Uśmiecham się do świata

Wybitna aktorka i piękny człowiek. Zagrała dziesiątki wspaniałych ról filmowych i teatralnych, ale nie samym aktorstwem żyje. Od lat oddana jest pomocy osobom niepełnosprawnym intelektualnie. Usprawnia ich życie, a nas oswaja z niepełnosprawnością. Z Anną Dymną, aktorką Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, prezes fundacji „Mimo Wszystko”, rozmawia Anna Komorowska.

Stwierdziła pani kiedyś, że czuje się jak Syzyf, któremu nagle kamień spada na głowę. Co oznaczają te słowa?

Jeśli organizacja charytatywna taka jak moja fundacja chce mądrze i kompleksowo wspierać potrzebujących, nie może robić tego zrywami. Muszę być w pełni odpowiedzialna za moich podopiecznych. Konieczny jest więc konkretny plan, jasny cel i stabilność działania. Tymczasem w naszym kraju nieustannie zmieniają się przepisy, decydenci. Nieraz zdarza się, że prowadzę projekt charytatywny kilkanaście lat, ale kiedy przychodzi nowa władza, muszę od nowa tłumaczyć jego założenia. W takich sytuacjach czuję się naprawdę głupio, ręce mi opadają.

Kiedy czuła się pani taka bezsilna?

Przed ponad dziesięcioma laty wywalczyłam na przykład w nadbałtyckim Lubiatowie teren zajmowany niegdyś przez wojsko. Moja fundacja zamierzała wybudować na nim ośrodek wypoczynkowo-terapeutyczny dla osób niepełnosprawnych z całej Polski. Są przecież setki ludzi w ogromnie skomplikowanej sytuacji zdrowotnej, a przy tym również materialnej, którzy marzą o tym, by chociaż raz w życiu zobaczyć morze. Kiedy mieliśmy już wszelkie pozwolenia, plany architektoniczne, oczyściliśmy cały teren i wreszcie zaczęliśmy budowę pierwszego budynku, nagle otrzymałam pismo z informacją, by natychmiast wstrzymać wszystkie działania, bo rozważa się postawienie na tym terenie elektrowni atomowej. Koniec, kropka. Cały ogrom naszej pracy, kilka wydanych milionów… nic się nie liczyło. Wszystko zostało wstrzymane. Właśnie w takich sytuacjach czuję się jak Syzyf.

Przepisy nie mają uczuć.

Właśnie. Czuję się zupełnie bezbronna wobec cierpienia, które wynika z bezduszności przepisów. Rodzice niepełnosprawnych, głęboko upośledzonych osób w Wołominie zapytali mnie na przykład: „Co będzie z naszymi dziećmi, skoro w ośrodku mogą przebywać tylko do dwudziestego piątego roku życia? Przecież nie poradzimy sobie z nimi sami. A co będzie po naszej śmierci?”. W obliczu takiej rozpaczy nie wiem, co mówić i jak się zachować. Żyjemy w środku Europy, a w naszym kraju dochodzi do rzeczy prawdziwie barbarzyńskich. One nie są nagłaśniane, bo mają miejsce w małych miejscowościach, gdzieś na obrzeżach rzeczywistości. Najpotworniejsze jest cierpienie wynikające z bezradności.

Pani się jednak nie poddaje.

Nie dam się zniechęcić. I tak skończyłam budowę tego budynku w Lubiatowie. Zatrzymanie na tym etapie budowy oznaczałoby całkowite jego zniszczenie i zaprzepaszczenie społecznych pieniędzy. Oczywiście rozumiem, że dla rządu istnieją inwestycje strategiczne oraz inne priorytety. Nie potrafię jednak pojąć, dlaczego osoby najsłabsze zawsze są spychane na społeczne obrzeża, a ich potrzeby marginalizuje się. Moja fundacja zajmuje się również ludźmi, którzy o pomoc dla siebie nie potrafią nawet prosić. Oni nie są w stanie sami walczyć o siebie, protestować, urządzać manifestacji, okazać sprzeciwu...

Wyraża więc pani sprzeciw w ich imieniu…

Pomagam im, bo nie godzę się na to, żeby ludzie potwornie doświadczeni przez los traktowani byli jak obywatele drugiej kategorii. Żyjemy przecież w cywilizowanym kraju. W Lubiatowie działają na razie warsztaty terapeutyczne stworzone przez moją fundację. Dzięki tej placówce osoby chore i niepełnosprawne mieszkające w gminie Choczewo, które przez bardzo długi czas siedziały bezczynnie pozamykane w domach i czuły się zupełnie światu zbędne, wreszcie odnalazły sens i radość życia.To samo dzieje się w Radwanowicach, gdzie dzięki przekazywanym nam odpisom jednego procenta mogliśmy wybudować „Dolinę Słońca”. Bywają więc chwile, w których czuję się jak Syzyf. Ale wiem też, że należy robić swoje, działać uczciwie, konkretnie, z pasją. Jedynie wtedy można odpowiedzialnie realizować cele, zyskiwać społeczne zaufanie. Od chwili powstania w 2003 roku moja fundacja wsparła leczenie, rehabilitację i edukację kilkudziesięciu tysięcy osób w całej Polsce.

Prowadząc fundację „Mimo Wszystko” albo rozmawiając z niezwykłymi gośćmi w telewizyjnym programie „Spotkajmy się”, styka się pani z ludzkim cierpieniem. Można się na nie jakoś uodpornić?

Myślę, że absolutnie nie jest to możliwe. Moja wieloletnia działalność społeczna, styczność z osobami niepełnosprawnymi, a także ciężko chorymi czy nawet umierającymi nauczyły mnie jednak głębokiego rozumienia ludzkiego cierpienia. Na przykład przekonałam się, że ból fizyczny nie jest najgorszy.

To co jest gorsze od bólu?

Najpotworniejsze są samotność i bezradność, a także brak zrozumienia ze strony otoczenia. Wielokrotnie też słyszałam od ludzi niewidomych, chorych albo poruszających się na wózkach, że najbardziej upokarzające jest dla nich to, że otoczenie traktuje ich w taki sposób, jakby zupełnie spisywało ich na straty.

Robi pani wiele, żeby pokazać tym, którzy w ten sposób myślą o osobach niepełnosprawnych, że są w błędzie.

Tak, od 13 lat moja fundacja organizuje Festiwal Zaczarowanej Piosenki, czyli kilkuetapowy ogólnopolski konkurs dla uzdolnionych wokalnie osób niepełnosprawnych oraz Ogólnopolskie Dni Integracji „Zwyciężać Mimo Wszystko”. Mamy też „Akademię Odnalezionych Nadziei” – projekt, który wspiera edukację ludzi chorych i z niepełnosprawnościami znajdujących się w trudnej sytuacji materialnej. Fakt, że ktoś nie widzi, nie słyszy albo nie ma ręki czy nogi, nie oznacza przecież, że jest pozbawiony ambicji i marzeń. Jeśli tacy ludzie otrzymają wsparcie, potrafią prawdziwie zadziwiać swoją pasją, rzetelnością i solidnością pracy. Przekonałam się o tym dziesiątki razy. Oczywiście wszystko kosztuje. Nie na wszystkie projekty starcza nam pieniędzy. Ale nasza pomoc przynosi wspaniałe efekty.

Jak pani odpoczywa od trudnych spraw?

Na takie zwykłe odpoczywanie brakuje mi czasu. Na szczęście uwielbiam pracować. I to mnie ratuje. W każdym dniu właściwie działam „na styk”. W mojej codzienności wszystko przenika się i dopełnia. Żeby się udało, trzeba mieć w sobie radość i spokój. Zwykle zmieniam tylko przestrzenie działania. Chwilami zdaje mi się, że nie dam już rady, ale po chwili wchodzę na scenę w moim ukochanym Narodowym Starym Teatrze i na nowo czuję ogromny przypływ orzeźwiającej energii. A gdy zmęczy mnie teatr, to jadę do biura fundacji i zajmuję się sprawami moich podopiecznych. A potem regeneruję znowu siły podczas zajęć z moimi studentami w szkole teatralnej. Jeśli oni mnie zmęczą, to przemieszczam się do przestrzeni Salonów Poezji, których jestem gospodynią od 2002 roku. W ubiegłym roku mieliśmy już pięćsetne coniedzielne spotkanie w naszym Krakowskim Salonie Poezji. No i mam jeszcze jedną, chociaż rzadko odwiedzaną przestrzeń wypoczynku – w moim ogrodzie i kuchni, po której uwielbiam się krzątać i przygotowywać potrawy. A najwspanialszymi terapeutami w chwilach zmęczenia są moje koty.

Ma pani wielkie i wrażliwe serce. To magazyn ze „zdrowiem” w tytule, więc zapytam – jak pani o nie dba?

Przykładam ogromna wagę do regularnych badań lekarskich. Uprawiam przecież zawód, który wymaga sił i sprawności. Aby grać role, muszę rehabilitować się, codziennie ćwiczyć. Ze względu na moją pracę w fundacji „Mimo Wszystko” i inne zadania związane z działalnością społeczną nie zawsze jest to proste. Ale jakoś sobie radzę i trzymam się. Staram się także dbać o dietę, bo walczę z różnymi niedoskonałościami mojego organizmu. Na szczęście smakuje mi jedzenie, które służy mojemu zdrowiu. Ale dbanie o siebie polega również na tym, żeby nie tworzyć w sobie negatywnych emocji, unikać zapętlania się w złej energii.

Mieć pozytywne nastawienie do świata?

Należy często uśmiechać się do świata. Uśmiech jest jak światło. Ma prawdziwie magiczną siłę. Pomaga żyć. W dodatku jest zaraźliwy. To prawda, że uśmiech rodzi uśmiech. A w słonecznej, uśmiechniętej atmosferze łatwiej się rozmawia, wszystko staje się możliwe, mniej skomplikowane, ból jest mniej dotkliwy, problemy da się rozwiązać, droga wydaje się mniej stroma i nie tak daleka. Przecież dlatego mówi się, że śmiech to zdrowie. Siły czerpię też od ludzi – tak na scenie, jak i w życiu, w działaniu.

Osoby niepełnosprawne intelektualnie odbierają świat sercem. Czego jeszcze możemy się od nich nauczyć?

Rzeczy najważniejszych o nas i świecie. Dotarło to do mnie już dawno temu, chociaż wciąż jest to dla mnie niepojęte. Nie ma chyba słów, którymi można wyrazić takie doznania. Moi niepełnosprawni intelektualnie podopieczni nauczyli mnie prawdziwej radości, tego, że najważniejszy dla człowieka jest drugi człowiek. Odkryłam, że jeżdżę do nich po odrobinę normalności, po niekłamany uśmiech i prawdziwe uściski, po resztkę ludzkich odruchów niezniszczonych intelektem, wyrachowaniem, normami, wzorcami, nakazami. Oni naprawdę kochają i naprawdę potrzebują drugiego człowieka. Chociaż jestem aktorką i znam największych i najsławniejszych, pięknych i mądrych, to dzięki moim „innym” przyjaciołom potrafię widzieć prawdziwe piękno i sens życia. Moi podopieczni nie umieją kombinować, manipulować, świat rozumieją sercem. Po prostu czują, co jest człowiekowi najbardziej potrzebne.

My, zdrowi, często o tym zapominamy…

I przez to zabijamy uczucia i pragnienia, bo mózg mówi nam: „tego ci nie wypada, to ci się nie opłaca”. A dla moich podopiecznych najważniejsze jest, by obok był ktoś, by trzymał za rękę, by się do kogoś przytulić.

Wiele osób obawia się spotkania z osobą niepełnosprawną. Nie wiemy, jak się zachować, czujemy się niezręcznie…

Niesłusznie. Takich ludzi należy traktować normalnie, zwyczajnie. A jeśli zasłużą, można też na nich krzyknąć. Osoby z dysfunkcjami nie potrzebują naszej ckliwości, ona ich upokarza. Chcą być traktowane jak każdy.

Od początku swojej zawodowej drogi jest pani związana z Narodowym Starym Teatrem w Krakowie. W jakiej sztuce będziemy mogli panią zobaczyć w najbliższym czasie?

Na deskach Starego gram obecnie w kilku przedstawieniach: w „Orestei” i „Trylogii” Jana Klaty, w spektaklach Marcina Libera „Stara kobieta wysiaduje” oraz „Być jak Steve Jobs. Bohaterowie polskiej transformacji. Ballada o lekkim zabarwieniu heroicznym”, a także w „Płatonowie” Konstantina Bogomołowa. Najprawdopodobniej niebawem rozpocznę pracę nad nowym spektaklem. Ale dopóki nie rozpoczęto prób, szczegółów zdradzać nie będę.

Dziękuję!

Autor: Anna Komorowska, fot. Agnieszka Ożga-Woźnica

Komentarze