Trening dla zdrowia

Nie znosi ćwiczeń na siłowni, ale poświęca mnóstwo czasu na „rzeźbienie" swojej sylwetki. Uwielbia egzotyczną kuchnię, ale i swojskiego śledzia z cebulką. Godzi sprzeczności dla zdrowia i kondycji. Rozmowa z aktorką Marią Góralczyk.

Podobno sport jest dla ciebie bardzo ważny?

 

I tak i nie. Jako dziecko jeździłam konno, trochę na łyżwach. Tatuś zabierał mnie na wycieczki rowerowe, ale nie byłam jakimś wyczynowcem. Nie byłam szczęśliwa, że muszę chodzić na lekcję w-f. Później się to zmieniło. Zauważyłam, że mój organizm potrzebuje sportu. Poza tym kiedyś nie musiałam nic robić, żeby moje ciało dobrze się prezentowało, niestety, z wiekiem już tak nie jest i na dobry wygląd trzeba zapracować. Poza tym jestem osobą aktywną i w ogóle mam potrzebę ruszania się. Jak przychodzi weekend, nie potrafię spędzić go w domu na kanapie. Mój trener powiedział mi, że sport uzależnia. Na początku raczej mnie to rozbawiło, ale kiedy po okresie systematycznych ćwiczeń miałam miesiąc przerwy, to poczułam, że zaczyna mnie „nosić".



Masz trenera?

 

Tak, dzięki niemu znajduję motywację do systematycznych treningów, co jest w każdym sporcie najtrudniejsze. Jeśli sama z siebie miałabym pójść na siłownię, to pewnie bym nie poszła, a jak wiem, że jestem umówiona z Adamem, to idę, bo wszystko jest umówione, zapłacone i nie ma przebacz. Zaczęło się od tego, że zależało mi na wyrobieniu masy mięśniowej i spaleniu tłuszczu. Adam dobrał dietę i ćwiczenia pod takim właśnie kątem. To wbrew pozorom nie jest takie proste. Nie są to siłowe ćwiczenia przy użyciu sprzętu, tylko zajęcia na sali gimnastycznej.

 

 

Rozumiem, że rekomendujesz naszym czytelnikom ćwiczenia z osobistym trenerem?

 

Absolutnie tak. Po pierwsze, taki trener skupia się wyłącznie na tobie. Musisz mu przedstawić swoje cele, a on dobierze odpowiedni trening. Sprawdza też twoje możliwości, kondycję. Adam wie, że nie przepadam za siłownią, dlatego często ćwiczymy w parku. I o ile na początku byłam do tego sceptycznie nastawiona, myśląc, że takie ćwiczenia w plenerze to raczej rekreacja niż autentyczny wysiłek, o tyle po pierwszych zajęciach zweryfikowałam swoją opinię. Przez trzy dni nie mogłam wstawać, chodzić, biegać (śmiech), nic nie mogłam robić. Bolały mnie mięśnie, o których istnieniu nie miałam zielonego pojęcia. Kolejna kwestia to dobranie diety. Nie zaliczam się do osób, które twierdzą, że życie jest jedno i nie należy sobie niczego odmawiać. Niemniej kiedy usłyszałam, że na ostatnim moim posiłkiem jest ryba bez żadnych dodatków, to zbladłam. Aczkolwiek już przywykłam (śmiech).

 

 

I tak na każdą kolację jesz rybę, samą rybę?

 

A wiesz o istnieniu ilu gatunków ryb dowiedziałam się dzięki temu (śmiech)? Zresztą jedyny dodatek, na jaki dostałam pozwolenie, to cebulka do śledzia. Istotnie jednak, wachlarz możliwości jest ograniczony, ale ja też nie mam potrzeby zrzucenia dwudziestu kilogramów. Jeśli czasem zjem na kolację sałatkę, to nic takiego się nie stanie.

 

 

Czy jest jakaś konkretna dyscyplina sportu, która daje ci te emocje?

 

Latem to przede wszystkim wakeboarding. Na początku szło mi trochę opornie. Nie mogłam na tej desce wstać z wody. Zawzięłam się jednak i trzeciego roku po setnej próbie w końcu wstałam. Wtedy naprawdę złapałam bakcyla. Uwielbiam też jazdę konną...

 

 

To pasja, którą zaraziłaś się w dzieciństwie?

 

Dzieci jak to dzieci, nie boją się niczego. Skończyło się bardzo groźnym wypadkiem i na długie lata zraziłam się do jeździectwa. Dwa lata temu zdecydowałam się wrócić do tego sportu, kiedy okazało się, że mój obecny partner lubi jazdę konną.

 

 

A jakieś sporty zimowe?

 

Nienawidzę zimna. Należę do osób, które budzą się do życia z nastaniem lata. Dla mnie wyprawa w grudniu na snowboard kompletnie odpada. Ewentualnie mogę jechać w kwietniu, kiedy jest słońce i w miarę ciepło. Wtedy to sprawia mi przyjemność , bo mogę poopalać się w górach na leżaku, pooddychać świeżym powietrzem i trochę pojeździć.

 

Zatem wakacje stoją pod hasłem „ahoj przygodo", byle nie tam, gdzie zimno. Opowiedz trochę o tych waszych wyjazdach. To brzmi ciekawie. Jakieś takie ekstremalne przygody, dziwne miejsca, które zwiedziliście.

 

Chyba najbardziej egzotyczne miejsce, w którym byłam, to Królestwo Kambodży. To chyba jedno z niewielu państw świata niesformatowanych jeszcze przez postęp cywilizacji. Drugi raz jednak pewnie się tam już nie wybiorę i to nie dlatego, że się zawiodłam. Jest jeszcze tyle miejsc na świecie, a ja mam taki głód zwiedzania różnych krajów, że nie przepadam za powrotami. Na przykład teraz chciałabym pojechać do Laosu, który co prawda leży obok Kambodży, ale to już zupełnie inna kultura, zupełnie inni ludzie.

 

 

Zwiedzanie to również poznawanie nowych smaków. Jaki smak ma kuchnia Kambodży?

 

To przede wszystkim kuchnia tajska, którą istotnie lubię. Jestem jednak przyzwyczajona do europejskich standardów i jeśli widzę karaluchy na stole, to raczej tracę apetyt, a niestety w Kambodży tak to wygląda. W ogóle jest to bardzo ciekawy, pełen olbrzymich kontrastów kraj. Nie ma środka: albo biedota przemieszczająca się na piechotę, albo biznesmeni w luksusowych limuzynach.

 

 

Wspomniałaś, że lubisz kuchnię tajską, a jaką preferujesz na co dzień i czy w ogóle poza konsumowaniem zdarza ci się przygotowywać posiłki?

 

Oj, ja uwielbiam gotować i to z prostej przyczyny - po prostu mnie to odpręża. Często wracam styrana po całym dniu pracy i zamiast się położyć, jadę jeszcze na zakupy i po powrocie gotuję. Stało się to wręcz nawykiem. Jeśli po powrocie z pracy nie przygotuję kolacji, to czuję jakby dzień kończył się bez pointy. Wczoraj właśnie tak się złożyło. Zapomniałam zrobić zakupy i nagle panika - jak to, nie będzie kolacji? Miałam pieczonego łososia z poprzedniego dnia i wyczarowałam z niego sałatkę. Co prawda resztką sił, ale jednak chciało mi się wstać i coś przygotować. Uwielbiam też zapraszać gości na wspólne gotowanie. Wyniosłam sporo rytuałów z rodzinnego domu, w którym mama zawsze dbała, żeby co niedzielę cała rodzina spotykała się przy obiedzie. Bardzo bym chciała, żeby również w przyszłości moje dzieci miały takie przyzwyczajenie.

 

 

Czy są jakieś potrawy, których w ogóle nie jadasz?

 

Jem bardzo mało mięsa, czerwonego właściwie wcale, czasem sięgam po drób ekologiczny. Choć niekiedy poświęcam się i przygotowuję mięsne dania dla gości.

 

 

Nie jesz mięsa z wyboru?

 

Trudno to nazwać świadomym wyborem, po prostu od dziecka za nim nie przepadałam. Opowiedz o swoich daniach popisowych, o takich, które wiesz, że zawsze wyjdą dobrze. Na przykład śniadanie. Podejrzałam to w jakiejś restauracji. Łosoś z serkiem mascarpone na grzance. Bardzo proste i pyszne zarazem. W ogóle często staram się w domu odtwarzać to, co jadłam w jakiejś restauracji. Do tego stopnia, że robię telefonem zdjęcie menu, gdzie podane są składniki, no i samego dania. Lubię włoską kuchnię i wszelkiego rodzaju pasty, sałaty, ale z drugiej strony uwielbiam śledzika z cebulką.



A jak wygląda twój rozkład dnia?

 

Powiem od końca (śmiech). Kładę się spać zazwyczaj około drugiej, a następnego dnia, o ile nie mam jakichś wcześniejszych spotkań, ustawiam budzik na dziewiątą. Od jakiegoś czasu poza aktorstwem pracuję również jako agent nieruchomości. To wprowadziło dużo systematyki do mojego życia. Bardzo mnie wciągnął ten zawód i daje mi dużo satysfakcji. Polega on w dużym stopniu na poznawaniu nowych ludzi, co jest moją autentyczną pasją. Co prawda jedni są fajni, a inni mniej, ale na planie zdjęciowym jest podobnie i nie mamy na to żadnego wpływu.

 

 

A w jaki sposób klienci na ciebie reagują?

 

No raczej pani z serialu nie robi na nich jakiegoś większego wrażenia (śmiech). Tak naprawdę raz miałam sytuację, w której klientka zasugerowała, że rozpoznaje mnie z jednej z ról, w jakie się wcielałam, ale na tym się skończyło, a ludzie nawet jak mnie rozpoznają, to tego w żaden sposób nie komentują. Fajne, bo to zupełnie inna „rola".

Podobno sport jest dla ciebie bardzo ważny?

 

I tak i nie. Jako dziecko jeździłam konno, trochę na łyżwach. Tatuś zabierał mnie na wycieczki rowerowe, ale nie byłam jakimś wyczynowcem. Nie byłam szczęśliwa, że muszę chodzić na lekcję w-f. Później się to zmieniło. Zauważyłam, że mój organizm potrzebuje sportu. Poza tym kiedyś nie musiałam nic robić, żeby moje ciało dobrze się prezentowało, niestety, z wiekiem już tak nie jest i na dobry wygląd trzeba zapracować. Poza tym jestem osobą aktywną i w ogóle mam potrzebę ruszania się. Jak przychodzi weekend, nie potrafię spędzić go w domu na kanapie. Mój trener powiedział mi, że sport uzależnia. Na początku raczej mnie to rozbawiło, ale kiedy po okresie systematycznych ćwiczeń miałam miesiąc przerwy, to poczułam, że zaczyna mnie „nosić".



Masz trenera?

 

Tak, dzięki niemu znajduję motywację do systematycznych treningów, co jest w każdym sporcie najtrudniejsze. Jeśli sama z siebie miałabym pójść na siłownię, to pewnie bym nie poszła, a jak wiem, że jestem umówiona z Adamem, to idę, bo wszystko jest umówione, zapłacone i nie ma przebacz. Zaczęło się od tego, że zależało mi na wyrobieniu masy mięśniowej i spaleniu tłuszczu. Adam dobrał dietę i ćwiczenia pod takim właśnie kątem. To wbrew pozorom nie jest takie proste. Nie są to siłowe ćwiczenia przy użyciu sprzętu, tylko zajęcia na sali gimnastycznej.

 

 

Rozumiem, że rekomendujesz naszym czytelnikom ćwiczenia z osobistym trenerem?

 

Absolutnie tak. Po pierwsze, taki trener skupia się wyłącznie na tobie. Musisz mu przedstawić swoje cele, a on dobierze odpowiedni trening. Sprawdza też twoje możliwości, kondycję. Adam wie, że nie przepadam za siłownią, dlatego często ćwiczymy w parku. I o ile na początku byłam do tego sceptycznie nastawiona, myśląc, że takie ćwiczenia w plenerze to raczej rekreacja niż autentyczny wysiłek, o tyle po pierwszych zajęciach zweryfikowałam swoją opinię. Przez trzy dni nie mogłam wstawać, chodzić, biegać (śmiech), nic nie mogłam robić. Bolały mnie mięśnie, o których istnieniu nie miałam zielonego pojęcia. Kolejna kwestia to dobranie diety. Nie zaliczam się do osób, które twierdzą, że życie jest jedno i nie należy sobie niczego odmawiać. Niemniej kiedy usłyszałam, że na ostatnim moim posiłkiem jest ryba bez żadnych dodatków, to zbladłam. Aczkolwiek już przywykłam (śmiech).

 

 

I tak na każdą kolację jesz rybę, samą rybę?

 

A wiesz o istnieniu ilu gatunków ryb dowiedziałam się dzięki temu (śmiech)? Zresztą jedyny dodatek, na jaki dostałam pozwolenie, to cebulka do śledzia. Istotnie jednak, wachlarz możliwości jest ograniczony, ale ja też nie mam potrzeby zrzucenia dwudziestu kilogramów. Jeśli czasem zjem na kolację sałatkę, to nic takiego się nie stanie.

 

 

Czy jest jakaś konkretna dyscyplina sportu, która daje ci te emocje?

 

Latem to przede wszystkim wakeboarding. Na początku szło mi trochę opornie. Nie mogłam na tej desce wstać z wody. Zawzięłam się jednak i trzeciego roku po setnej próbie w końcu wstałam. Wtedy naprawdę złapałam bakcyla. Uwielbiam też jazdę konną...

 

 

To pasja, którą zaraziłaś się w dzieciństwie?

 

Dzieci jak to dzieci, nie boją się niczego. Skończyło się bardzo groźnym wypadkiem i na długie lata zraziłam się do jeździectwa. Dwa lata temu zdecydowałam się wrócić do tego sportu, kiedy okazało się, że mój obecny partner lubi jazdę konną.

 

 

A jakieś sporty zimowe?

 

Nienawidzę zimna. Należę do osób, które budzą się do życia z nastaniem lata. Dla mnie wyprawa w grudniu na snowboard kompletnie odpada. Ewentualnie mogę jechać w kwietniu, kiedy jest słońce i w miarę ciepło. Wtedy to sprawia mi przyjemność , bo mogę poopalać się w górach na leżaku, pooddychać świeżym powietrzem i trochę pojeździć.

 

 

Zatem wakacje stoją pod hasłem „ahoj przygodo", byle nie tam, gdzie zimno. Opowiedz trochę o tych waszych wyjazdach. To brzmi ciekawie. Jakieś takie ekstremalne przygody, dziwne miejsca, które zwiedziliście.

 

Chyba najbardziej egzotyczne miejsce, w którym byłam, to Królestwo Kambodży. To chyba jedno z niewielu państw świata niesformatowanych jeszcze przez postęp cywilizacji. Drugi raz jednak pewnie się tam już nie wybiorę i to nie dlatego, że się zawiodłam. Jest jeszcze tyle miejsc na świecie, a ja mam taki głód zwiedzania różnych krajów, że nie przepadam za powrotami. Na przykład teraz chciałabym pojechać do Laosu, który co prawda leży obok Kambodży, ale to już zupełnie inna kultura, zupełnie inni ludzie.

 

 

Zwiedzanie to również poznawanie nowych smaków. Jaki smak ma kuchnia Kambodży?

 

To przede wszystkim kuchnia tajska, którą istotnie lubię. Jestem jednak przyzwyczajona do europejskich standardów i jeśli widzę karaluchy na stole, to raczej tracę apetyt, a niestety w Kambodży tak to wygląda. W ogóle jest to bardzo ciekawy, pełen olbrzymich kontrastów kraj. Nie ma środka: albo biedota przemieszczająca się na piechotę, albo biznesmeni w luksusowych limuzynach.

 

 

Wspomniałaś, że lubisz kuchnię tajską, a jaką preferujesz na co dzień i czy w ogóle poza konsumowaniem zdarza ci się przygotowywać posiłki?

 

Oj, ja uwielbiam gotować i to z prostej przyczyny - po prostu mnie to odpręża. Często wracam styrana po całym dniu pracy i zamiast się położyć, jadę jeszcze na zakupy i po powrocie gotuję. Stało się to wręcz nawykiem. Jeśli po powrocie z pracy nie przygotuję kolacji, to czuję jakby dzień kończył się bez pointy. Wczoraj właśnie tak się złożyło. Zapomniałam zrobić zakupy i nagle panika - jak to, nie będzie kolacji? Miałam pieczonego łososia z poprzedniego dnia i wyczarowałam z niego sałatkę. Co prawda resztką sił, ale jednak chciało mi się wstać i coś przygotować. Uwielbiam też zapraszać gości na wspólne gotowanie. Wyniosłam sporo rytuałów z rodzinnego domu, w którym mama zawsze dbała, żeby co niedzielę cała rodzina spotykała się przy obiedzie. Bardzo bym chciała, żeby również w przyszłości moje dzieci miały takie przyzwyczajenie.

 

 

Czy są jakieś potrawy, których w ogóle nie jadasz?

 

Jem bardzo mało mięsa, czerwonego właściwie wcale, czasem sięgam po drób ekologiczny. Choć niekiedy poświęcam się i przygotowuję mięsne dania dla gości.

 

 

Nie jesz mięsa z wyboru?

 

Trudno to nazwać świadomym wyborem, po prostu od dziecka za nim nie przepadałam. Opowiedz o swoich daniach popisowych, o takich, które wiesz, że zawsze wyjdą dobrze. Na przykład śniadanie. Podejrzałam to w jakiejś restauracji. Łosoś z serkiem mascarpone na grzance. Bardzo proste i pyszne zarazem. W ogóle często staram się w domu odtwarzać to, co jadłam w jakiejś restauracji. Do tego stopnia, że robię telefonem zdjęcie menu, gdzie podane są składniki, no i samego dania. Lubię włoską kuchnię i wszelkiego rodzaju pasty, sałaty, ale z drugiej strony uwielbiam śledzika z cebulką.



A jak wygląda twój rozkład dnia?

 

Powiem od końca (śmiech). Kładę się spać zazwyczaj około drugiej, a następnego dnia, o ile nie mam jakichś wcześniejszych spotkań, ustawiam budzik na dziewiątą. Od jakiegoś czasu poza aktorstwem pracuję również jako agent nieruchomości. To wprowadziło dużo systematyki do mojego życia. Bardzo mnie wciągnął ten zawód i daje mi dużo satysfakcji. Polega on w dużym stopniu na poznawaniu nowych ludzi, co jest moją autentyczną pasją. Co prawda jedni są fajni, a inni mniej, ale na planie zdjęciowym jest podobnie i nie mamy na to żadnego wpływu.

 

 

A w jaki sposób klienci na ciebie reagują?

 

No raczej pani z serialu nie robi na nich jakiegoś większego wrażenia (śmiech). Tak naprawdę raz miałam sytuację, w której klientka zasugerowała, że rozpoznaje mnie z jednej z ról, w jakie się wcielałam, ale na tym się skończyło, a ludzie nawet jak mnie rozpoznają, to tego w żaden sposób nie komentują. Fajne, bo to zupełnie inna „rola".

 

Autor: Michał Adaszewski

Komentarze