To nie morze szumi

Rozmowa z dr n. med. Grażyną Bartnik z Instytutu Fizjologii i Patologii w Warszawie

Jakie są przyczyny szumu w uszach?


Najczęstszą jest zaburzenie funkcji lub uszkodzenie ucha wewnętrznego.


Dlaczego tak się dzieje?


W naszych drogach słuchowych, od ucha do mózgu, stale płynie prąd elektryczny. Jest to tzw. aktywność spontaniczna zwana przez naukowców „kodem ciszy", ponieważ tych fizjologicznych wyładowań elektrycznych normalnie nie słyszymy, bo mózg ich nie wykrywa, póki mieszczą się one w ramach norm fizjologicznych.


Kiedy zaczynamy słyszeć szum?


Jeżeli aktywność przepływającego prądu się zmienia, staje się ona niefizjologiczna i trwa przez jakiś czas. Wtedy mózg zaczyna ją rejestrować. Pewne struktury w mózgu, na poziomie podkorowym, wykrywają owe zmiany i przekazują je do kory słuchowej, gdzie dochodzi do ich percepcji. Odbieramy, słyszymy wtedy ten zmieniony prąd właśnie w postaci różnych dźwięków w głowie lub w uszach. Mogą to być szumy, gwizdy, piski, bulgotanie, pukanie, trzeszczenie, stuki, dzwonienie i wiele innych dźwięków. Dla uproszczenia nazywamy je szumami.


Jakie mogą być przyczyny szumów w głowie (uszach), oprócz uszkodzenia ucha wewnętrznego?


Do szumu usznego mogą prowadzić również zaburzenia w nerwach słuchowych lub w centralnych ośrodkach nerwowych. Wszystkie te zaburzenia mogą powstawać po: urazach akustycznych, zakażeniach wirusowych, zaburzeniach krążenia, niedotlenieniach, urazach głowy i szyi, procesach rozrostowych, chemicznych uszkodzeniach, np. lekami, gazami czy toksycznymi farbami. Najwrażliwsze są jednak komórki słuchowe w uszach wewnętrznych i to one zwykle w pierwszej kolejności ulegają uszkodzeniom.


I mózg to wtedy wykrywa i podaje dalej. Słyszymy szum.


Tak. Ale czasami zdrowe komórki sąsiednie przejmują funkcje uszkodzonych i produkują ten prąd tak, jak trzeba. Wtedy mózg jeszcze nie wykrywa nieprawidłowości i nie słyszymy żadnych dźwięków w głowie ani w uszach. Ale jeśli uszkodzenie komórek przekroczy normy kompensacji, to mózg musi je wykryć i podać to do percepcji. Zaczynamy mieć wtedy jakieś „nowe" odczucia dźwiękowe w uszach lub w głowie, przy braku źródła dźwięku w otoczeniu.


Co się dzieje dalej?


Te sygnały mają tendencje do utrwalania się. Na początku możemy je słyszeć okresowo, i tylko w ciszy, kiedy nie ma dźwięków konkurencyjnych - z zewnątrz (spoza ciała). Wtedy właśnie to, co dzieje się w głowie, jest priorytetem. Ale po jakimś czasie „nasze szumy" zaczynają się przebijać przez różne dźwięki ze świata, i słyszymy je, chociaż nie jesteśmy w ciszy. Po jakimś czasie szum się utrwala, zapisuje w pamięci mózgowej, a potem odtwarza... Inaczej mówiąc, słysząc później szumy, których nie ma, te zapisane w mózgu, to tzw. fantomowa percepcja, która, niestety, ma tendencje do utrwalania się na stałe. Potem możemy słyszeć szumy na okrągło.


A jakby ucho wewnętrzne wróciło do normy, wyzdrowiało?


Samo wyleczenie ucha nie gwarantuje ustąpienia szumów, bo zapisują się one w tzw. pamięci mózgowej.


Czy zaburzenia hormonalne też mogą mieć wpływ na powstanie szumów?


Jest duże sprzężenie zwrotne między hormonami tarczycy a metabolizmem ucha wewnętrznego. Szczególnie dotyczy to niedoczynności tarczycy, w efekcie której może dojść do patologicznej pracy komórek słuchowych.


Jak leczymy wobec tego same szumy uszne? Czyli w jaki sposób można się pozbyć tej przykrej dolegliwości?


Cała terapia polega na resetowaniu zapisu z głowy, kory słuchowej. Musimy te szumy wymazać z tzw. pamięci mózgowej, a wtedy pacjent przestanie je słyszeć. W pewnych przypadkach tak właśnie udaje się pozbyć wrażenia szumu, czasami nawet całkiem go zlikwidować. Ale podkreślam, nigdy nie należy dopuszczać do takiej sytuacji, aby szum własny był dominującym bodźcem akustycznym. Należy zawsze zapewnić sobie dodatkowe dźwięki - najlepiej w tle do własnego szumu. Szczególnie jest to ważne, kiedy jest cicho, a więc wieczorem, w nocy i rano. Dlatego zalecamy, aby pacjent zawsze starał się przebywać w otoczeniu dodatkowych dźwięków - nigdy tylko z własnym szumem. I na tym polega terapia neurofizjologiczna. Nie wolno np. zatykać uszu, nosić stoperów. Wręcz odwrotnie, należy dostarczać dodatkowych dźwięków, które będą tworzyły tło akustyczne. Ale nie polega to na zagłuszaniu szumu w głowie, ale wprowadzeniu delikatnie dźwięku dodatkowego, nie przyciągającego uwagi, może to być np. nagranie z deszczem, śpiewem ptaków, szumem fal morskich czy jakiekolwiek inne. Taka terapia doprowadza po kilku miesiącach do przestrojenia drogi słuchowej. Mózg przestaje wykrywać własny szum, tracimy go ze świadomości, przestaje on mieć dla nas jakiekolwiek znaczenie.


Ile musi upłynąć czasu, abyśmy przestali odczuwać dźwięki z własnej głowy?


Na efekty trzeba poczekać, to wiele miesięcy treningu. Ale jeśli pacjent rzeczywiście nigdy nie pozostaje w absolutnej ciszy, to ma szansę, że już po 3-6 miesiącach nastąpi wyraźna poprawa. W końcu słyszy szum własny tylko wtedy, kiedy się na nim skupi w ciszy. A zawsze jest też nadzieja, że może całkowicie pozbyć się własnego szumu.


I już nigdy nie będzie mu przeszkadzał?


Zdecydowanie nie będzie już przeszkadzał ani zakłócał życia. Szum może być okresowo bardziej słyszalny, kiedy pacjent jest czymś zestresowany, zmęczony albo zachoruje. Ale poza tym nie będzie on miał dla niego znaczenia.


Ile czasu jednak musimy się uczyć tego niezauważania szumu?


Taka terapia wymaga 12-18 miesięcy. To jest ten czas, w którym neurony będą musiały się inaczej ustawić, aby ten sygnał nie był tak mocno wykrywany i nie doprowadzał do tych wszystkich negatywnych pobudzeń. To się udaje w 80 do 85 proc. przypadków. Powtarzam, pacjent przeważnie się nie pozbywa zupełnie szumów, ale on w ogóle nie ma dla niego znaczenia, traktuje się go obojętnie, jak np. szum wody w kaloryferach czy tykanie zegara, szum wiatru, dźwięk jarzeniówki czy komputera...

Autor: Barbara Jagas

Komentarze

  • 2016-03-31 gość

    Nie pocieszajace te wiadomosci