Szczęście zbiera się okruszkami

"Jest takie chińskie przysłowie: "Siedź i czekaj, a szczęście samo przyjdzie”. Przyznam, że czasem się nad nim zastanawiam i do końca nie wiem, czy śmiać się, czy zaufać. Czasem robienie czegoś na siłę przynosi więcej niepowodzeń niż zaniechanie. Ale trudno siedzieć z założonymi rękami." Wywiad z aktorką, Sylwią Gliwą.

- Dlaczego zostałaś aktorką?


Jako dziecko byłam przekonana, że gdy dorosnę, będę aktorką. Od moich najbliższych zawsze słyszałam, że jestem dojrzalsza emocjonalnie od moich rówieśników. Zawsze przebywałam wśród starszych. Towarzyszyłam im, brałam udział w ich dyskusjach. Pamiętam, że gdy miałam sześć lat, zorganizowałam teatr i obsadziłam siebie w roli akrobaty. Już wtedy czułam, że moje miejsce jest może nie na arenie, ale na scenie na pewno.


- Podobno mama była przeciwna temu wyborowi. Jak dało ci się przekonać ją do swojej decyzji?


W pewnym sensie tak było. Jednak zawsze wspierała mnie w moim wyborze. Kiedy uczestniczyłam w konkursach recytatorskich, ona dbała o to, bym nienagannie i stosownie wyglądała. Najmilszymi moimi wspomnieniami z tamtych czasów są chwile, kiedy nocami szyłyśmy kolejne kreacje. Bywało również burzliwie. Kłóciłyśmy się w czasie wyboru fasonu, a potem podczas przymiarek. Ja chciałam mini, mama zawsze przekonywała mnie, że długość sukienki czy spódniczki powinna być do kolan.


- To były tylko konkursy, ale wybór studiów to już poważna sprawa.


Tak, wtedy też było gorąco. Mama obawiała się, że studia aktorskie niosą ze sobą pewne niebezpieczeństwa. Przede wszystkim bała się, że jej kochana córeczka wpadnie w złe towarzystwo. Nie chodziło o to, że nie miała do mnie zaufania, ale być może obawiała się, że życie w stolicy przerośnie moje życiowe przygotowanie. Powiedziała nawet, że wyrazi zgodę na studia pod warunkiem, że zamiast w akademiku, zamieszkam w klasztorze. Ale mama się nie zawiodła. Teraz jest najwierniejszym widzem i pilnie śledzi wszystkie moje role, którymi jest zachwycona. Daje mi nawet rady typu: "Graj delikatniej, córeczko”. Najważniejsze, że cieszy się z tego, że robię to, co daje mi radość.


- Jak wspominasz studia w Akademii Teatralnej w Warszawie?


Rzadko wracam pamięcią do tego czasu. To były cztery lata bardzo wytężonej pracy. Akademia Teatralna jest specyficzną elitarną uczelnią. Mieliśmy zorganizowany czas od świtu do wieczora. Oczywiście to był czas bardzo owocny dla mnie. Spotkałam tam mądrych, twórczych ludzi. Jednak nie miałam czasu na spacery, wycieczki, imprezy. Proszę sobie wyobrazić, że Pole Mokotowskie zobaczyłam dopiero po czterech latach nauki.


- Czy praca w tak popularnych serialach jak "Na Wspólnej" lub "Ranczo" daje ci satysfakcję?


W dobrym towarzystwie zawsze się ciekawie pracuje. Aktorzy z "Rancza" są ludźmi bardzo pomocnymi, zawsze perfekcyjnie przygotowanymi. Wojtek Adamczyk natomiast to sprawny reżyser ze znakomitym poczuciem humoru. Na planie jest bardzo wesoło i przy każdej okazji jest sporo zabawnych momentów. Bardzo lubię całą ekipę. Wśród kobiet panuje dobra atmosfera, opowiadamy sobie przeróżne historie, chętnie dzieląc się doświadczeniem nie tylko zawodowym.


- Ostatnio można cię oglądać w teatrach tarnowskim i gdyńskim. Dlaczego zamieniłaś teatry stołeczne na mniej prestiżowe?


Moje role teatralne są wypadkową tego, czy miasto mi się podoba. Bardzo lubię Gdynię, dlatego tam pracuję. A także Tarnów, który jest uroczym, klimatycznym miasteczkiem, więc też z tego powodu przyjęłam propozycję pracy w tamtejszym teatrze. Jestem też pod wrażeniem Płocka, gdzie miałam przyjemność grać w filmie pi:. "Fenomen" w reżyserii Tadeusza Paradowicza.


- Aż tak dużą wagę przywiązujesz do miasta, w którym pracujesz?


Lubię przebywać w małych, ładnych miastach i mieć czas na przebywanie w teatrze i tworzenie. Duży komfort daje mi poczucie, że nie omija mnie kolejna wystawa czy premiera teatralna. Tym miastom towarzyszy skupienie nad sztuką, w której gram. Bardzo lubię to uczucie.


- Jesteś typem domatorki?


Dużo czasu spędzam w swoim domu. Cenię sobie jego atmosferę. Być może wynika to z tego, że sama go stworzyłam. Jest to moje miejsce na ziemi, gdzie czuję się komfortowo i bezpiecznie. Mam kłopot z przebywaniem w zadymionych pomieszczeniach, gdzie ludzkie twarze przesłania chmura nikotynowego dymu. Bardzo mnie irytuje to, że młodzi ludzie tak chętnie i bez zastanowienia sięgają po kolejnego papierosa. Zastanawiam się, czy rzeczywiście nie zdają sobie sprawy z konsekwencji? Przecież tylu ludzi umiera. Drażni mnie to, że palenie i picie jest nadal traktowane jako manifestacja dorosłości i pozornego luzu. Szkoda, że nie potrafią spojrzeć na to z boku i dostrzec, że wygląda to raczej na zachowanie niedojrzałe i śmieszne.


- Twoją pasją są dalekie podróże. Czym są dla ciebie takie wyprawy?


Podróżowanie daje mi poczucie wolności. Sama wybieram cel mojej wyprawy, trasę i tempo, w którym podróżuję. Wolę być niezależna. Każdy wyjazd jest swego rodzaju wyzwaniem. Nie można wszystkiego zaplanować i przewidzieć. Lubię odkrywać obce miejsca i kultury. Za każdym razem, kiedy wyjeżdżam, zastanawiam się, jak odnajdę się w innej kulturze. Jak poradzę sobie trudnych sytuacjach, czy sprawdzę się jako globtroter.


- Podróżujesz samotnie?


- Jest to czas tylko dla mnie. Wtedy mogę się skupić na tym, gdzie jestem, co widzę, na moich odczuciach, emocjach. Taka wyprawa daje mi więcej satysfakcji. W Indiach zaprzyjaźniłam się z paroma osobami, dzwonimy do siebie, co może być dowodem na, że tęsknimy za swoim towarzystwem i nastąpiło pewnego rodzaju porozumienie dusz. Poza tym, kiedy wyjeżdżam, poznaję nie tylko obce miejsca, ale i samą siebie.


- Co przywozisz z tych dalekich, egzotycznych wycieczek?


Największym skarbem moich wypraw są wspomnienia. Mam w swojej pamięci wiele pięknych obrazów. Krajobrazy, które są tylko w danym miejscu, przyroda odmienna od naszej, atmosfera, która towarzyszyła mi w danym momencie, ludzie, których poznałam. Po takiej podróży towarzyszy mi tęsknota za plażami, osłonecznionymi stokami gór, za wąskimi, krętymi uliczkami w małych miasteczkach, za nowymi, niezwykłymi smakami i zapachami, które są inne dla każdego miejsca na ziemi.

Osobną częścią moich podróży są muzea. Jeżeli mam tylko okazję, to spędzam tam dużo czasu. Obcowanie ze sztuką, szczególnie tą z dalekich, egzotycznych stron, jest dodatkową atrakcją moich wyjazdów. Zobaczyć coś, co na co dzień można oglądać jedynie w albumach, jest niezwykłym przeżyciem. To jakby osobiście dotykać przeszłości. Na przykład stanąć przed oryginałem obrazu Boscha. Wtedy doprawdy można poczuć atmosferę pracowni mistrza.


- Co jest dla ciebie najważniejsze w życiu?


Namiętność i to, żeby mnie coś obchodziło. Chcę czuć, że biorę udział w życiu realnym, a nie jestem jedynie obserwatorem spektaklu. Boję się panicznie obojętności. Gdy mogę, to zaczynam działać, bo marazm, przyzwyczajenie, rutyna są największymi wrogami prawdziwego życia. Obchodzą mnie ludzie i ich losy. W prasie interesują mnie sprawy społeczne, a nie polityka. Przykro mi, że w naszym kraju jest tak wiele biedy, która po prostu upokarza.


- Czy wierzysz w przyjaźń między kobietą i mężczyzną?


Wydaje mi się, że przyjaźń ułatwia życie w związku. Mam za sobą trzy poważne związki i te doświadczenia utwierdziły mnie w przekonaniu, że w relacjach najważniejsze jest partnerstwo oparte na przyjaźni i wzajemnym zaufaniu. Dla mnie istotne jest to, żebym w związku miała poczucie, że niczego nie udaję, jestem sobą i mój partner to akceptuje. Dajemy sobie przyzwolenie na nieudawanie. Niestety, mam swoje przyzwyczajenia, np. w środku nocy zdarza mi się odkurzać i myć podłogi. Hm ... a to trudna sprawa do zaakceptowania (śmiech).


- A jaki jest twój ideał mężczyzny?


Wszyscy wiemy, że nie ma ideałów. A może inaczej, dla każdego ideał oznacza coś innego. Ostatnio ktoś upiekł dla mnie piernik, zrobił czekoladową płytę, a do tego dodał CD z muzyką, przy której świetnie mi się tańczy. Idealny prezent - słodko i tanecznie. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby mój mężczyzna mnie kochał i był odpowiedzialny. Żebym czuła się przy nim bezpieczna.


- Jak dbasz o swoją figurę, kondycję i zdrowie?


Dużą wagę przywiązuję do tego, co jem. Nie spożywam niczego na ulicy, żadnych fast foodów, kebabów itd. Natomiast lubię gotować. Preferuję jedzenie lekkie i zdrowe - sałatki, owoce, warzywa. Gdybyś zapytała mnie, czy basen w moim domu byłby miejscem relaksu, to odpowiedziałabym, że na równi z kuchnią i sypialnią. Uwielbiam pływać, woda ma niezwykłą moc relaksującą.


- Czy wierzysz w przeznaczenie, czy raczej uważasz, że sama sterujesz swoim losem?


Jest takie chińskie przysłowie: "Siedź i czekaj, a szczęście samo przyjdzie”. Przyznam, że czasem się nad nim zastanawiam i do końca nie wiem, czy śmiać się, czy zaufać. Czasem robienie czegoś na siłę przynosi więcej niepowodzeń niż zaniechanie. Ale trudno siedzieć z założonymi rękami. Freud twierdził, że całe nieszczęście ludzkie bierze się stąd, że ludzie nie potrafią po prostu usiąść i pobyć. W życiu bywa różnie, jedno jest pewne: szczęście zbiera się okruszkami.

Autor: Małgorzata Jaworska

Komentarze