiech). Lubimy sobie iść do sklepu i wybrać jakieś dobre wino. Najbardziej gustujemy w winach z nowego świata, argentyńskich, chilijskich.


Bez czego nie mogłaby pani żyć – jeśli chodzi o kulinaria?


Zdecydowanie bez chleba. Gdyby zniknął z powierzchni ziemi byłabym bardzo nieszczęśliwa. Uwielbiam pieczywo, zwłaszcza żytnie i razowe, ze słonecznikiem, sezamem lub dynią. Uwielbiam jego smak i zapach. Ale to nie tak, że za jednym zamachem zjadam pół bochenka. Czasem wystarczy mi jedna kromka, najlepiej piętka – i jestem szczęśliwa…

Autor: Agata Domańska

Komentarze