Trzeba wierzyć w zwycięstwo

Jest sportem elitarnym, a nawet snobistycznym. Wywodzi się przecież z tradycji szlacheckiej. Wystarczy przypomnieć najsłynniejsze  literackie wzory - trzech muszkieterów, albo Wołodyjowskiego. Rozmowa ze szpadzistą, Radosławem Zawrotniakiem.

- Jak to się stało, że chwycił Pan za broń i rozpoczął przygodę ze sportem?


Myślę, że zadecydowały o tym dwa czynniki. Moja, delikatnie mówiąc, niespokojna natura i przykład braterski. Mój starszy brat trenował szablę i dzięki niemu miałem kontakt z białą bronią od wczesnej młodości. Jednak ważnym powodem, dla którego rodzice szukali dla mnie sportowego zajęcia, było moje nadpobudliwe usposobienie, graniczące z ADHD. Już w szkole podstawowej trafiłem do klasy sportowej, a od czwartej klasy zacząłem trenować w sekcji szermierczej naszego dzielnicowego klubu sportowego na Salwatorze - KKS Kraków. Równie dobrze mogłem zostać judoką albo tenisistą, ale ośrodka tenisowego wtedy w Krakowie nie było, a sekcja judo Wisły Kraków akurat przeżywała poważny kryzys. Wreszcie dla rodziców 10-letniego chłopaka nie bez znaczenia była bliskość KKS-u.


- A zatem wszystko zaczęło się dzieciństwie. Czy to w dzisiejszym sporcie niezbędny warunek osiągnięcia sukcesu?


To oczywiście różnie bywa w różnych dyscyplinach, a także zależy od indywidualnego talentu, ale w zasadzie poważne traktowanie sportu zakłada bardzo wczesne początki.


- Może tu leży klucz do interpretacji naszych wyników z Pekinu? Jak ocenia Pan system szkolenia dzieci i młodzieży?


Takiego systemu nie ma. Zgadzam się z komentarzami, które mówią, że polski sport jest przypadkowy. Jeśli wielkie indywidualności sportowe nie mają prócz talentu także umiejętności organizowania pieniędzy, niczego nie osiągną albo przynajmniej ich zdolności nie rozkwitną tak, jak powinny. W Polsce bardzo brakuje ośrodków szkoleniowych dla młodzieży, ale wszystko zaczyna się na zwykłej lekcji WF w szkole. Nauczyciele nie poświęcają dzieciom czasu. Jak wszyscy są słabo opłacani. Nawet jeśli próbują coś robić na lekcjach, to nie mają czasu, warunków, ani możliwości rozszerzenia działań. To między innymi powód tego, że mistrzami olimpijskimi są Francuzi. We Francji w szkole są lekcje szermierki, która jest tam bardzo lubiana i szanowana.


- Poza tym w dziecku trzeba podtrzymać chęć uprawiania sportu. Przecież wyniki nie przychodzą po kilku treningach, a dzieci nie są wystarczająco zdeterminowane i świadome tego, ile wysiłku trzeba włożyć w sukces. Kiedyś się mówiło o trenerze wychowawcy, czy to pojęcie jeszcze funkcjonuje?


Przezywamy chyba kryzys zawodu trenerskiego. Praca z młodzieżą jest mniej efektowna, ale niezwykle ważna. Wielu trenerów, a szczególnie działaczy, woli zawodnika gotowego, którego można traktować jak rodzaj przepustki do podróży i profitów. Trudno jednak się dziwić. Nakłady finansowe państwa na sport są minimalne. Wiem, jak to wygląda w Krakowie, gdzie w budżecie miasta na sport dzieci jest naprawdę mało pieniędzy. Ale o czym tu mówić, jeśli nawet my, jako reprezentacja, mamy problemy z finansowaniem. W ciągu ostatnich 6 lat jako drużyna tylko raz nie zdobyliśmy medalu Mistrzostw Europy. Byliśmy 4 razy srebrni i raz złoci. A jednak nie mamy sponsora.


- To może szermierka nie jest tak atrakcyjna marketingowo, jak na przykład siatkówka?


Wręcz odwrotnie. Jest sportem elitarnym, a nawet snobistycznym. Wywodzi się przecież z tradycji szlacheckiej. Wystarczy przypomnieć najsłynniejsze literackie wzory -trzech muszkieterów, albo Wołodyjowskiego. Rozumieją to oczywiście Francuzi, rozumieją Włosi. Ale mówiąc szczerze, Włosi po prostu kalkulują. Wiedzą, że szermierka może im przynieść sporo medali i umieją ją sprzedać sponsorom. Oczywiście, trudno nam się mierzyć z siatkarzami, nie mówiąc o piłce nożnej. Sport poszedł w stronę marketingu. Dyscypliny zespołowe są w lepszej sytuacji, ale szermierka może być równie atrakcyjna.


- Mówi się, że jeśli z planszy zejdą Sylwia Gruchała i Magdalena Mroczkiewicz, kobieca drużyna przestanie się liczyć na świecie. Również wśród mężczyzn wymienia się tylko 5 mocnych zawodników, oprócz srebrnych medalistów z Pekinu: Pana, Tomasza Motyki, Roberta Andrzejuka i Adama Wierciocha, jeszcze tylko wielokrotnego medalistę Krzysztofa Mikołajczaka.


To prawda. Po olimpiadzie wiele się mówi o tym, że sportowcy w polskim systemie utrzymują się ze stypendiów. By je otrzymać, muszą rokrocznie „zrobić wynik" dla wielu takie stypendium jest jedynym źródłem utrzymania. Trenując po kilka godzin dziennie, nie są w stanie jeszcze zająć się poważną pracą. Fikcyjność zatrudnienia sportowców była cechą charakterystyczną sportu komunistycznego. W Niemczech czy we Włoszech sport też opiera się na stypendiach, ale są one obliczone na okresy czteroletnie i pozwalają na większą elastyczność. Dzięki medalowi olimpijskiemu spokojniej patrzę w przyszłość. Poza emeryturą, która mi przysługuje od 35. roku życia, mogę myśleć o karierze trenerskiej i niestety, wyjechać jak wielu za granicę. To właśnie doprowadziło do tąpnięcia sportu polskiego po olimpiadzie w Los Angeles, gdy wielu zawodników i szkoleniowców wyemigrowało, a potem zdobywali medale dla Niemiec czy innych państw. Co jednak mają powiedzieć inni sportowcy, którzy uczestniczą w ruletce: będzie wynik i stypendium, czy nie. Taka atmosfera wykańcza psychicznie i oczywiście nie sprzyja ani rywalizacji sportowej, ani spokojnemu życiu.


- Każdy sport, a ten oparty na koncentracji, refleksie i szybkości zapewne szczególnie, musi wywoływać wiele napięć i stresu. Jak Pan sobie z tym radzi?


Naturalnie, zawodowy sport jest bardzo stresujący. Dlatego właśnie mamy pretensję do naszego związku i osobiście do prezesa Adama Lisewskiego, który nie dostrzega, że w trakcie jego 28-letniej kadencji świat sportu się zmienił. W szermierce psychika jest szczególnie ważna. A my nie mamy psychologa, który by nam pomagał. Stając do walki, muszę być odpowiednio zmotywowany, muszę wierzyć, że wygram. To niekiedy wygląda jak zarozumialstwo, ale zawsze trzeba jechać po złoto. Jeśli wychodzi się do walki bez wiary w zwycięstwo, można od razu się poddać. To rodzaj transu. Motywacja i koncentracja. I tylko to się liczy. Świat przestaje istnieć, a ja wygrywam. Często obserwujemy ekstremalne reakcje: krzyk, skoki albo łzy. To właśnie znak olbrzymiego napięcia towarzyszącego walce. Kiedy dwa lata temu miałem możliwość współpracy z psychologiem, wystarczył jeden krótki, 20-minutowy test, który wykazał braki koncentracji. Dostałem wtedy zestaw ćwiczeń, które pozwoliły mi popracować nad psychiką. Gdy większość zawodników technicznie potrafi tyle samo, właśnie tam tkwią rezerwy. Walkę wygrywa silniejszy psychicznie, czasem wcale nie lepszy.

My wszyscy jesteśmy na tyle świadomi i profesjonalni, że wiemy, czego nam brakuje. Potrafimy się samodoskonalić, ale jest nam niekiedy potrzebna wskazówka zewnętrzna, potwierdzenie naszych intuicji albo odwrotnie - radykalna zmiana myślenia. Przygotowany zawodnik wie, ile jest wart, ile pracy włożył, ile potu wylał na ciężkich treningach - potrafi ocenić swoją formę. Wtedy nie boi się niczego. Inni, co wcale nie jest rzadkie, wierzą w zabobony, na przykład wchodzą tyłem na salę. Jeszcze inni zrzucają winę na czynniki zewnętrzne. Można też oszukać psychikę, zbudować swoją pewność wizualizacjami czy innymi technikami, które już są powszechnie znane. Niezależnie od metod, jedno jest pewne, w dzisiejszym sporcie wygrywa silniejszy psychicznie.


- Czy ma Pan poczucie, że taka odporność psychiczna pomaga w życiu codziennym?


Zdecydowanie tak. Po pierwsze, w życiu bardziej niż w sporcie zależy nam na sukcesie i nie osiągniemy go bez tej samej wiary graniczącej z bezczelnością. Trzeba być upartym i konsekwentnym. Oczywiście, w ramach zdrowego rozsądku. Po drugie, rywalizacja sportowa uczy, że jedna przegrana to nie koniec świata. Nawet gdy jest to przegrana na olimpiadzie. Będą mistrzostwa i następne igrzyska. Ważne jest jedno: wyciągać wnioski z porażek. Dowiedzieć się, dlaczego się przegrało i szukać tej odpowiedzi przede wszystkim w sobie, potem jeszcze w sobie i dalej w sobie, a na końcu poza sobą.


- Pańskie zachowanie na planszy, podczas olimpijskiej walki finałowej z Francją, świadczy jednak o tym, że nie zawsze chodzi o zwycięstwo.


Jak już mówiłem, szermierka to sport szlachetny. Tradycja rycerska mówi, ze nawet w walce na śmierć i życie przeciwnik, któremu wypadła broń z ręki, musi dostać czas na jej podniesienie. Medal olimpijski to nie jest walka o życie. Podjąłem taką decyzję, skonsultowałem ją z trenerami. Nie atakowałem „rannego" Francuza, mimo zachęt, a nawet gwizdów z widowni. Choć taka moja reakcja spowodowała, że na planszę nie wyszedł czwarty zawodnik z francuskiej drużyny, prywatnie nasz przyjaciel, i w efekcie, zgodnie z przepisami olimpijskimi, nie mógł dostać złotego medalu razem z drużyną.


- Na koniec wypada zapytać, skoro jest Pan tak krytyczny, czy widzi Pan jakąś nadzieję dla szermierki i polskiego sportu w perspektywie Londynu 2012?


Wydaje mi się, że musi nastąpić wiele zmian. Po pierwsze, sport musi uzyskać więcej pieniędzy czy od państwa, czy od sponsorów. Te środki muszą być lepiej i efektywniej wykorzystywane. Raczej powinny trafiać do klubów niż do związków, przynajmniej w ich dzisiejszym kształcie. Musi też nastąpić rewolucja wśród trenerów, którzy dziś nie mają motywacji finansowej, by się rozwijać, a i związki nie egzekwują od nich takiego doskonalenia. Sukcesy osiągają pasjonaci jak choćby mój trener - Zbigniew Reczek. Przecież sport, z całym szacunkiem dla niego, nie może zależeć od pasjonatów. Nie może być tak, że pasjonat zawodnik spotyka się z pasjonatem trenerem, nagle osiągają niespodziewany sukces, a po nich następuje pustka. Za światło w tunelu uznaję pojawienie się Akademickich Centrów Szkolenia Sportowego. To są nowoczesne struktury, które budzą moją nadzieję, szczególnie że wielu naszych medalistów to zawodnicy AZS-ów.

Autor: Tomasz Kowalczuk

Komentarze