„sztuka” zrażania do siebie ludzi

Gafy towarzyskie zdarzały się, zdarzają się (jeszcze pamiętamy tę o „małpie w czerwonym”) i będą zdarzać, zresztą ku uciesze plebsu. Można też zrazić do siebie elitę i to nawet nie strzelając gaf towarzyskich, a jedynie… uprawiać naukę i jej wyniki podawać do publicznej wiadomości (co prawda pośmiertnie, aleć zawsze!). A rzecz dotyczy Szymona Syreńskiego – Syreniusza…

Być może żachniesz się, szanowny Czytelniku i droga Czytelniczko, na tak sformułowaną tezę czy sprawę. To żadna „sztuka” zrazić kogoś do siebie, wystarczy jedno nieodpowiedzialne słowo czy zdanie i strony mogą się do siebie zrazić na… wieki wieków amen! Przypomniał mi się taki stary dowcip z dość już chyba „długą brodą”, ale opowiem, jak to w dystyngowanym towarzystwie można „wystrzelić” taką gafę, po której ma się jak w banku „zlodowacenie” stosunków towarzysko-przyjacielskich.

Wyobraźmy sobie wielce dystyngowany raut gdzieś na wysokim szczeblu, oczywiście na stojąco (barek szwedzki z lampkami szampana bądź innymi szlachetnymi trunkami do dyspozycji), panowie stanowią jedną grupę dyskusyjną w jednym rogu sali, natomiast w drugim panie – w szałowych kreacjach – zajęte są rozmową o bardziej przyziemnych sprawach – dzieci, dom itp., itd. Nagle któryś z panów szeptem pyta drugiego: – Co to za koczkodan w tej jaskrawoczerwonej sukni? A on na to: – A… to moja żona! – Nnie…, nie – szybko ripostuje strapiony pytający. – Miałem na myśli tę drugą panią, obok… bodajże w amarantowej sukni (jakby już nie był pewny koloru). W odpowiedzi zaś słyszy: – A, to moja siostra! No, i mamy gafę (raczej „gaffęęę”) na 105 fajerek. Byłoby też rzeczą dziwną, gdyby niefortunnie zadający pytanie pan (gentleman?) nie zraził do siebie interlokutora.


Szymon Syreński i jego zielnik

Gafy towarzyskie zdarzały się, zdarzają się (jeszcze pamiętamy tę o „małpie w czerwonym”) i będą zdarzać, zresztą ku uciesze plebsu! Można też zrazić do siebie elitę i to nawet nie strzelając gaf towarzyskich, a jedynie… uprawiać naukę i jej wyniki podawać do publicznej wiadomości (co prawda pośmiertnie, aleć zawsze!). A rzecz dotyczy Szymona Syreńskiego – Syreniusza (1541-1611), botanika i lekarza, profesora Akademii Krakowskiej, autora dzieła lekarsko-przyrodniczego pt. „Zielnik” (w pełni wydanego drukiem dopiero dwa lata po śmierci w 1613 r.), najobszerniejszego i najwszechstronniejszego w historii zielarstwa polskiego (warto dodać, że część nazw polskich stosowana jest do dzisiaj). Cóż takiego wyczynił ów sławny uczony, że go w tym aspekcie (zrażania do siebie) przywołuję? To długa historia, niemniej niektóre istotne fragmenty warto tu przypomnieć.

Szymon Syreński studia uniwersyteckie odbył w Padwie (Italia). Tam też obronił pracę doktorską z medycyny, uzyskując stopień doktora medycyny. Niestety, po powrocie do Krakowa, gdzie na miejscowej wszechnicy pragnął kontynuować działalność naukową, spotkały go nieoczekiwane trudności. Grono profesorskie, z rektorem Latoszem na czele, nie uznało jego doktoratu obronionego w Padwie! Żeby ratować sytuację i swoją przyszłą egzystencję, Syreński postanowił… ponownie się doktoryzować (sic!). Jak czytamy u Cuviera: »Postanowione było, iżby Syreński przed publiczną rozprawą o stopień dał potwierdzić wobec rektora i dziekana wydziału lekarskiego prawa swoje, a następnie był egzaminowany przez wydział lekarski; gdyby zaś dziekan i wydział lekarski odmówili wtem Syreńskiemu, wtedy rektor wraz z dziekanem wydziału filozoficznego i innymi, których na ten cel wybrać miał rektor, egzaminować będą Syreńskiego, a uznawszy go godnym do grona akademickiego przypuszczą. Jakoż dnia 5 lipca 1590 r. stopień dr. medycyny potwierdzony mu został za rektorstwa Piotra Gorczyńskiego i wszedł w grono „professorów krakowskich”«.

A przecież mój bohater – Szymon Syreński – nie był… pozorantem naukowym. W ciągu swojego życia odbył wiele podróży naukowych: był na Węgrzech, w Szwajcarii, w Niemczech i Włoszech, podczas których zebrał wiadomości i obserwacje dotyczące roślin leczniczych. Poznał też florę Polski, w tym Podola (m.in. był w Kamieńcu Podolskim), Pokucia (w okolicach Lwowa), zwiedził Bieszczady i okolice Babiej Góry. Zbieranie informacji o roślinach w różnych regionach Europy i Polski to było jego naukowe hobby. Mimo niebywałych perypetii związanych z tytułem naukowym, tak na co dzień trzeba było jakoś utrzymać rodzinę (miał trzy córki), co – dość skutecznie – hamowało wszelkie próby wydania drukiem „Zielnika”.

Co prawda, autor takie próby podejmował, ale bez skutecznego efektu: na wydanie drukiem „Zielnika” nie starczyło już własnych środków. A za swego życia takiej pomocy – dziś powiedzielibyśmy: sponsorów – Syreński nie doczekał się. Nad wyraz dziwny był ten brak zainteresowania. A może powodem był sam „Zielnik”? To wydaje się dosyć prawdopodobne, jeśli wczytamy się głębiej w niektóre z jego „wskazań leczniczych”. Oto jeden z przykładów zastosowania grzybienia albo „wodnej lilii białej” w dziale „mocy skutki” (s. 771): „Pomazaniu nocnemu we śnie, z buyności y z iurności ciała do cielesności, abo do Wenusa, bywa doświadczonym ratunkiem. Sny także plugawe o nierządnych miłościach oddala. Przeto, którzy czystość żywota zachować chcą, iako księżnej, Zakonnikom y Zakonnicom, osobliwie Prałatom, którzy z rozkosznieyszych potraw y trunków do iurnosci cielesney bywaią częstokroć wzbudzeni, używać go dobrze… Przeto ktoby bądź korzenia bądź nasienia, abo wespół oboyga przez dwie niedziele iakimkolwiek sposobem używał, wszyskę chęć y iurność do skutku małżeńskiego utraci. A raz się go napiwszy naczczo przez czterdzieści dni buyność cielesną zawściąga”.

Tę ostatnią uwagę Syreński podał za Pliniuszem. No, jeśli takie wyobrażenie o elicie tamtego czas miał Syreński, to raczej trudno było oczekiwać, aby darzyła go ona szacunkiem i uwielbieniem. Nie ma jednak dymu bez ognia, w końcu Syreński, podając te wskazania, musiał znać realia epoki i… słabostki ludzkie. Zresztą – nie zapominajmy – że jeszcze wówczas za życia Syreńskiego – dość świeżej daty były poczynania papieża renesansu, poczynając od Sykstusa IV poprzez Aleksandra VI, Leona X na Klemensie VII skończywszy. W dziejach Kościoła Powszechnego ta epoka papieży należy do najczarniejszych; zżarci korupcją, sprzedajnością oraz życiem nieobyczajnym (najogólniej mówiąc) nie wypełnili swego moralnego posłannictwa dla chrześcijańskiego świata. To zaś dało asumpt do wystąpienia Marcina Lutra z protestem w 1517 r. Co zaś ten protest spowodował, wszyscy wiemy, nie muszę go przypominać.


Pomoc Anny Wazówny

A wracając na grunt krakowski i do Syreńskiego, trudno dziwić się desinteressment współczesnych wydaniem takiego „Zielnika”. Choć nie wszyscy tak myśleli. Współczesny Syreńskiemu Ambroży Grabowski wspomina, że „skromnych mężów zwykle omijają zaszczyty, przeto mimo zasługi z napisania użytecznej księgi, nie spotkał go tytuł Medyka Królewskiego (medicus et physicus regius); lubo przy dworach królów polskich tytuł ten zdolni w rzeczy lekarskiej mężowie posiadali. Nawet gdy wielom niezapracowane pomniki wzniesiono, Syreńskiemu nikt tej czci nie wyrządził; i gdy mury świątyń krakowskich odsłaniają liczne pochwalne napisy, nie masz żadnego, który by pamięć jego potomnym przekazał”. Gdy po śmierci Syreńskiego został się „Zielnik” w części tylko wydrukowany, a na wydanie reszty nie było sposobów, to zacny Joannicy, profesor Akademii Krakowskiej, a nadworny lekarz króla Zygmunta III, nie dał zaginąć tak mozolnej i pożytecznej pracy. Wyjednał to u Anny Wazówny, córki Jana, króla szwedzkiego i Katarzyny Jagiellonki (córki z kolei Zygmunta I Starego i Bony), na której koszt druk „Zielnika” został ukończony.

Dodajmy na zakończenie, że Anna Wazówna była kobietą niezwykle wykształconą, m.in. interesowała się botaniką, a w szczególności zielarstwem. Ponadto Anna Wazówna była… protestantką, co nie jest tu bez znaczenia. Z tej właśnie racji opiekowała się emigracją szwedzką w Polsce i w ogóle protestantami. Być może z tej racji nie przeszkadzały jej niezbyt pochlebne opinie o duchowieństwie katolickim w Polsce, zawarte w „Zielniku”. Dodajmy również, że stałą siedzibą Anny Wazówny był zamek w Golubiu-Dobrzyniu, gdzie zmarła w 1625 r. w wieku 57 lat. Pochowana został w Toruniu w gotyckim kościele pofranciszkańskim pw. N.M.P. w samym prezbiterium nawy głównej.

Na koniec warto zadać sobie pytanie, czy Szymon Syreński – pisząc o właściwościach leczniczych grzybienia białego – świadomie „dowalił” ówczesnej elicie, czy była to tylko sucha informacja naukowo-terapeutyczna? Myślę, że jedno i drugie. Zadane zadry – zwłaszcza przez elitę – długo się pamięta. Czasami nadarza się okazja, aby odwzajemnić się „pięknym za nadobne”!

W każdym bądź razie – nie pamiętamy dziś nazwisk elity tamtego czasu, gdy tymczasem nazwisko Szymona Syreńskiego jaśnieje najczystszym blaskiem.

Autor: dr hab. n. farm. Aleksander Drygas

Komentarze