Szczęście to stan umysłu

Autobiograficzna książka znanej aktorki pokazuje nam jej nową odsłonę. Mamy przed sobą kobietę jeszcze bardziej wrażliwą i kruchą, z której zarazem bije ogromna siła! „Ścigając pamięć" czyta się jednym tchem, w pamięci pozostaje na dłużej.

Mnie ta książka powaliła.


Nie tylko panią.


O! Jestem zaskoczona... A może to tego typu książka, która trafi do każdego?


Nie sądzę. Tylu jest ludzi i tyle sposobów odchodzenia, postrzegania rzeczywistości i pamięci. Ale jeśli moja opowieść poruszy czyjąś wyobraźnię, dotknie czyjejś wrażliwości, to spełni swoje zadanie.


Czego pani brakuje po stracie mamy?


Mamy.


A konkretnie?


Tęsknię za jej troską, głosem, dotykiem, czułością... Uśmiechem. Często wracam do jej przepisów kulinarnych, notatek, zwyczajnych zapisków. Zachowana jest w nich jej codzienność. Wciąż jest blisko mnie.


Jaką była kobietą?


Mama pochodziła z Litwy. Miała przepiękny głos i niebieskie oczy. Doskonale szyła sukienki dla siebie, dla mnie i dla siostry. Bardzo elegancko się ubierała, ale jednocześnie nie lubiła przykuwać uwagi. Szanowała ludzi. Traktowała ich z wyrozumieniem i cierpliwością. Jeżeli obdarzyła kogoś zaufaniem, nigdy nie odwróciła się od niego, nie odsunęła się. Szybko dostrzegała fałsz zarówno w życiu, jak i w sztuce. Potrafiła bardzo surowo i precyzyjnie ocenić moją grę. Interesował ją świat, polityka, ekonomia. Uwielbiała swój ogród. Jej dom był dla mnie przystanią, przestrzenią, w której czułam się bezpieczna.


Po co napisała pani tę książkę?


Kiedy mama chorowała, dużo czasu spędzałam w szpitalach. Rozmawiałam z pacjentami, ich bliskimi, pielęgniarkami. Choroba, ból, śmierć przerażają nas wszystkich do tego stopnia, że uciekamy jak najdalej, byle tego nie widzieć. Nie umiemy się pożegnać, nie umiemy zobaczyć w chorych naszych matek, ojców, przyjaciół. Później odmierzamy czas, który przyniesie nam zapomnienie. Chciałabym, żeby lęk przed śmiercią nie był silniejszy od potrzeby okazania im szacunku i czułości. Byłam cały czas przy mamie. Musiałam pokonać własny strach, smutek i wiele momentów słabości. Wiem, jaki to wielki zaszczyt być do ostatniego momentu przy kimś, kogo się kocha. Każda minuta jest ważna, każdą chce się zachować w pamięci. Doświadczyłam tego. Czy pani wie, że Polinezyjczycy porównują śmierć do morza, podczas gdy w wyobraźni Europejczyków jest ona jak studnia. Pisał o tym Jacques Brel. Spędził ostatnie lata życia na Hiva Oa. Wiem to od Erica [Eric Stępniewski, partner Grażyny Szapołowskiej - przyp. red.], który jest z pochodzenia Francuzem i znawcą literatury francuskiej.


Morze to wolność...


Słowo „śmierć" w tamtej kulturze ma inny wymiar. Oni patrzą na morze, kiedy my oglądamy studnię. Przed oczami może pojawić się tylko ciemność, izolacja, brak odwrotu. Inaczej myślą o śmierci. Mówią o niej w taki sposób, w jaki my mówimy o owocach. Są bardziej niż my oswojeni z odchodzeniem.


Kiedy czytałam książkę, najbardziej wzruszyła mnie nie ta czułość i codzienna troska o mamę, którą pani tak pięknie opisuje, choć potrafi pani wejść w ubraniu do wanny, aby umyć mamie plecy. Innym razem maluje jej paznokcie. Ale że pani sama robiła jej te kroplówki! Umiała na przykład wkłuć się w żyłę. Skąd pani wiedziała jak? Czy przeszła wcześniej jakieś szkolenie?


To nie jest takie skomplikowane... Sama sobie robiłam zastrzyki, kiedy musiałam. To było dużo prostsze. Wkłuwając się w skórę mamy, obawiałam się, że zadam jej ból. Zwłaszcza w pierwszych dniach. Potem już nie... Udało mi się opanować lęk. Wiedziałam, że mama nie lubi być podłączana do kroplówek. Chciałam zmniejszyć ten dyskomfort najbardziej, jak to możliwe.


Dla mnie pani jest odważna i już. Chyba od początku pani taka była. Świadczy o tym opowieść, jak pojechała pani do Jeleniej Góry i poprosiła o angaż w teatrze. Dyrektor przyjął panią. To nawet w dzisiejszych czasach, castingów i szybkich karier, jest nie lada wyczynem.


Akt odwagi polegał na tym, że pojechałam sama nocnym pociągiem. Nie zdawałam sobie sprawy, jakie mogą mi grozić niebezpieczeństwa. Wynikało to z mojej naiwności. W tamtym przypadku chodziło o to, by wziąć udział w czymś tak niezwykłym, jak pantomima Tomaszewskiego. Henryk [Henryk Tomaszewski, założyciel Wrocławskiego Teatru Pantomimy - przypis red.] przygotowywał wówczas realizację „Legendy". Dyrektor Kozłowski wyciągnął do mnie rękę. Tak po ludzku. Powiedział, że jeśli chcę dotknąć teatru, to zaprasza. Drugi raz coś podobnego przytrafiło mi się w przypadku Adama Hanuszkiewicza.


Poprosiła go pani o rolę?


Nie. Chciałam, żeby zatrudnił mnie w swoim teatrze. Nigdy nie prosiłam o rolę. Po prostu zawsze chciałam być blisko ludzi, którzy kreują, tworzą sztukę. I tak się potoczyło moje życie, na szczęście.


Teraz przyszedł czas na pisanie. Dlaczego tak późno? Mówiła pani na promocji książki, że już w szkole chwalono panią za wypracowania.


Przedtem pochłaniał mnie całkowicie film, teatr, praca na planie. Teraz mam czas, by obserwować siebie samą, ludzi, rzeczywistość dookoła mnie. Nie muszę już nikomu niczego udowadniać. Mogę próbować różnych form kreacji.


Zagrała pani nawet w operetce „Księżniczka czardasza".


Byłam zaskoczona, kiedy otrzymałam tę propozycję. „Przecież ja nie umiem śpiewać operowo" - mówiłam. Marta Meszaros, która reżyserowała spektakl, przekonała mnie. Operetka jest właśnie jedną z takich form sztuki, które celebrują radość życia, śmiech, taniec, śpiew. Przedstawienie odniosło ogromny sukces. Za każdym razem finałową piosenkę kilkakrotnie powtarzamy. Czy pani wie, że co siedem minut ktoś na świecie słucha muzyki Kalmana?


Czy dziś też wystąpiłaby pani w operetce?


Gdyby tylko Marta zaprosiła mnie... To wielki reżyser i wspaniały człowiek. Przyjaźnimy się od lat. Ona dużo podróżuje po świecie. Wiele dostrzega. Dlatego rozmowy z nią są tak pasjonujące. Trudno za nią nie tęsknić.


Pani też lubi podróżować. Czego pani szuka w innych krajach?


Historii. Spotkań. Ludzi. To są inne rzeczywistości, nawet jeśli ostatecznie mamy te same problemy. Lubię obserwować, słuchać rozmów, spojrzeć na życie z perspektywy odmiennej kultury, doświadczeń czy po prostu sposobu bycia. Podróże fascynują, bo przez te kilkanaście dni żyjemy inną realnością. Mam czas, żeby się zachwycić małymi zdarzeniami, codziennością bez zobowiązań.


Pewnie bierze się z tego pani pisanie. Wydała już pani zbiór opowiadań pt. „Pocałunki".


Tak, „Ścigając pamięć" to moja druga książka... A za chwilę będzie trzecia.


Pani jest człowiekiem sukcesu, prawda?


Nie powiedziałabym tak. Myślę, że jestem osobą szczęśliwą.


To też sukces... psychiczny.


Szczęście nie jest sukcesem. To stan umysłu. A sukcesem w dzisiejszym świecie jest pokaźne konto bankowe.


Tak?

Oczywiście. Jeśli ktoś tworzy sztukę w zgodzie ze sobą, kreuje niezależnie i zarabia na tym pieniądze, które pozwalają mu żyć na wysokim poziomie. W takiej sytuacji możemy mówić o sukcesie.

Dlaczego uważa się pani za osobę szczęśliwą?


Mam przyjaciół, wspaniałego partnera, kochaną córkę i wnuczkę. Nie muszę nosić okularów do czytania. Oglądam filmy. Spaceruję. I nie narzekam.


Inaczej niż większość ludzi. A co panią szczególnie cieszy?


Zabawy z moim psem. Kocham zwierzęta za ich bezinteresowną miłość. Są oddane, bezbronne i ufne.


A jak pani dba o zdrowie?


Dużo spaceruję. Ćwiczę mięśnie brzucha, ponieważ trzymają kręgosłup. Staram się przynajmniej raz dziennie wypić szklankę naturalnego soku, często ananasowego. Ananas oczyszcza jelita. A choroby zaczynają się od jelit. Trzeba zdrowo się odżywiać, zwracać uwagę na dietę. Lubię pieczone króliki, nie jadam kurczaków i wszelkiego ptactwa. Czasami zjem wieprzowinę, bo ma dużo witaminy B. Jem dużo zielonego. Zwracam uwagę na krzem w pożywieniu. Brakuje go nam ze względów cywilizacyjnych. Jest w orzechach, niektórych rybach, a zwłaszcza w ościach, które intuicyjnie zawsze jadłam. Dbanie o siebie jest ciężką pracą.


Zgadzam się. A uprawia pani jakiś sport?


Dużo pływam.


W jeziorze?


W oceanach... i Bałtyku.


Czy pisząc książkę, uwolniła się pani od czegoś?


Wyzwoliłam się od złych wspomnień ze szpitali, od koszmarów sennych, które mnie nękały.


Co dziś przypomina mamę?


Różowy lakier stojący na szafce, korale pachnące jej perfumami. Wszystkie te przedmioty, odłamki codzienności mamy, na które nieustannie natykam się w domu, przywracają ją na moment. Tworzą złudzenie jej obecności... I zapach konfitur, które po sobie zostawiła.

Autor: Barbara Jagas

Komentarze